Źródło: pixabay.com

Polityczna służba na rzecz pokoju

O pokoju bardzo wiele się mówi. Z tęsknotą szuka się również jego głębszego znaczenia, chociaż nie wydaje się, aby jego pojmowanie powszechne było pozbawione swej pociągającej prostoty, sprawiającej ciąg miłych skojarzeń przynoszących – w pełnym tego słowa znaczeniu – osobowościową ulgę. Dlaczego tak się dzieje? Czy nie dlatego, że pokój ma w sobie coś rzeczywiście ujmującego? Te pytania zasadniczo zmierzają do jednej kwestii, mianowicie istoty pokoju. Czym ona jest? Czym pokój jest w życiu człowieka i społeczności? Z czym przede wszystkim jest kojarzony? Dlaczego jego znaczenie jest tak wielkie i czego brakuje ludzkiej społeczności w sytuacji notorycznie zrywanych podstawowych międzyludzkich więzi?

W Orędziu na 52. Światowy Dzień Pokoju papież Franciszek porównuje pokój do kruchego kwiatu, który „usiłuje zakwitnąć pośród kamieni przemocy” (52. Orędzie p. 2). To poetyckie „zawirowanie” wiele mówi o samym pokoju, ale może przede wszystkim o trudzie wprowadzania pokoju w życie ludzi; trudzie, który wprowadza i utrzymuje pokój jako dobro pośród tego wszystkiego, co zdecydowanie mocno przeciwstawia się tej trosce.

Tutaj powiedzmy wyraźnie, że istotą pokoju jest tkwiące w nim dobro. A jeśli tak, to pokój w ścisłym tego słowa znaczeniu jest wartością społeczną, którą systematycznie należy wybierać, aby mogła wyrobić w ludziach stałą, na ile to możliwe, skłonność do jej wybierania. Oznacza to, że pokój jako dobro społeczne zafunkcjonuje wtedy, gdy tylko będzie zakorzeniony poprzez dobre wybory w ludzkiej postawie, czyli w wypracowanej cnocie. Z tego powodu wprost mówi się, że pokój jako dobro osobowe i społeczne, jeśli tylko istnieje, to zawsze jako osobowa, ale i społeczna cnota.

Pokój jednoznacznie należy odróżnić od wojny, w której dobra znaleźć nie można. Trzeba go także odróżnić od irenizmu czy pacyfizmu, za którymi ukrywa się w rzeczywistości zło, jednakże pod pozorem lansowanego dobra subiektywnie definiowanego.

Magisterium Kościoła mówi, że „pokój jest dobrem, które należy wprowadzać poprzez dobro: jest on dobrem dla poszczególnych osób, dla rodzin, dla narodów świata i dla całej ludzkości; jest zatem dobrem, którego należy strzec i które należy rozwijać wybierając i czyniąc dobro” (p. 1) – te słowa odnajdujemy w Orędziu na 38. Światowy Dzień Pokoju, ogłoszonym przez św. Jana Pawła II. Oczywiście pokój jest dobrem wspólnym wszystkich ludzi, w każdym miejscu i czasie. Jest zatem taką wartością społeczną, która wprost umożliwia realizowanie dobra osobowego ważnego z punktu widzenia każdej konkretnej osoby ludzkiej. Jeśli pokój w swej istocie jest dobrem osobowym i społecznym, to również wszelkie uwarunkowania jego trwania w ludzkiej społeczności nie powinny być zniekształcane złem moralnym, czy to definiowanym przez osobiste czyny poszczególnych jednostek, czy też zakorzenione w społeczeństwie „struktury grzechu”. Tymi ostatnimi są takie mechanizmy i instytucje, które nie tylko nakłaniają do czynów moralnie złych, lecz także ułatwiają ich popełnianie (Zob. Katechizm Kościoła Katolickiego p. 1869).

Co łączy pokój z polityką? Otóż tym łącznikiem, wspólnym mianownikiem jest dobro wspólne. Bez tej wartości społecznej pokój nie istnieje, podobnie jak i polityka bez dobra wspólnego staje się bezprzedmiotowym sloganem, jeśli nie wprost ideologiczną „ściemą”. Papież Franciszek zauważa: „ Polityka jest istotnym nośnikiem budowania obywatelstwa i dzieł człowieka, ale kiedy ci, którzy ją pełnią, nie przeżywają jej jako służby dla ludzkiej społeczności, może stać się narzędziem ucisku, marginalizacji, a nawet zniszczenia” (52. Orędzie p. 2).

Polityka i pokój są sobie bardzo bliskie. Oba pojęcia wzajemnie się komunikują i dopełniają. Nie sposób mówić o polityce dobrze, jeżeli w zanadrzu nie ma się głębokiego odniesienia do pokoju. Istnieje też zależność odwrotna. Oto pokój bez polityki nie zaistnieje. Dlaczego? Ponieważ polityka jest zarządzaniem ludźmi, a pokój jest „sumą” międzyludzkich relacji.

Jeżeli do tego dodamy, że w praktyce społecznej pokój wyraża się nie inaczej, jak tylko w ładzie społecznego porządku, to będzie się on rodził tylko wtedy, gdy zostanie uszanowana godność każdego człowieka i będą respektowane nade wszystko fundamentalne prawa człowieka: do życia; do rozwoju, do sprawiedliwości, do miłości społecznej, do prawdy i do wolności – zaznaczmy tutaj, że kolejność ich wymieniania nie jest przypadkowa.

Pokój jest zatem owocem życia społecznego, o ile aktualizowany porządek odznacza się moralnym ładem. I tutaj dochodzi do głosu polityka, która jest troską o dobro wspólne. Chodzi więc o takie zarządzanie ludźmi, aby można było powiedzieć, że jest ono moralnie dobre. A to z kolei oznacza, że źródłem pokoju są zarówno dobre czyny obywateli, jak i moralnie dobre działania polityków.

Podsumujmy obecnie nasze rozważania. Oto pokój jest wartością moralną, czyli jest dobrem, które należy wybierać i realizować. Trzeba je realizować kierując się sprawiedliwością i miłością. Jeśli sprawiedliwość dotyczy społecznych instytucji i struktur, to miłość bezpośrednio dotyka relacji międzyosobowych, jeśli tylko są relacjami dobrymi. Czym zatem ma się kierować władza, aby jej działania polityczno-społeczne generowały pokojowe stosunki ludzkie? Odpowiedź jest jednoznaczna: ma się kierować sprawiedliwością; ma jej szukać i do niej dążyć. Tak uruchomiona sprawiedliwość z pewnością wyzwoli w społeczeństwach jeszcze większe dobro, które oddaje się już pojęciem społecznej miłości. Czyż w tym klimacie przekształcania się sprawiedliwości w miłość nie widać pięknie dojrzewającego owocu pokoju?

Pod koniec p. 2 omawianego Orędzia, papież Franciszek pisze: „Polityka, jeśli jest realizowana z podstawowym poszanowaniem dla życia, wolności i godności ludzi, może naprawdę stać się wzniosłą formą miłości”. Komentując te słowa, daje się wysunąć wniosek przeciwny, a mianowicie taki, który mówi o błędnie prowadzonej polityce i o złych politykach, dla których troska o dobro wspólne jest pustosłowiem.

Wiadomo, że politycy zarządzając ludźmi ustanawiają prawa, wpływają istotnie na edukację i kulturę, dysponują informacją i mediami oraz lokują w przestrzeni publicznej sprawy finansowo-gospodarcze. Jeżeli polityk pokornie uczy się dobra wspólnego i podchodzi do niego z szacunkiem, a nawet z bojaźnią, to na pewno nie jest publicznym wyzyskiwaczem. Jest tym, który faktycznie dba o pokój w życiu społecznym.

W tym miejscu daje się sformułować kilka głównych zasad etyki politycznej zobowiązujących polityków to tego, aby swoje powołanie wykonywali zgodnie z wymogami najwyższej wartości społecznej, czyli w imię prawdziwie odczytanego dobra wspólnego.

Pierwsza zasada może brzmieć następująco: Tylko polityk prawego sumienia jest mężem stanu. Gdy nakaz sumienia (norma szlachetnego działania) jest respektowany w normie legalnie ustanowionej, to tzw. „litera prawa” otrzymuje swojego „ducha” (moralność prawa naturalnego). Druga zasada powie, że polityk nie może negować istnienia i działania Boga. Walka z Nim na drodze promocji laicyzmu (Boga nie ma), czy też religijnego fanatyzmu (czynienie z Boga narzędzia dla swoich interesów) – stawia polityka w miejsce Wszechmogącego Zbawcy Ludzkości. Ta manipulacja jest poważnie niebezpieczna z racji uwodzenia ludzi ideologicznym kłamstwem pod pozorem budowania wspaniałego raju na ziemi. Trzecia zasada: Polityk słucha, bo chce pomóc. Jeśli nie słucha ludzi, bo uznaje, że wie i nie przeprowadza korekty tego, co wie, wtedy jego poglądy tracą kontekstowość, co sprawia, że szybkim krokiem oddala się od spraw ludzkich obecnych w całej rozciągłości w treści dobra wspólnego. Czwarta zasada powie, że polityk broni życia jako najwyższej wartości ludzkiej. Jeśli będzie prześladował i karał obrońców życia, to znaczy, że będzie nagradzał zbrodniarzy. I piąta zasada: polityk jest człowiekiem pokoju. Jeżeli nie szanuje ludzkiej godności i wynikających z niej praw podstawowych to musi („powinien” – to za mało) być usunięty z urzędu władzy.

Nie przestrzegając tych zasad, polityk jest „empty” (pusty) i swoim działaniem nie wnosi tzw. wartości dodanej do życia społecznego. Również i jego polityka, nie przeżywana jako służba dla społeczności w konsekwencji zamieni się w źródło ucisku, nie tylko doktrynalno-mentalnego, lecz również fizyczno-egzystencjalnego. Oznacza to, że nie będzie on z pewnością budował pokoju, bo nie będzie szanował obywateli w ich podstawowych prawach, jak też i nie będzie należycie troszczył się o promocję propokojowych postaw na drodze wychowawczo-oświatowych działań we wspólnocie politycznej, czyli reprezentowanym przez siebie państwie.

Ks. Bogusław Drodż

/md

Zobacz także w e-civitas:

Co Paweł Apostoł ma do przekazania nam w Liście do Rzymian ?

Biorąc pod uwagę odległość czasową powstania Listu do Rzymian, który datuje się na lata 52-58 …