Home / Historia / Pokolenie (s)pokoju

Pokolenie (s)pokoju

1 sierpnia? Nie, no naprawdę nie wiem… – młoda dziewczyna śmieje się, jakby chodziło o błahostkę. Przysłuchiwałem się ulicznej sondzie z okazji 64. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego. Reporter pytał kilkunastu młodych ludzi, co wydarzyło się w stolicy o godzinie „W”. Większość jednak wiedziała.

Młodzi Polacy chcą żyć w przewidywalnej rzeczywistości, w przewidywalnym społeczeństwie, i to bez względu na to, jakie mają poglądy polityczne. Bo jak można startować w dorosłe życie w warunkach bezustannej niepewności? To dobre dla wariatów i bohaterów. Normalni ludzie chcą założyć, że jak wezmą kredyt, to będą w stanie go spłacić, że jak będą mieli rodzinę, to ich dzieci pójdą do takiej, a nie innej szkoły, że jak założą firmę, to nie zmiecie jej niestabilne prawo. Tak, ta młodzież jest nienormalnie normalna. Bo jak długo można karmić się symbolami – pyta retorycznie w jednym z wywiadów Barbara Fatyga, profesor socjologii na UW.

Kraj wariatów?

No właśnie: jak długo? Najpierw zabory, wojna, potem 50 lat sowieckiej niewoli. Czy nie czas wydobyć się z niewoli walki? Czy młodzi muszą być wciąż Mickiewiczowskimi „męczennikami narodowej sprawy”? Czy ktokolwiek urodzony po 1980 roku rozumie jeszcze Konrada utożsamiającego się z ojczyzną, czy jak on odczuwa cierpienie narodu? Ilu jeszcze może powiedzieć: „Ja i ojczyzna to jedno”?

W imię miłości do narodu Polak zdolny był zawsze do wielkich czynów. Przez kilka wieków chciał stworzyć lepszy świat, gdzie nie ma miejsca na niewolę czy cierpienie. Według „Widzenia księdza Piotra” historia Polski jest powtórzeniem losów Chrystusa. Ksiądz Piotr widzi Polaków cierpiących, dźwigających krzyż, którzy ukrzyżowani, opłakiwani przez Matkę Wolność, zmartwychwstają i w postaci kobiety w białej szacie ogarniają świat w uścisku. Naród polski cierpi, ale takie są konsekwencje wielkiej misji. Czy o takich symbolach mówią socjologowie?

– Od XIX wieku świadomość krzywdy i ofiary jest istotnym składnikiem polskości. Można się tylko zastanawiać, czy jeśli w ciągu najbliższych stu lat Polski nie dotkną żadne wojny albo reżim, próbujące za pomocą knuta i pałki wprowadzać powszechną szczęśliwość, ofiara będzie wciąż niezbywalnym elementem polskości. Jednak jestem pewien, że w dobie poważniejszego historycznego kryzysu ofiara związana z polskością mogłaby się bez trudu objawić w polskiej zbiorowości jako jeden z ważniejszych kluczy w określeniu jej kondycji – mówi w wywiadzie dla tygodnika „Newsweek” dr Nikodem Bończa-Tomaszewski, historyk młodego pokolenia (rocznik 1974), autor książki „Źródła narodowości. Powstanie i rozwój polskiej świadomości w II połowie XIX i na początku XX wieku”.

Nas też stać na bohaterstwo

Kiedy tradycyjnie w przeddzień wybuchu powstania warszawskiego, przed pomnikiem na pl. Krasińskich zabrzmiały wojskowe salwy, a żołnierze wzywali kolejnych bohaterów: „Stańcie do apelu!”, wokół katedry polowej przy ul. Długiej nie było tłumów młodzieży. Nie licząc harcerzy i wnuków kombatantów, młodych było raczej niewielu.

– Słuchając przekazów o powstaniu warszawskim i oglądając żywych bohaterów tamtych dni, świadków ofiarnego czynu dla odzyskania wolności, stawiamy sobie pytanie: czy następne pokolenie tych młodych zdolne jest do podobnej miłości ojczyzny i ofiarnego czynu, nawet za cenę życia? – mówił Prymas Polski, kardynał Józef Glemp podczas Mszy św. celebrowanej w parku Wolności przy Muzeum Powstania Warszawskiego.

Zaraz jednak udzielił odpowiedzi: – Możemy zakładać, że młodzi ludzie przejmują dziedzictwo swoich poprzedników. I że postawa obrony wolności jest zakodowana w charakterze polskich pokoleń i odzywa się wtedy, gdy trzeba jej bronić.

– Jeżeli w powstaniu warszawskim zginęło około 180 tys. ludności cywilnej i prawie 18 tys. powstańców, to uświadamiamy sobie jak wielka jest cena wolności, skoro przyszło za nią tak drogo zapłacić. (…) Wolność się traci najczęściej przez jej nadużywanie, tak było przed rozbiorami, tak może być i teraz – ostrzegał hierarcha.

Internautka w komentarzu w Wirtualnej Polsce dopowiada:

– A ja myślę, że także dziś młodzież mogłaby oddać życie za ojczyznę. Powstańcy musieli walczyć, żeby przetrwać. I tamta młodzież miała znakomite autorytety – dzięki temu łatwiej było im to robić. W dzisiejszych czasach nie byłoby nawet jak motywować do takich działań. Szkoda gadać.

Żebyście tylko kochali

Powstańcy zapytani o to, o czym jeszcze marzą, mając wolną Polskę, mówią dziś najczęściej:

Źródło: CBOS, 2005.

– Chcielibyśmy, by młodzi ludzie po prostu kochali Polskę.

1 sierpnia to ich dzień. Spotykają się między innymi na Powązkach przy pomniku Gloria Victis, a wieczorem zapalają płomień na Kopcu Powstańczym. Nawet w tym miejscu można było się przekonać o tym, że w każdym pokoleniu znajdą się i bohaterowie, i tchórze. Dzień po rozpoczęciu obchodów ktoś ukradł agregat prądotwórczy, który umożliwiał oświetlenie kotwicy, symbolu Polski Podziemnej.

Ale gdy Prezydent Warszawy, dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego oraz szefowie związków kombatanckich w specjalnym apelu rozdawanym na ulotkach w stolicy i innych miastach prosili, by 1 sierpnia o godz. 17 zatrzymać się na chwilę, gdy syreny tradycyjnie ogłoszą godzinę „W”, wielu warszawian tak zrobiło. Na dźwięk syren i bicia dzwonów w kościołach, minutą ciszy oddali hołd bohaterom 1944 roku. W centrum stolicy ruch zamarł. Stanęli piesi, samochody i tramwaje, które na minutę uruchomiły dzwonki. Zgromadzeni na Powązkach, między innymi członkowie rządu, parlamentarzyści, duchowieństwo, generalicja i kombatanci, stanęli na baczność. Potem rozbrzmiał hymn narodowy. Pod pomnikiem Gloria Victis modlitwie w intencji poległych powstańców przewodniczył ksiądz kapelan Henryk Kietliński, który podkreślił, że powstańcy „rozpalili znicz wolności”.

– Z ich ofiary wyrosła najjaśniejsza Rzeczpospolita, oni wzniecili ogień walki, my jesteśmy odpowiedzialni za przekazywanie tego znicza następnym pokoleniom – mówił ks. Kietliński.

Komiks patriotyczny

Wśród wydarzeń rocznicowych i obchodów narodowych świąt coraz bardziej widoczna jest jednak tendencja popularyzowania towarzyszącego im przekazu narodowo-patriotycznego. Dla upamiętnienia 64. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego na krakowskim Rynku u stóp Bazyliki Mariackiej stanął półgąsienicowy transporter opancerzony SdKfz 251, odtwarzający jeden ze zdobytych przez powstańców pojazdów. Maszyna obsadzona została przez oddział powstańców, w rolę których wcielili się członkowie jednej z grup rekonstrukcyjnych. Wokół transportera rozbrzmiewały powstańcze piosenki, a „powstańcy” rozdawali przechodniom biało-czerwone plakietki z symbolem Polski Walczącej.

Na początku sierpnia redaktorzy naczelni czterech dzienników zaapelowali do władz o sfinalizowanie prac nad filmem o powstaniu warszawskim. Dwa lata temu konkurs wygrały projekty „Ostatnia niedziela” Dariusza Gajewskiego i Przemysława Nowakowskiego o losach powstańca o pseudonimie „Romeo” i łączniczki „Akme”, i drugi zatytułowany „1944: Warszawa” Krzysztofa Steckiego i Tomasza Zatwarnickiego, splecione historie kilkunastu, lub kilkudziesięciu bohaterów. Film jeszcze nie powstał. Może dlatego, że – jak to ujęła Agnieszka Holland, zapytana, czy zrobiłaby taki film – to dla sponsorów nie jest temat sexy.

Za to powstał komiks. I to nie pierwszy.

Muzeum Powstania Warszawskiego po raz kolejny rozstrzygnęło konkurs na powstańczy komiks. Laureatem pierwszej nagrody I został Rafał Bąkowicz za pracę pt. „Sierpień”. Nagrodzoną pracę jury określiło jako „intrygującą i niesztampową”. W komiksie o powstaniu warszawskim pojawiają się bowiem postaci ze świata filmów science fiction, na przykład Roboty czy bajkowa broń.

Powstanie bliskie sercu

Jego komiks to historia niemożności dotarcia do prawdy. Zaczyna się konwencjonalnie: dziadek opowiada wnuczkowi o swoich powstańczych przeżyciach. Ale co młodzi ludzie wiedzą o realiach powstania? Ich rzeczywistość jest inna, wyobraźnia podsuwa obrazy znane właśnie z filmów i komiksów.

– Chciałem pokazać, jak opowieści uczestników powstania warszawskiego mogą być odbierane przez najmłodsze pokolenie, którego wyobraźnia ukształtowana została przez pop kulturę i nieskończoną niemal liczbę filmów o II wojnie światowej – mówił Rafał Bąkowicz.

Wyróżnienie w konkursie otrzymała Anna Steliżuk za „Kołysankę dla Dziuni”. Młoda rysowniczka ze wzruszeniem przyznała, że zrobiła komiks, bo to jej ulubiona forma. A powstanie jest tematem bliskim sercu.

Najmłodszy uczestnik konkursu, ośmioletni Wiktor Kulig, przedstawił z kolei epizod z życia swoich dziadków, którzy brali udział w powstaniu – wyprawę kanałami z Żoliborza na Starówkę, walkę o barykadę i ewakuację kanałami z płonącego Starego Miasta. Ale zapytany, czy jego koledzy zainteresowaliby się komiksem o powstaniu, odpowiedział sceptycznie: – Raczej wolą filmy.

To dlatego każda inscenizacja czy rekonstrukcja historyczna cieszy się dziś tak ogromnym wzięciem: czy to Cytadela, czy walki na Mokotowie, czy Bitwa Warszawska w Ossowie, czy nawet Grunwald. Dziś popularyzatorzy historii stawiają na nowe środki wyrazu: malowanie murali, koncerty, pikniki, a nawet sztukę teatralną. W Muzeum Powstania Warszawskiego wystawiono multimedialnego „Hamleta” Szekspira, nawiązującego do tematyki powstania warszawskiego, w reżyserii Pawła Passini.

Źródło: CBOS, 2002. Dziś znacząco zapewne wzrósłby odsetek osób wskazujących na potencjalne źródło wojny na Kaukazie.

Altruiści z i-Phone’m w kieszeni

Badania dr. Bończy-Tomaszewskiego jednak pokazują, że jesteśmy podobni do naszych pradziadków. Silny indywidualizm, kult bohaterów, ofiarność, przywiązanie do wolności to cechy narodowe, które niezmiennie trwają. Do tego można dołączyć całkiem praktyczną ciekawość świata, mobilność i pęd do modernizacji, charakterystyczny dla polskich chłopów żyjących pod koniec XIX wieku, który pozostał nam do dziś. Tyle, że przed I wojną światową głównym przedmiotem pożądania na wsi był zegarek, zupełnie wówczas nieprzydatny. Dziś wszyscy chcą i-Phone’a.

Nie znaczy to jednak, że nie stać nas na altruizm. Co to, to nie. Symbolem naszego stosunku do praw człowieka stała się przed olimpiadą sprawa Tybetu. Żeby demonstrować pod chińską ambasadą, przychodzili bardzo różni ludzie. Młodzi nie pisali już tylko apeli w internecie, ale przypinali do ubrań wstążeczki, nosili silikonowe bransoletki. Solidarność z narodowymi aspiracjami Tybetańczyków do niepodległości, kojarzyła im się z walką Polaków o wolność w czasie zaborów i na początku lat 80.

Może jeszcze bardziej wyrazisty altruizm Polaków było widać przez ostatnich kilka tygodni, wypadkach związku z wydarzeniami w Gruzji. Choć można nas podejrzewać, że gorące uczucia współczucia i solidarności wypływają po trosze z antyrosyjskich fobii, to jednak zdecydowane opowiedzenie się prezydenta Lecha Kaczyńskiego za nienaruszalnością granic Gruzji musiało się Polakom podobać. Wreszcie, jako wolny naród nie musimy się kłaniać w pas mocarstwu, które przez wieki chciało uczynić z Polski naród poddanych.

Kto zwyciężył?

Wydarzenia ostatnich tygodni nie pozwalają zapomnieć, że świat XXI wieku nie jest edenem. Że ludzka żądza władzy i posiadania nie została za progiem świętego roku jubileuszowego, ale wnieśliśmy je w kłopotliwym wianie kolejnym pokoleniom poza próg drugiego tysiąclecia.

O ile o ataku na World Trade Center przypominamy sobie już głównie tylko w rocznicę 11 września, to przecież trudno zapomnieć, że ten akt terroru zapoczątkował serię podobnych zamachów w Londynie i Madrycie. I że był jednym z głównych powodów amerykańskiej interwencji w Iraku.

CBOS, które tuż po wydarzeniach w Nowym Jorku pytało Polaków, czy podobne ataki mogą zagrozić także Polsce, zanotował, że ponad połowa z nas poważnie bierze pod uwagę taką możliwość. A 65 proc. Polaków przyznała, że obawia się, iż może to doprowadzić do III wojny światowej. To mniej więcej taki sam poziom poczucia zagrożenia, jaki badacze odnotowali w kwietniu i maju 1999 roku w trakcie interwencji NATO w Jugosławii. W 2002 roku aż 70 proc. ankietowanych przez CBOS oceniło, że napięcie międzynarodowe rośnie. Jedynie 4 proc. Polaków uznało, że międzynarodowa sytuacja się polepsza.

W 2005 roku, w 60. rocznicę zakończenia II wojny światowej CBOS pytało o to, czy Polska jest zwycięzcą tego konfliktu. Zaledwie nieco ponad jedna czwarta badanych (27%) nie ma wątpliwości, że Polska należy do zwycięzców II wojny światowej. Co więcej, ponad jedna piąta (22%) uważa, że trudno byłoby zaliczyć Polskę do tego grona. Stosunkowo najczęstsza jest opinia, że Polska wprawdzie należy do zwycięzców tej wojny, ale nie było to pełne zwycięstwo (33%). Widać, że tyle opinii, ilu Polaków. Podobnie zresztą, jak w ocenie sensowności powstania warszawskiego czy naszego zaangażowania w wojnę w Iraku. W 2006 roku 27% badanych przez OBOP uważało, że w 2003 roku Polska dobrze zrobiła, wysyłając wojsko do Iraku, a 66% – że rozbiła źle. Mimo to 66% badanych sądziło, że Polska powinna brać udział w szerszych sprawach światowych, a 22% – że powinna się trzymać od nich z daleka.

Za rok będziemy obchodzić 70. rocznicę wybuchu II wojny światowej. Jak co roku będziemy pamiętać, że tego dnia atak niemieckiego pancernika Schleswig- Holstein na polską składnicę wojskową na Westerplatte o godzinie 4.45 był jednym z pierwszych wydarzeń tej gehenny. Według badań OBOP, 61% badanych sądzi, że trzeba nadal mówić o cierpieniach zadanych Polakom w czasie II wojny światowej przez innych. Jedna trzecia Polaków uważa, że już nie trzeba.

Amerykański socjolog James Coleman zauważył, że żadne społeczeństwo nie może żyć w stanie totalnej, nieustającej mobilizacji. Wystarczy, że wyzwala się ona podczas wydarzeń nadzwyczajnych, jak zagrożenie wolności. Może więc przyszło nam żyć właśnie w takim czasie? Oby jak najdłużej. Bo pokój nie jest wartością zdobytą raz na zawsze.

Tomasz Gołąb

Artykuł ukazał się w numerze 08-09/2008.

Dodaj komentarz