Home / Opinie | Felietony / Polska – Niemcy w cieniu Mitteleuropy

Polska – Niemcy w cieniu Mitteleuropy

Sto lat temu prof. J. Patrsch pokusił się o rozwiązanie niełatwego zadania – starał się udowodnić, że Europa środkowa jest jednolitą całością. Zaliczał do niej oprócz Niemiec i Austro-Węgier także Holandię, Belgię, Luksemburg, Szwajcarię, Czarnogórę oraz Serbię, Rumunię i Bułgarię. Jak twierdził, z wyjątkiem Czarnogóry i Serbii cała Europa środkowa, w tym współczesne terytorium Polski, należy świadomie lub nieświadomie, chętnie czy niechętnie, do germańskiego kręgu kulturowego. W ten oto sposób powstała niemiecka hegemonistyczna koncepcja opanowania przez Niemcy środkowej Europy – Mitteleuropa. 

W II wojnie światowej Niemcy poniosły totalną klęskę, tym samym ludobójcze, zbrodnicze metody ustanawiania w Europie niemieckiej hegemonii okazały się NIESKUTECZNE. Zapoczątkowana przez kanclerza RFN Konrada Adenauera Realpolitik skompromitowaną ekspansję siłową zastąpiła ekspansją gospodarczą, rozłożoną na wiele etapów, posługującą się mądrze używaną książeczką czekową i cierpliwą polityką historyczną. Obecnie, 68 lat od zakończenia wojny rozpętanej przez Niemcy, bez zbytniej przesady można stwierdzić, że Niemcy przegrały wojnę, ale wygrały pokój. W dużym stopniu stało się tak dzięki biurokratycznej integracji europejskiej. Wbrew intencji większości twórców UE to nie Unia zeuropeizowała Niemcy, a Niemcy zdominowały Europę.

Gospodarcza, finansowa i polityczna zależność poszczególnych krajów w Europie od Niemiec jest bardzo zróżnicowana. Niestety, obecna zależność Polski od zachodniego sąsiada w sferze ekonomicznej, politycznej, kulturowej i mentalnej jest tak ogromna, że już niewiele brakuje, byśmy się stali niemieckim protektoratem. W dużej mierze dzieje się tak, gdyż niebawem po zjednoczeniu Niemiec polska strona rządowa wynegocjowała i podpisała ze stroną niemiecką traktat „O dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy”, który stawiał i stawia Polskę w wielce niekorzystnej pozycji wobec Niemiec.
W czasie kiedy decydowały się interesy strategiczne dla polskiej racji stanu z konsekwencjami na całe dziesięciolecia, posłowie wyczerpanego moralnie sejmu kontraktowego bardziej myśleli o zbliżających się, w pełni demokratycznych wyborach do Sejmu, niż o ocenie treści traktatu. Pikanterii sprawie dodaje fakt, iż gdyby nawet większość posłów chciała, nie mogłaby być do dyskusji dobrze przygotowana, gdyż Ministerstwo Spraw Zagranicznych otoczyło treść traktatu dziwną tajemnicą. W czasie gdy pełna treść traktatu była oficjalnie dyskutowana w niemieckim Bundestagu i w niemieckich środkach masowego przekazu, posłowie Komisji Spraw Zagranicznych przed podpisaniem traktatu przez oba rządy mieli dostęp tylko do jednego egzemplarzaa jego projektu. A trzeba mieć świadomość, że zapisy każdej umowy międzypaństwowej o takiej randze jak traktat można poprawiać, zmieniać tylko na etapie negocjacji. Taką szansę mieli niemieccy parlamentarzyści, polscy już nie. Polscy posłowie mogli tylko w całości poprzeć ustawę o ratyfikacji traktatu albo też w całości ją odrzucić. Bez przesady można stwierdzić, że tak istotna umowa pomiędzy odwiecznymi sąsiadami, Polską i Niemcami, była obarczona ułomnością poufności nie tylko wobec polskiego społeczeństwa, ale i polskiego sejmu oraz senatu.

Może właśnie dlatego do dziś uczestnicy dyskusji o stosunkach polsko-niemieckich, zamiast kierować się pragmatyzmem i koncentrować na sprawach najważniejszych, budzą się od czasu do czasu i reagują emocjonalnie w odpowiedzi na bieżące wydarzenia, typu prowokacje Eriki Steinbach. Nie znaczy to wcale, że owe prowokacje mamy kwitować wstydliwym milczeniem, ale najwyższa pora zrozumieć, jakie kwestie w stosunkach polsko-niemieckich naprawdę są najważniejsze. Co najgorsze, rozwiązanie niektórych z nich nie posunęło się nawet o jotę, a są zupełnie nieznane polskiej opinii publicznej. Warto więc sięgnąć do źródeł polskich kłopotów w relacjach z naszym zachodnim sąsiadem.

Podczas dyskusji nad ratyfikacją traktatu w sejmie kontraktowym zarówno w strony rządowej, jak i u większości posłów dominował pełen optymizm, a posłowie Unii Demokratycznej i Kongresu Liberalno-Demokratycznego wręcz entuzjastycznie za epokowe, wielce dla Polski korzystne, uznali wszystkie zapisy traktatu. Była jednak spora grupa posłów PSL, części chrześcijańskiej demokracji z Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego (OKP), PAX i SD, a nawet pojedynczych posłów z Lewicy Demokratycznej, zgłaszających zasadnicze wątpliwości i krytyczne uwagi do niektórych zapisów zawartych w traktacie. Piszący te słowa, dwukrotnie występując w imieniu klubu parlamentarnego PSL w debacie nad traktatem, zwracał uwagę na kwestie prawne i polityczne, które traktat omijał lub przedstawiał niezgodnie z polskimi interesami. Obok innych palących kwestii, jak choćby kompromitująca rząd polski rezygnacja z ubiegania się o reparacje wojenne od Niemiec czy odszkodowań cywilnych dla polskich ofiar niemieckich zbrodni i prześladowań, zwróciłem szczególną uwagę na to, że pomimo podpisania przez stronę niemiecką obu traktatów, w rażącej wobec nich sprzeczności pozostają art. 16 i art. 116 Konstytucji Republiki Federalnej Niemiec. Ponieważ w kwestiach dotyczących obywatelstwa niemieckiego na podstawie owych przepisów konstytucyjnych orzecznictwo sądów niemieckich przyjmowało fikcję prawną istnienia Rzeszy Niemieckiej w granicach z 1937 r., profesorowie Alfons Klafkowski i Lech Janicki wyraźnie takie praktyki definiowali jako agresję prawną wobec Polski. W trakcie dyskusji posłowie postulowali, by w uchwale sejmu dotyczącej traktatu znalazł się zapis zobowiązujący stronę niemiecką do usunięcia powyższych artykułów konstytucji ze względu na ich sprzeczność z treścią traktatów polsko-niemieckich, tj. zarówno z treścią tzw. małego traktatu uznającego istniejącą granicę pomiędzy Polską a Niemcami, jak i tzw. dużego traktatu o dobrym sąsiedztwie i  przyjaznej współpracy oraz konwencją wiedeńską z 1969 r. o umowach międzynarodowych, w której wyraźnie się stwierdza, że prawo wewnętrzne układających się stron nie może być sprzeczne z treścią tych umów. Niestety większość Wysokiej Izby po pokrętnych wyjaśnieniach strony rządowej odrzuciła tę poprawkę. Po latach niemiecki parlament zlikwidował art. 16 i zmodyfikował art. 116 Konstytucji. Jednakże do dziś obowiązują postanowienia tego artyułu, na podstawie których wszyscy ci, którzy urodzili się na terenach Polski należących do Niemiec w granicach do 1937 r., a obecnie powołują się na niemieckie pochodzenie, oprócz polskiego mogą uzyskać obywatelstwo niemieckie. Swoją drogą samo istnienie, nawet w okrojonej formie, art. 116 Konstytucji RFN musi budzić obawę co do intencji naszych niemieckich partnerów i nie jest wykluczone, że może być kiedyś wykorzystane jako przysłowiowa furtka prawna do podważenia ostateczności polskiej granicy z Niemcami.

Jest tak, pomimo że zwycięskie mocarstwa koalicji antyhitlerowskiej USA, Rosja, Wielka Brytania i Francja, za zgodą Niemiec i Polski na Konferencji 2+4 w 1990 r. potwierdziły ostateczny charakter granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Kiedy dziś część naszego społeczeństwa ze zgrozą obserwuje, jak późni niemieccy przesiedleńcy przed polskimi sądami odzyskują swoją dawną własność kosztem obecnych polskich właścicieli, winniśmy sobie uświadomić, że również w tej, tak fundamentalnej, sprawie niemiecka strona przechytrzyła polskich negocjatorów traktatu lub, jak kto woli, polska strona nie potrafiła od strony niemieckiej wyegzekwować rezygnacji z doktryny prawnej, która nie uznaje zmian własnościowych na terenach przyznanych Polsce mocą układu poczdamskiego z sierpnia 1945 r. Traktatowi, jako jego integralna część, towarzyszyły listy intencyjne ministrów spraw zagranicznych. List intencyjny federalnego ministra Niemiec Hansa Dietricha Genschera zawierał pułapkę zawartą w stwierdzeniu, iż traktat nie zajmuje się sprawami majątkowymi. Tym samym stronie niemieckiej pozostawiono swobodę interpretacyjną kwestii zmian własnościowych na terenach przejętych przez Polskę od Niemiec po II wojnie światowej. Podczas debaty nad traktatem w sejmie kontraktowym posłowie pytali o ten problem przedstawicieli polskiego rządu, ci zaś twierdzili, że list intencyjny niemieckiego ministra nie podejmuje spraw własnościowych byłych niemieckich właścicieli, tym samym potwierdzali, że strona niemiecka takich roszczeń nie ma. Ciśnie się na usta pytanie: jak to się mogło stać, że polska strona rządowa nie posiadała elementarnej wiedzy, iż niemieckie prawo wewnętrzne wyraźnie kwestionuje zmiany własnościowe na polskich ziemiach zachodnich i północnych oraz w czeskich Sudetach, uważa je za nielegalne i oczekuje odszkodowań dla byłych niemieckich właścicieli i ich spadkobierców? Niestety tę groźną dla interesów polskich właścicieli i użytkowników niemiecką doktrynę prawną potwierdzają orzeczenia niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego wydane po zawarciu i ratyfikacji obu traktatów z Polską.

Po wielu latach kanclerz federalny Gerhard Schröder na zjeździe „wypędzonych” ujawnił niemiecką taktykę usypiania strony polskiej, kiedy apelował, by „wypędzeni” nie atakowali ostro Polski, by nie zgłaszali natarczywie roszczeń, bo i tak Polacy sami pchają się w zastawione sidła. Czym dłużej obowiązuje traktat polsko- -niemiecki, tym częściej na światło dzienne wychodzą jego mankamenty, i to prawie wyłącznie dotykające strony polskiej. Żeby nie być gołosłownym, należy podać, że niemieckie prawo – ustawa dotycząca rekompensat dla obywateli RFN, którzy utracili mienie w wyniku zmiany granic z 14 sierpnia 1952 r., nowelizowana jeszcze 2 czerwca 1993 r., – stwierdza, że postanowienia tej ustawy nie oznaczają rezygnacji przesiedlonych z możliwości zgłaszania roszczeń do państw wysiedlenia, czyli Polski i Czech. Co ciekawe, owa ustawa wśród hipotetycznych wierzycieli nie wymienia Rosji z jej okręgiem królewieckim (kaliningradzkim). Czy to przypadkowe pominięcie? Śmiem wątpić.
Do braku rezygnacji z roszczeń od wielu lat nawiązują organizacje ziomkostw i przesiedleńców, które niestety zgodnie z niemieckim konfrontacyjnym nazewnictwem aktualnie w Polsce, i to powszechnie, określa się mianem „wypędzonych”. I tak większość polskich mediów i polityków (jedni świadomie, inni z naiwności) wpisuje się w niemiecki scenariusz, używając określenia, którego sam wydźwięk sugeruje, iż przesiedlenia Niemców z Polski nie dość, że miały charakter represyjny, to na dodatek bezprawny. Prowadzi to w praktyce do kuriozalnej sytuacji, w której Polacy, którzy musieli opuścić swoje rodzinne strony w okolicach Lwowa, Tarnopola, Grodna czy Wilna, to wysiedleni lub deportowani, czyli „słusznie” za coś ukarani. Za to byli niemieccy mieszkańcy Szczecina, Wrocławia, Olsztyna, a nawet Gdyni to okrutnie wypędzone niewinne ofiary polskiej niesprawiedliwości i prześladowań. Wybitny znawca przedmiotu, prof. Mariusz Muszyński, twierdzi, że obecnie wychodzą konsekwencje naiwności i braku precyzji ówczesnych centrów polityki polskiej z lat 1990–2004 w stosunkach z RFN. Zamiast ostatecznie zamknąć kwestie majątkowe, jedynie ich dotknięto.

Dodam od siebie, że to właśnie wtedy powstała NAIWNA DOKTRYNA POLSKIEJ POLITYKI ZAGRANICZNEJ uznająca Niemcy za głównego wprowadzającego nasz kraj do struktur Unii Europejskiej. A skoro sternicy polskiej polityki zagranicznej uznali Niemcy za swego niemal reprezentanta na brukselskich salonach, to siłą rzeczy wszystkie kwestie drażliwe na kierunku Warszawa – Berlin, w tym upominanie się o odszkodowania wojenne od Niemiec, przywrócenie Polakom-obywatelom współczesnych Niemiec statusu mniejszości narodowej, czy rezygnacja strony niemieckiej z antypolskiej prawnej doktryny majątkowej schodziły na drugi plan, by nie psuć dobrej atmosfery i świętego spokoju. Nic zatem dziwnego, że strona niemiecka konsekwentnie realizowała swoje interesy. I tak 27 maja 1998 r. zdecydowaną większością głosów na wniosek ówczesnej koalicji rządowej CDU-CSU i FDP niemiecki Bundestag podjął rezolucję, w której w czwartym punkcie mówi się wprost, że „Wypędzenia nie mogą być instrumentem polityki. Dlatego niemiecki Bundestag podziela pogląd rządu federalnego, który wypędzenia Niemców z ich odziedziczonych ojcowizn w związku z zakończeniem drugiej wojny światowej zawsze traktował jako niesprawiedliwość i jako sprzeczne z prawem międzynarodowym”. W tym samym roku federalny minister spraw zagranicznych Klaus Kinkel również oficjalnie oświadczył, iż roszczenia przesiedleńców są w pełni aktualne. Zauważmy, że to nie jakiś tam marginalny związek „wypędzonych”, ale najwyższe organy władzy RFN określają przesiedlenia ludności niemieckiej z Polski i Czech jako sprzeczne z prawem międzynarodowym, a ponadto głoszą, że wszystkie żądania organizacji przesiedlonych są legalne i rząd niemiecki musi o ich spełnienie zabiegać. Kiedy i w jakich okolicznościach, tego już władze niemieckie z oczywistych względów nie precyzują, ale czy to jest okoliczność łagodząca, czy raczej przemyślana strategia, pokazać może tylko przyszłość. Jak na prowokacyjną rezolucję Bundestagu zareagował ówczesny rząd prof. Jerzego Buzka? Ano nie zareagował, za to jeszcze blokował inicjatywy sejmu III kadencji, by polski parlament godnie, w formie uchwały, zaprotestował wobec konfrontacyjnych fragmentów rezolucji Bundestagu. Pomimo tego Sejm RP 3 lipca 1998 r. przyjął oświadczenie, choć mocno okrojone i bez stosownej w takich okolicznościach dyskusji. Oświadczenie miało precedensowy charakter, gdyż po raz pierwszy od 1991 r. polski parlament przerwał zmowę milczenia i krytycznie odniósł się do działań i zaniechań naszego zachodniego sąsiada.

Sejm IV kadencji ponownie zajął się problematyką niemieckich roszczeń indywidualnych wobec polskiego mienia na ziemiach odzyskanych, debatując nad projektem uchwały koła parlamentarnego Ruchu Katolicko-Narodowego wspieranego przez kluby parlamentarne LPR i PSL, która dotyczyła również należnych Polsce niemieckich reparacji wojennych. Uchwała została przyjęta przez Sejm prawie jednogłośnie, stało się to 10 września 2004 r. Warto pamiętać, iż było to tuż przed wejściem Polski do UE i stawianie publicznie przez polski sejm spraw trudnych i ze stroną niemiecką do końca niezałatwionych było jak najbardziej na czasie.

Tak się złożyło, że w imieniu Komisji Spraw Zagranicznych byłem sprawozdawcą owych uchwał – zarówno tej z 3 lipca 1998 r., jak i tej z 10 września 2004 r. A jako że od historycznej debaty nad traktatem polsko-niemieckim często zajmowałem się, jako poseł i jako publicysta, tą problematyką, tygodnik „Polityka” pozwolił sobie na szczególne poczucie humoru, stwierdzając, że „niegdyś polskie dzieci straszono Hupką i Czają, a teraz niemieckie straszą Dobroszem”. No cóż, po latach polskie sądy orzekają zwrot mienia późnym niemieckim przesiedleńcom, a pozbawiają dachu nad głową polskie rodziny, już niegdyś wygnane ze swoich rodzinnych stron na wschodnich Kresach II Rzeczypospolitej. Kolejny raz przysłowiowy Polak jest mądry po szkodzie, a ile takich szkód nas może czekać, i to na znacznie szerszą skalę, z rąk późnych i wczesnych niemieckich przesiedleńców?

Z kolei w kwestii nigdy niezrealizowanych, obliczonych na wiele miliardów dolarów reparacji wojennych Niemiec wobec Polski, jak i w śladowej skali zrealizowanych roszczeń indywidualnych polskich ofiar niemieckich zbrodni i prześladowań czas pracuje przeciwko polskim prawom moralnym i formalnym. Bo 20 lat temu taki traktat z Niemcami wynegocjowała strona polska, a późniejsze rządy, poza rządem Jarosława Kaczyńskiego, nawet nie próbowały naprawić czegokolwiek w kwestii asymetrii relacji polsko-niemieckich.

Należy jeszcze pamiętać, że Polacy-obywatele RFN nie uzyskali, w przeciwieństwie do Niemców zamieszkałych w Polsce, statusu mniejszości narodowej.
To są największe mankamenty wynikające wprost z treści i postanowień „Traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy” pomiędzy Polską a Niemcami. Ale jest jeszcze mnóstwo innych, pośrednio wynikających z tzw. ducha traktatu. Do czołowych należy fatalna polityka historyczna, która krok po kroku umniejsza skalę i potworność zbrodni niemieckich wobec Polski i Polaków lat II wojny światowej, a forsuje niemiecką interpretację finału tej wojny, na czele z przymusowymi przesiedleniami ludności niemieckiej z terenów, które Polska uzyskała – odzyskała kosztem Niemiec. Na szczęście zbrodnia katyńska jest już powszechnie znana i czcimy pamięć jej ofiar, ale kto dziś pamięta o zbrodni niemieckiej z przełomu lat 1939/1940 dokonanej w Piaśnicy na kobietach, dzieciach, starcach, dużej części inteligencji polskiej i kaszubskiej z polskiego Pomorza (ok. 11 000 ofiar), skąd przecież pochodzi premier Donald Tusk. Nasze władze i „elity” milczą jak grób o niemieckim ludobójstwie na cywilnej ludności Warszawy – o ok. pięćdziesięciu tysiącach ofiar w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego. O wymordowaniu przez Niemców jednej czeskiej wioski Lidice czy francuskiego miasteczka Oradur wie cały świat – o pacyfikacjach i mordach na ludności ponad dziewięciuset polskich wsi wiedzą tylko nieliczni Polacy i to starszego pokolenia. Jak jesteśmy ukazywani światu przez współczesnych Niemców, najlepiej ilustruje film niemieckiej kinematografii państwowej „Nasze matki, nasi ojcowie”. Polacy są w nim ukazani jako odrażające typy trudniące się nieustannym polowaniem na żydowskich uciekinierów. Zaś Armia Krajowa to jak za hitlerowskiej propagandy bandycka organizacja, a nie największa Armia podziemna w okupowanej Europie. Nie miejmy wątpliwości – to organizowana z premedytacją akcja w ramach niemieckiej polityki historycznej wybielania zbrodni niemieckich, a zarazem obciążania nimi zbiorowo nas, Polaków. Bezkarny proceder oczerniania Polaków to nie tylko wynik iście goebelsowskiej propagandy niemieckiej, ale również wynik działań i zaniechań dużej części posierpniowych i postpeerelowskich „elit”. Za nimi stoją bogate niemieckie organizacje i fundacje, które – co poniekąd zrozumiałe – realizują niemieckie, a nie polskie interesy. Co gorsza, również za nasze, polskie pieniądze są finansowane antypolskie paszkwile-filmy i pseudonaukowe brednie. Istna niemiecka piąta kolumna stale jest obecna w polskim życiu publicznym – trzeba to sobie wreszcie uświadomić. To ci osobnicy o mentalności polskiego Piętaszka na usługach niemieckiego Robinsona proponowali, by antypolskie Centrum ds. Wypędzonych miało siedzibę we Wrocławiu. A zarazem blokują powstanie we Wrocławiu, i to za społeczne środki, pomnika wielkiego polskiego władcy Bolesława Krzywoustego, który w zwycięskiej wojnie obronnej przepędził z polskiego Śląska niemiecki najazd z początku XII w.

o też wiedzieć, że traktat polsko-niemiecki zawiera zapis, który może być opacznie wykorzystywany przeciwko Polsce, gdyż oprócz totalitaryzmu, nienawiści rasowej i etnicznej potępia antysemityzm. Czy chcemy, czy też nie, kiedy w akcie prawa międzynarodowego reprezentanci Polski i Niemiec własną wolą podpisują się solidarnie pod deklaracją wspólnego występowania przeciw antysemityzmowi, to dla postronnych może to znaczyć, że Polacy i Niemcy w równy sposób mogli odpowiadać za haniebną zagładę narodu żydowskiego. Nie ma i nie było powodu, aby w traktacie dotyczącym stosunków polsko- niemieckich, a nie polsko-izraelskich był taki zapis. Czy możemy się zatem dziwić, że winy Niemiec wobec żydowskich ofiar ich zbrodni w opinii świata stale faszerowanego kłamstwami są wyciszone? Za to my, Polacy, coraz częściej jesteśmy przedstawiani jako główni wspólnicy, a nawet inspiratorzy tych zbrodni. Tym bardziej że powszechnie używa się zbitki słownej, że zbrodni dopuszczali się mityczni faszyści czy hitlerowcy bez ich przynależności narodowej i państwowej.

Aktualnie nasza gospodarka i finanse stają się coraz bardziej zależne od Niemiec. Nawet trudno (może poza rolnictwem) znaleźć dziedzinę polskiej gospodarki, która w jakimś stopniu nie byłaby zależna od niemieckiego kapitału, organizacji czy technologii. Niemcy dla terenów byłego NRD zagwarantowały sobie na 15 lat w ramach traktatu kopenhaskiego wyłączenie z rygorów zakazu pomocy publicznej. Dzięki temu np. uratowali przemysł stoczniowy dla Rostocka i Schwerinu, za to dla polskich stoczni nie było litości i kolebka Solidarności stała się niefortunnym pomnikiem polskich przemian i tragedią tysięcy polskich stoczniowców .To Niemcy i Francuzi śrubują w UE wysokie normy ograniczania emisji CO2, co dla polskiej energetyki opartej na węglu jest zabójcze. Na eksport zjednoczone Niemcy propagują skrajny liberalizm gospodarczy, totalną prywatyzację i pełne otwarcie rynku. Za to u siebie stawiają na rodzimą produkcję, ukryty, a nawet jawny protekcjonizm i dopłaty do eksportu. To nie jest żaden truizm, tylko ekonomiczna prawidłowość i, jak mawiał Mayer Rothschild, „najlepsza droga do zniewolenia narodu wiedzie przez zawładnięcie jego kredytem”. A kto włada naszym kredytem, skoro tylko niewielka część banków w Polsce jest pod polską kontrolą kapitałową, nietrudno się domyślić. Trzeba też pamiętać, że niemiecki kapitał kontroluje w Polsce dużą część wysokonakładowej, kolorowej prasy, a prawie całkowicie prasę lokalną na całym pasie ziem zachodnich i północnych.

Czy znaczy to, że traktat z Niemcami sprzed dwudziestu lat i to wszystko, co potem nastąpiło w relacjach polsko-niemieckich, należy uznać za całkowitą porażkę? Oczywiście, że nie. Przecież przed naszymi państwami i narodami otworzyły się zupełnie nowe perspektywy, zwłaszcza jeśli chodzi o młode pokolenie Polaków i Niemców. Dynamicznie rozwija się współpraca gospodarcza i kulturalna pomiędzy samorządami w Polsce i Niemczech. Podobnie świat nauki realizuje wiele wspólnych projektów, a Kościoły zarówno katolickie w Polsce i Niemczech, jak i ewangelicko-augsburski zrobiły wiele dla idei pojednania naszych narodów.

Wśród Niemców my, Polacy, mieliśmy i mamy wielu przyjaciół, takich jak choćby Karl Bederman, Helmut Becker, prof. Hans Adolf Jacobsen czy wieloletni parlamentarzysta Marcus Mecel. Ale to nie zwalnia polskich polityków, naukowców czy dziennikarzy z walki o równoprawne i naprawdę partnerskie stosunki polsko-niemieckie. To właśnie internowanie prawdy, jej przemilczenie, ciągła polityka usypiania, niejasne intencje i zachowane przez stronę niemiecką furtki prawne zawarte w traktacie za zamkniętymi drzwiami, zrodziły tak fatalny dla Polski niemiecko-rosyjski sojusz gazowy. Z oczywistych względów na większą krytykę zasługuje strona niemiecka, a nie rosyjska, bo to przecież Niemcy są naszym partnerem w UE i sojusznikiem w NATO, a nie Rosja.

To wreszcie w wyniku tej złej tendencji w stosunkach polsko–niemieckich, zapoczątkowanej przez traktat, większość Polaków ulega mitom, a nie reaguje na rzeczywistość, która przebiega w innym kierunku, niż im się wydaje. Przy całkowitym niezrozumieniu niemieckiej Realpolityk zdecydowana większość polskiej sceny politycznej dawała się karcić i ponaglać, by jak najszybciej zakończyć w Polsce procedurę ratyfikacji tzw. traktatu reformującego UE, gdy w tym samym czasie strona niemiecka iście pokerową zagrywką wstrzymywała jego ostateczną ratyfikację u siebie, poddając jego treść pod osąd niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego. Jak nietrudno się domyślić, Trybunał w swym salomonowym wyroku orzekł, że traktat reformujący jest wprawdzie ogólnie zgodny z Konstytucją RFN, ale by mógł być całkowicie zgodny z całym systemem konstytucyjnym Niemiec i zasadą suwerenności, muszą ulec wzmocnieniu konkretne przepisy konstytucyjne regulujące pozycję Niemiec wobec organów zreformowanej UE. Całą tę misterną operację prawną znakomicie rozszyfrowała i opisała na łamach „Rzeczypospolitej” w lecie 2009 r. prof. Krystyna Pawłowicz. Wtedy był jeszcze czas, by zasiadające w sejmie ugrupowania wraz z prezydentem i rządem podjęły działania analogiczne do niemieckich. Ale niestety mądre nauki prof. K. Pawłowicz wśród polskich aktualnie dominujących elit politycznych nie znalazły zrozumienia. I tak Niemcy mogą, w zasadniczy sposób wzmocnieni siłą swych głosów oraz likwidacją zasady jednomyślności, która dla niektórych spraw obowiązywała w traktacie z Nicei, wpływać na decyzje zreformowanej UE zgodnie z partykularnymi interesami Berlina. Kiedy jednak zostaną przegłosowane, mogą jeszcze bronić swoich interesów własnymi przepisami konstytucyjnymi, Polska już nie!

Uroczystości z okazji dwudziestolecia podpisania traktatu polsko-niemieckiego „O dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy” obchodzono w bardzo podniosłej atmosferze, padły piękne deklaracje. Strona niemiecka wykonała nawet pewne pozytywne gesty wobec Polaków-obywateli RFN. Ale w sprawach najistotniejszych nie posunęliśmy się nawet o krok. Kwestie indywidualnych niemieckich roszczeń majątkowych, złej sławy art. 116 Konstytucji RFN, jak i nieuzyskanie statusu mniejszości narodowej przez Polaków-obywateli Niemiec czekają nadal na lepsze czasy w politycznej i prawnej zamrażarce. Dwudziesta rocznica jest zawsze dobrą okazją do świętowania, problem tylko w tym, kto: Polacy czy Niemcy, mają powody do radości?

 

Janusz Dobrosz – polityk, poseł na Sejm w latach 1989–1991 i 1993–2007 (X, II, III, IV i V kadencji), wicemarszałek Sejmu V kadencji. Członek „Civitas Christiana”.

Dodaj komentarz