piątek , 24 Listopad 2017
Fot. pixabay.com

Polska–Niemcy. Kwestia odszkodowań z nieco innej perspektywy

Polityka niemiecka nad wyraz często dążyła do likwidacji Polski jako ośrodka politycznego oraz Polaków jako narodu. Nauczeni dziejowym doświadczeniem powinniśmy szczególnie uważać na to, co się na zachód od Odry dzieje i  jaką politykę ten kraj realizuje.

W filmie Stanisława Barei Miś jest taka scena, w której Ryszard Ochódzki rozmawia z personelem szatni w kwestii „znikniętego” płaszcza. W pewnym momencie kierownik „placówki” mówi do niego: „nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?”. Scena służyła obśmianiu pewnej rzeczywistości, choć bez wątpienia sytuacja tu przedstawiona, tak jak wiele innych w poszczególnych gagach filmu, zdaje się być użyteczna szerzej niż tylko w realiach „prawdy czasu” lat 80. XX w. Opisana sytuacja nasunęła mi się w kontekście dyskusji, jaka ogarnęła media w Polsce, a także chyba większość z nas, w kwestii postulatów odszkodowań niemieckich związanych ze zniszczeniami, jakich III Rzesza dopuściła się na naszych ziemiach, oraz zbrodniami na obywatelach polskich. Co do tego, że takowe miały miejsce na olbrzymią skalę, nie ma żadnych wątpliwości. Poza tym, oprócz szkód powstałych w latach 1939–1945 należy bez wątpienia wymienić skutki wojny: fakt zniewolenia Polaków w latach powojennych, przypisanie ich do określonego obozu geopolitycznego, podporządkowanie naszego życia kulturalnego i gospodarczego pod cele związane z ekspansją ideologii sowieckiej, której przytłaczająca większość Polaków nie chciała, itp.

Problem odszkodowań między propagandą a polityką
Kwestia reparacji wojennych pojawiła się dość niespodziewanie dla większości z nas w czasie obchodów 73. rocznicy Powstania Warszawskiego. Mogło się oczywiście zdarzyć, że temat wywołał się sam dość spontanicznie. Zawsze takie okazje służą refleksji. Przypominanie wydarzeń, które miały miejsce w różnych formach – czy to koncertu pieśni powstańczych, marszy, czy też imponującej oprawy kibiców Legii Warszawa, która obiegła cały świat – na pewno jakoś tam budziło negatywne odczucia względem zachodniego sąsiada, który, czy mu się to podoba, czy nie, jest państwem niemieckim i musi na sobie dźwigać ciężar dziedzictwa wojennego. Inna sprawa, że wyraźnie widać, iż państwo to chce odrzucić od siebie to dobrodziejstwo inwentarza przez przenoszenie odpowiedzialności za zbrodnie narodu niemieckiego na innych, w tym także polskich „antysemitów” – katolików. Działaniem takim państwo niemieckie na pewno dolewa oliwy do ognia, wywołując – jak najbardziej naturalne i słuszne – negatywne reakcje z polskiej strony. Dowodzi to tylko, że w kwestii własnej narracji historycznej musimy być bezwzględni i nie odpuszczać ani na moment.


Wracając do kwestii odszkodowań, gdyby ta tematyka pojawiła się wyłącznie na prywatnych fanpejdżach czy też w mediach internetowych odwołujących się do myśli narodowej, gdzie tradycyjnie ma swoje miejsce, nie byłoby problemu. Nawet gdyby wspomniały o tej kwestii media głównego nurtu, również mogłoby to być naturalne. Postulat odszkodowań od Niemców jednak bardzo szybko z mediów przeniósł się do świata polityki. A właściwie żyje on równolegle tu i tu. Obserwacja polemik wokół tej kwestii jest o tyle interesująca, że dowodzi trwałego podziału w życiu publicznym. Stanowisko negatywne wobec żądania odszkodowań zajęli politycy opozycji oraz dziennikarze i media z nimi związane, tudzież wszyscy, których można by nazwać mianem obozu liberalno-lewicowego. To z tamtej strony zaczęły płynąć histeryczne uwagi o wzbudzaniu nacjonalizmu, fobii antyniemieckich oraz wyprowadzaniu Polski z Unii Europejskiej, gdzie przecież Niemcy są czynnikiem dominującym. Z drugiej strony prominentni politycy PiS, zdaje się, potraktowali sprawę poważnie, świadomie włączając kwestię do polityki międzynarodowej w tym (co oczywiste) w relacje polsko-niemieckie. Sami Niemcy zareagowali tak, jak zareagowali: jednoznacznym oburzeniem zdającym się brzmieć: „jak ośmielacie się w ogóle o tym mówić”. Nie jest to reakcja, której nie można się było spodziewać. Jeżeli w drobniejszej kwestii wykonania wyroku sądu w kwestii przeproszenia przez telewizję ZDF za użycie sformułowania o „polskich obozach śmierci” nie można się doczekać jakiejkolwiek poważnej reakcji, to tym bardziej tu, gdzie w grę wchodzą olbrzymie pieniądze, a przy okazji w ruiny obróciłaby się wspomniana niemiecka polityka historyczna, nie ma na co liczyć. Podjęcie tej kwestii może mieć jedynie niejakie znaczenie propagandowe. Nie sądzę jednak, żeby było czymś pożądanym tego typu proste włączanie instytucji państwowych do zadań, które być może powinny wykonywać narodowe środki przekazu, także te operujące poza granicami państwa.
Dochodzę tu do wspomnianego Barei. Oto sytuacja przedstawia się tak, jak opisano – Niemcy mówią jak szatniarz z filmu Miś: nie damy i „co pan nam zrobi?”. Wydaje się, że tu tkwi pytanie najważniejsze: po co ta cała akcja?


Niemcy – terra incognita polskiej polityki
Bardzo mi przykro, ale w jednym muszę się zgodzić z mediami, określmy je mianem proniemieckich, może nawet z niemieckimi tubami propagandowymi w Polsce. Podniesienie kwestii odszkodowań nakręca określoną atmosferę. Możemy się różnić w ocenie tego zjawiska. Bez wątpienia owe media i ośrodki polityczne chciałyby uśpić czujność Polaków na odcinku niemieckim właśnie, budując obraz odwiecznej przyjaźni, przerywanej jedynie krótkimi okresami nieporozumień, jak to w rodzinie, chciałoby się powiedzieć. Ot, taka dziejowa sielanka w środku Europy. Tymczasem musimy pamiętać, że było inaczej. Polityka niemiecka nad wyraz często dążyła do likwidacji Polski jako ośrodka politycznego oraz Polaków jako narodu. Nie miejsce tu na śledzenie dziejów. Wszyscy generalnie mamy jakąś świadomość w tej dziedzinie. To znowu nie znaczy, że zawsze i wszędzie dzieje Polaków i Niemców były naznaczone konfliktem. W każdym razie nauczeni dziejowym doświadczeniem powinniśmy szczególnie uważać na to, co się na zachód od Odry dzieje i jaką politykę ten kraj realizuje.


Wracając do wspomnianego „braku płaszcza”, rząd polski zrobi awanturę i co potem? Polska wypowie Niemcom wojnę? Samo postawienie sprawy w taki sposób wywołuje grozę. Na wszelki wypadek dodam, że specjalnie postawiłem kwestię w sposób absurdalny i nie wierzę w to, co piszę. Żądanie odszkodowań na poziomie dyplomatycznym miałoby sens, gdyby Polska przekonała do tego pomysłu grupę międzynarodowych przyjaciół, kilka znamienitych rządów, środowiska żydowskie itd. Nacisk, jaki wtedy by powstał, zmusiłby rząd niemiecki przynajmniej do rozmów i do jakichś gestów. Nie wiem, czy zapłacenia tyle, ile byśmy chcieli, ale wykonania czegoś, co pozwoliłoby rządowi wyjść z sytuacji z wrażeniem wygranej. Jakie byłyby wrażenia niemieckiego rządu i społeczeństwa Niemiec, to inna sprawa. Też niestety istotna.


Ośmielam się jednak wyrazić przypuszczenie, że rządowa akcja reparacyjna nie jest oparta o żaden system sojuszy międzynarodowych. Nic nie wiadomo choćby o tym, by przedstawiciele naszych władz rozmawiali np. z rządem Grecji, który takie roszczenia próbuje jakoś tam stawiać. Zawsze można by powiedzieć, że co dwóch, to nie jeden. Może znaleźliby się inni chętni do takiego bloku: może Białoruś, Serbia, czy choćby Czechy. W obecnej sytuacji kwestia powyższa staje się po prostu przypadkiem znalezionym kijem do bicia psa. Z tym, że używając takiego narzędzia, trzeba mieć na uwadze fakt najbardziej oczywisty: bite zwierzę może ugryźć.


Nastroje antyniemieckie w Polsce mogą wywołać lustrzane zjawisko w samych Niemczech, oczywiście wygenerowane przez tamtejsze władze i potężne media. Przeciwdziałać temu będzie niezwykle trudno. O ile bowiem można sobie wyobrazić sytuację wojowania z rządem kraju, w którym nie cieszy się on poważaniem rządzonego społeczeństwa, o tyle u Niemców, gdzie władza zawsze ma duże poważanie, nie jest to gra bezpieczna. Mówiąc wprost, Niemcy będą tu wzajemnie solidarni ponad podziałami politycznymi, a nasza polityka nie zrobiła nic, by mieć tam swoich przyjaciół, którzy mogliby swoim rodakom racjonalnie przedstawiać polski punkt widzenia, nie wchodząc w konflikt. Polski rząd chyba jest tak samo źle postrzegany przez chadecję, jak i socjalistów, a nasze społeczeństwo nie jest lubiane nawet przez przebywających tam uchodźców (co akurat jest czymś pożądanym). Nie robi się też zbyt wiele, jeśli chodzi o budowanie relacji ponad rządem federalnym, np. z poszczególnymi landami, które mogłyby, a niektóre nawet by chciały, podjąć z Polską bliższe relacje. Polityka polska względem Niemców pozostaje jak na razie terytorium bezludnym i czeka ją dużo pracy. W tym kontekście należy też słyszeć głos grupy polskich biskupów, którzy co prawda patrząc z innej perspektywy, również zwrócili uwagę na pewne niepokojące kwestie w społecznym odbiorze relacji polsko–niemieckich. Wydaje się, że słuszną konkluzją byłoby przyjęcie tezy, iż na razie nie warto pakować się w kampanie z góry przegrane, których skutki są raczej trudne do przewidzenia.


Co do kwestii najbardziej wszystkich interesującej, tzn. czy Niemcy powinni nam zapłacić, to najważniejsza jest, niestety, odwieczna w polityce, tym bardziej tej międzynarodowej, prawda, iż w rzeczywistości nie jest istotne, kto ma rację, lecz kto może przeforsować ważne dla siebie postulaty.

Piotr Sutowicz

pgw

Zobacz także w e-civitas:

Wielki naród a chrześcijański patriotyzm

Polacy albo sięgną po najlepsze wzorce i zaczną swój wielki naród budować, albo zgnuśnieją, by …