piątek , 24 Listopad 2017
Fot. Eliza Bartkiewicz / BP KEP / Episkopatews / Flickr.com

Podział polityczny jako linia frontu

Chyba chodzi tu o walkę z poczuciem wspólnoty odwołującym się do wspólnej historii.

Kilka miesięcy temu w swym liście społecznym pt. Chrześcijański kształt patriotyzmu biskupi polscy apelowali o pojednanie w sytuacji niewątpliwie dzielącego nas „głębokiego sporu politycznego”. W poświęconym tej kwestii passusie dokumentu wskazali na kilka rzeczy: po pierwsze na „łagodzenie nadmiernych politycznych emocji”, po drugie na „poszerzanie pól możliwej i niezbędnej dla Polski współpracy ponad podziałami” oraz „ochronę życia publicznego przed zbędnym upolitycznieniem”.
Czas, jaki dzieli nas od napisania dokumentu do chwili obecnej, pokazuje jasno, że świat polityki w najmniejszym stopniu nic sobie nie robi z powyższych przestróg, a wręcz przeciwnie – krocząco postępuje w naszym kraju napinanie przez polityków i pozostających na ich służbie dziennikarzy i intelektualistów emocji społecznych do granic, za którymi może się czaić wyłącznie wojna domowa. Kwestią otwartą pozostaje, czy ludzie, którzy napuszczają na siebie Polaków, są normalnie bezmyślni, czy też realizują nakreślony przez kogoś plan. Z punktu widzenia skutków właściwie odpowiedź na to pytanie nie jest aż tak bardzo istotna. Niemniej ciekawe jest to, czy zniszczenia struktury społecznej w  Polsce chcą wyłącznie siły obce, które w  tym celu inspirują i opłacają podległe sobie agentury, czy też duża część naszych elit najnormalniej w świecie zatraciła instynkt samozachowawczy i prowadzi naród do zagłady, sama z siebie kierowana przede wszystkim ślepą nienawiścią do przeciwnika politycznego.

Dobro wspólne
Strony sporu politycznego w Polsce można opisywać rozmaicie, realny klucz jest jednak dosyć prosty. Z jednej strony Prawo i Sprawiedliwość, z  drugiej tzw. „totalna opozycja”, czyli ci wszyscy, których łączy chęć obalenia rządu w Polsce. Jest to spór najbardziej widoczny w mediach, ale nie jedyny. Przecież nawet w Sejmie są grupy, które niekoniecznie sympatyzują czy to z jednymi, czy z drugimi. Największą grupą na pewno jest tu  ugrupowanie Pawła Kukiza, ale obok niego pozostają jeszcze mniejsze koła poselskie, czy też parlamentarzyści niezrzeszeni. Poza tym mamy grupy polityczne niebędące w Sejmie, które tradycyjnie obecne są na scenie politycznej. One również w obecnym sporze jakoś tam się lokują i ich głos tu i ówdzie jest słyszany. Wreszcie istnieje trzeci sektor – organizacje, fundacje, grupy społeczne i organizmy hybrydowe, których aktywność składa się na życie społeczne. Niestety jednak dominujący podział obozów doprowadził do tego, że potencjał większości ośrodków jest zużywany przez główne ośrodki siły, które niczym kamienie młyńskie trą na miazgę wszystko, co wpadnie w ich zasięg. To dlatego podstawowa kwestia życia społecznego, jaką jest dobro wspólne, jest tak słabo widoczna. Nie znaczy to prawdopodobnie, że kategoria ta zupełnie przestała istnieć w polityce, a jedynie, że spór dziejący się na łamach mediów, z tej perspektywy stał się kompletnie nieczytelny. Kluczowe dla tej sytuacji są lipcowe protesty przeciwko rządowym projektom ustaw zmierzającym do reformy sądownictwa. Jakoś nie chce mi się wierzyć, iżby protestujący przeciwko nim ludzie wiedzieli, o co tak naprawdę chodzi. Tak jak ci, którzy owe ustawy popierali. Strona rządowa na  pewno dopuściła się w  tym względzie zaniedbań, nie przeprowadzając kampanii społecznej na ten temat oraz wykonując w zawrotnym tempie działania zmierzające do finalizacji swych pomysłów, co sceptykom pozwala się domyślać, że może tu chodzić o jakieś drugie dno. Niemniej reakcja polegająca na tupaniu w barierki i czytaniu konstytucji wydaje się dziwaczna. Zresztą z kręgów organizatorów protestów bardzo szybko zaczęły wyciekać ich prawdziwe intencje, czyli dążenie do obalenia władzy. Z czego wyciągamy prosty wniosek, że grupy te całkowicie utraciły zaufanie do procedur demokratycznych jako sposobu wyłaniania elit politycznych. Jest to wniosek o tyle ważny, że do niedawna o takie tendencje raczej oskarżana była prawica, a nie środowiska jej przeciwne, które nadają ton antyrządowym działaniom.

Informacja czy dezinformacja?
Polityka współczesna odbywa się właśnie za pośrednictwem mediów i sieci społecznościowych, które determinują, co tzw. opinia publiczna będzie myśleć i po której stronie sporu się opowie. Inne wartości przestały tu mieć jakiekolwiek znaczenie. Nawet tradycyjny podział na lewicę i prawicę tak naprawdę nie liczy się w tym wszystkim w większym stopniu, albowiem pojęcia, którymi strony sporu obrzucają się wzajemnie, stają się jedynie instrumentem służącym walce, a nie opisywaniu zjawisk i rzeczy.
Kiedyś, w czasach mojego dzieciństwa, zamachy stanu przebiegały w  ten sposób, że strona obalająca władzę najpierw paraliżowała ośrodki decyzyjne, tzn. zajmowała budynki państwowe w  stolicy, a zaraz potem siedzibę radia czy telewizji i ogłaszała komunikat o  przejęciu władzy. W dzisiejszych czasach, kiedy media zdają się być skonstruowane inaczej, w tej kwestii niewiele się zmieniło, może z wyjątkiem zajmowania budynków. Informację można tworzyć samemu, a  następnie upowszechniać ją zbudowanymi wcześniej kanałami. Najważniejszym jest tu posiadanie jak największej ilości sieci przesyłowych, tak by odbiorcy byli zasypani informacjami pożądanymi przez nadawców. Jeżeli będę otrzymywał nieustannie informację, że w Warszawie demonstruje milion osób, a obiekty rządowe są strzeżone przez wojsko, to w końcu w to uwierzę. Prawda nie ma tu nic do  rzeczy. Przekaz rzeczony wzmacnia się dodatkowo doniesieniami z tzw. mediów zachodnich, które rzekomo mają potwierdzać taką sytuację i, cóż, odbiorcy pozostaje przyjąć do wiadomości tak podaną „prawdę”. Nie jest tu tak bardzo ważne, czy owe mityczne media rzeczywiście tak piszą, a jeśli już, to na jakich stronach. Ważne, by krajowe echo takich informacji wybrzmiało z odpowiednią siłą. Do tego należy dodać jeszcze jedną kluczową kwestię: wzbudzenie braku zaufania do tych środków przekazu, które mówią, że rzeczony obraz jest nieprawdziwy, zaś z ludzi, którzy przyjmują ich punkt widzenia, zrobienie idiotów.
Ogólnie bardzo ważne jest robienie „idioty” z przeciwnika politycznego. Merytoryczna dyskusja nad tym, co ktoś rzeczywiście powiedział, jest pozbawiona sensu w gąszczu informacji, które zdają się nie nadążać jedna za drugą, nie mówiąc o możliwości jakiejkolwiek refleksji.

Odczłowieczenie albo odpolitycznienie
Media – czy to społecznościowe, czy inne wielkie sieci – odczłowieczają przeciwnika, co powoduje, że dyskurs nad nim i jego spojrzeniem na rzeczywistość jest bezcelowy. Nie liczy się prawda, lecz narracja. Stąd np. nastroje patriotyczne, którym społeczeństwo daje wyraz, są  „emanacją faszyzmu”. Jak udowodnić, że się nie jest wielbłądem? Po takim ataku nie ma jak, albowiem można się dowiedzieć jedynie, że tylko winny się tłumaczy i tym samym nastąpiło samozaoranie. W takim podejściu mamy do  czynienia z sytuacją tragiczną. Być może politycznie Polacy mogliby się różnić, gdyby łączył ich patriotyzm właśnie. O  tym piszą biskupi w przywoływanym liście, gdzie znalazł się niezwykle ostrożny opis takiej postawy wobec świata. Niektórzy uważają, że nadmiernie ostrożny, lecz dla ludzi dążących do przebudowy postawy społecznej wśród Polaków w  kierunku rozmycia tożsamości jest to i tak za dużo. Chyba chodzi tu o walkę z poczuciem wspólnoty odwołującym się do wspólnej historii. Niekoniecznie musi owa wspólnota odwoływać się do etniczności. Natomiast bycie dumnym z  przynależności do narodu, którego przeszłość jest tak bogata w twórczość kulturalną i ciekawe koncepcje polityczne, jest jak najbardziej pożądane u każdego, kto chce czuć się Polakiem. Niestety, według drugiej strony sporu należy kochać ludzkość, a nie człowieka, a tym bardziej swoich najbliższych, czy to sąsiadów, czy w szerszym kontekście – członków wspólnoty narodowej.
Wracamy więc do punktu wyjścia, a  więc kwestii uzgodnienia dobra wspólnego, które ucieka nam w coraz odleglejsze obszary, a właściwie na margines życia społecznego. Odczłowieczeni wzajemnie przez siebie – a właściwie przez grupy uważające się za elity – ludzie nie są zainteresowani pojednaniem z  „tymi drugimi”. W cytowanym tu liście biskupów autorzy sugerują, iż  pierwszym krokiem do uspokojenia nastrojów społecznych „jest refleksja nad językiem, jakim opisujemy naszą ojczyznę współobywateli i nas samych. Wszędzie bowiem, w rozmowach prywatnych, w  wystąpieniach oficjalnych, w debatach, w mediach tradycyjnych i społecznościowych obowiązuje nas przykazanie miłości bliźniego”.
Jeśli zabraknie nam tego ostatniego i zaczniemy być sobie wzajemnie przysłowiowymi wilkami, to naprawdę dokona się najtragiczniejszy akt historii Polski, któremu powinniśmy zapobiec. Jako Polacy musimy za wszelką cenę zdefiniować nasze narodowe obowiązki, wykonać pracę społeczną na wielką skalę celem zlikwidowania owych tytułowych linii frontu i nie dopuścić do tego, by na naszych mogiłach odbywały się radosne tańce tych, którzy życzą Polsce zagłady. Ważne jest tu, by elity polityczne stały zgodnie po stronie wspólnoty narodowej, a nie gdzie indziej oraz by przynajmniej częściowo zrozumiały, do czego są powołane. Potrzebne jest świadome i odpowiedzialne społeczeństwo, które w o kreślonej sytuacji „zagłodzi” partie polityczne i ich mocodawców oraz klientelę poprzez odcięcie się od ich sieci. Jednym słowem dokona się coś przeciwnego do postulatów endecji z XIX w., która nawoływała do upolitycznienia narodu. Teraz dla realizacji tych samych celów trzeba go będzie odpolitycznić, by przez to bardziej uspołecznić.

Piotr Sutowicz

pgw

Zobacz także w e-civitas:

Wielki naród a chrześcijański patriotyzm

Polacy albo sięgną po najlepsze wzorce i zaczną swój wielki naród budować, albo zgnuśnieją, by …