sobota , 16 Grudzień 2017
Fot. pixabay.com / sheddon CC0

Pokolenie „sieciowców” i świat wartości

Słowo „autorytet” w języku cyfrowych nomadów funkcjonuje jedynie w formie „ekspert” lub „specjalista”. Autorytetami będą też postacie uznane za takie przez media, których są użytkownikami. A wiemy, że te kreują świat wartości we własnym celu i na swój użytek.

Mediatyzacja życia społeczno-politycznego sięga – jak się wydaje, także w Polsce – zenitu. Starsze pokolenie wciąż pozostaje wierne klasycznym mediom linearnym – a więc radiu i telewizji – oraz drukowanym. Nastolatkowie, młode pokolenia czerpią swoją wiedzę i budują kontakty niemal wyłącznie na mediach nielinearnych – a więc płynących i tworzonych przez kanał sieci i w samej sieci internetowej. Jak zauważają medioznawcy, młodzi już nawet nie żyją mediami, ale egzystują w ich środku. Fosforyzujące i przesuwające się kadry w okienku smartfona budują im drugi, a czasem nawet pierwszy dom i realną materię egzystowania.
Nastolatkowie, a czasem nawet jeszcze dzieci budzą się ze smartfonem przy poduszce, w trybie on line zasypiają, sprawdzając, co jeszcze „ominęło” ich w ciągu kończącego się dnia. Choć przecież cały czas trwali w trybie sieciowego czuwania i internetowej aktywności. Coraz częściej zaniepokojeni badacze mediów zastanawiają się, jakie skutki przyniesie ta forma medialnego „zassania”. Prowadzą eksperymenty, które mają zbadać efekt odstawienia użytkowników od medialnej kroplówki i przywrócenia sieciowym zombie zdolności życia w „realu”.

Fosforyzujące i przesuwające się kadry w okienku smartfona budują im drugi, a czasem nawet pierwszy dom i realną materię egzystowania. / Fot. pixabay.com

Zjawisko e-migracji
Tak zwana „e-migracja” coraz częściej jest formą nie tylko życiowego eskapizmu z codzienności, ale także całkowitego porzucenia dotychczasowym wzorców, wartości i modeli życia. Dlaczego nie dotyka to w takim stopniu pokoleń starszych? Ponieważ ci ostatni korzystają na dobre z dobrodziejstwa cyfrowej rewolucji od dekady, góra dwóch. Młodych cyfrowa rewolucja kształtuje niemal od urodzenia. Wzrastają razem z nią. Nie wyobrażają sobie innego sposobu bycia. Życie i historia przed erą cyfrową ich nie interesuje. Szeroko znane są opisane w literaturze fachowej przypadki agresywnych, kompulsywnych, głęboko dysfunkcyjnych zachowań młodych po odcięciu ich od sieci. Reakcje przypominały sytuacje, gdy organizm nieoczekiwanie zostaje postawiony w trybie nagłego zagrożenia życia i zdrowia, np. w chwili pozbawienia powietrza i możliwości oddychania.
Jednak nie krytykujmy najmłodszych „sieciowców”. W  końcu za medialne „dzieci zombie” odpowiadają ich rodzice. Ci ostatni, chociaż starsi, pozostają często równie nieodpowiedzialni i infantylni. Problem polega na tym, że starsi także pozbawieni wzorców i autorytetów nie potrafili – bo w końcu w jaki sposób? – wskazać ich swoim dzieciom. A  te, mając do dyspozycji medialną magiczną lampę Aladyna, wyruszyli w cyfrowy świat na poszukiwanie własnego szczęścia. Niemal codziennie, podróżując tramwajem, a  nawet autem, widzimy, jak trwają nieobecni z elektronicznymi gadżetami w dłoni. Ostatnio szerzy się plaga, która przysparza kierowcom dreszczy, przechodzenia na pasach ze smartfonem przy uchu.

Medialne zombie

Fot. pixabay.com / CC0

Nowe media codziennie dostarczają ich użytkownikom iluzji kontaktów z rówieśnikami. Ilość tak zwanych „lajków” informuje o tym, jak żyją i czy jeszcze w ogóle żyją. Czasem nazywa się ich millenialsami. To pokolenie urodzone pomiędzy 1980 a 2000 r., zwane także pokoleniem Y. To właśnie oni kupują i wydają najwięcej na otaczające ich dobra, są dla marek najważniejszą grupą docelową. Dla nich tworzone są główne strategie marketingowe, oni dyktują zmiany w ofercie firm. Przypisuje się im narcyzm, egocentryzm, lenistwo i przeświadczenie o własnej wielkości. Gros życiowego czasu spędzają w wirtualnej rzeczywistości, są elastyczni, szybko dostosowują się do nowych okoliczności. Łatwo na nich wpływać, ale przyjaciół mają właściwie wyłącznie na Facebooku. Nie lubią brać kredytów ani oszczędzać. Wolą wydawać. Własny styl życia demonstrują poprzez używane marki telefonów, ubrań, butów, knajp, w których przesiadują. Zaś centrum zawodowego i prywatnego dowodzenia stanowi dla nich smartfon. Z badań wynika, że wychodząc z domu, wolą zapomnieć karty kredytowej niż telefonu. Ktoś powie: to wszystko nic złego, młodzi sobie dobrze radzą. Tak, ale są coraz bardziej wykorzenieni. Także z rodzimej kultury, języka, miejsca, w którym przychodzi im żyć. Są elektronicznymi nomadami.
Słowo „autorytet” w języku cyfrowych nomadów funkcjonuje jedynie w formie „ekspert” lub „specjalista”. Autorytetem będą też postacie uznane za takie przez media, których są użytkownikami. A wiemy, że te kreują świat wartości we własnym celu i na swój użytek.
„Autorytet” w klasycznym tego słowa rozumieniu to osobowy wzorzec do naśladowania. Ma dużą siłę oddziaływania i perswazji. Postać obdarzona wiarygodnością może być także obiektem podziwu i uznania. Wartości, jakie niesie, nie zachowuje tylko dla siebie, jest stała w poglądach, nie zmienia ich pod wpływem koniunktury czy przesileń politycznych. Potrafi własnym oglądem rzeczywistości dzielić się z innymi, ma taką silną potrzebę wewnętrzną. Ma własne przemyślenia, wskazania. W życiu zawodowym, jak i prywatnym jest konsekwentna, stabilna, koherentna w osiąganiu dobra nadrzędnego, dobra wspólnego, budującego wspólnotę.

Czas impulsywnych poszukiwań wartości
Młody człowiek jest często zaprzeczeniem takich postaw. Ale to nie znaczy, że ich nie pragnie, że nie szuka i nie potrzebuje świata wartości i autorytetów. Przeciwnie, dlatego tak łatwo jest go złowić na lep gwiazdeczek prezentowanych w massmediach i masowej kulturze. Otwarci na medialne przekazy, łatwo ulegają manipulacjom. Naiwnie słuchają wynurzeń gwiazd rocka czy rapu. Gotowi są podważać całą rzeczywistość, w czasie gdy zrzucają skórę dziecka i wchodzą w okres dojrzewania. Jest to bardzo trudny okres, charakteryzujący się potrzebą impulsywnego i gwałtownego poszukiwania odpowiedzi na męczące życiowe pytania. Wrażliwość lub nadwrażliwość niesie konflikty z otoczeniem. Dobrze, jeśli nie ulegną chorej czy niebezpiecznej fascynacji, bezkrytycznemu podporządkowaniu się przypadkowym guru. Dlatego tak ważne jest wtedy to, z kim się spotykają, co oglądają, co czytają. Czy cały ich świat wypełniają jedynie rówieśnicy tacy jak oni – zanurzeni w wirtualnej rzeczywistości. Zwłaszcza gdy dojrzewa ich osobowość, gdy zaczynają widzieć siebie i swoją rolę w społeczeństwie. Ważne jest, na co ukierunkowują własną aktywność i w końcu – jakich wartości szukają. I tu po raz kolejny ważne są rodzina i środowisko. Czy dysponują autorytetami. „Autorytet” z łacińskiego auctoritas oznacza „powagę”. Język niemiecki zna także słowo autorität, które najpierw opisuje powagę umysłową lub moralną osoby czy instytucji.

Autorytetem będą też postacie uznane za takie przez media, a wiemy, że te kreują świat wartości we własnym celu i na swój użytek.

Powrót do świata prawdy, dobra i piękna
Nie można w tym okresie wystawić młodego człowieka jedynie na bezwzględność świata. Tym bardziej nie można narazić na oddziaływanie medialnej hydry, która szybko go pochłonie. Bo będzie oddziaływać na jego najpłytsze sfery życia, pobudzając i dyktując określone stereotypy i często najmniej pożądane modele zachowań. Dziecko dojrzewa do edukacji i recepcji mediów w wieku lat siedmiu, gdy potrafi odróżnić rzeczywistość wyobrażaną na ekranie monitora od świata, który je otacza. Problem pojawia się wtedy, gdy młodzi zaplątani w cyfrowej sieci nie potrafią na stałe tej zdolności w ogóle zdobyć. A świat wartości dociera do nich jedynie z kanałów informacyjnych, które tak intensywnie eksplorują. Myślę, że system nowoczesnej edukacji powinien bardzo energicznie zająć się tym tematem. Być może wyjściem będzie budowanie systemu nauczania polegającego nie na pogłębieniu informatyzacji programów kształcenia najmłodszych, ale przeciwnie – tak jak to się dzieje już w wielu elitarnych szkołach amerykańskich – na ćwiczeniu w pierwszych latach umiejętności pisania stalówką i atramentem, nauce kaligrafii, ćwiczeniu czytania ze zrozumieniem, klasycznego rachowania i zadań ćwiczących sztukę zapamiętywania oraz starannej dykcji i wymowy. Najnowsze badania dowodzą bowiem, że ów klasyczny dwudziestowieczny sposób edukacji jest najskuteczniejszy, gdyż prowadzi zarówno do ćwiczenia i poszerzania wyobraźni, jak i umiejętności pogłębiania logiki arystotelesowskiej – a więc łączenia przyczyny ze skutkiem. A zatem oznacza także powrót do świata klasycznych wartości. Do owej uniwersalnej triady: dobra, piękna i prawdy.

dr Hanna Karp

pgw/mk

Zobacz także w e-civitas:

Teologiczne podstawy Chrystusa jako Króla

Przyjęcie prawdy o królewskiej władzy Chrystusa, a w konsekwencji – prawa Bożego przywraca pokój społeczny. …