Home / Opinie | Felietony / Pożegnanie z lustracją

Pożegnanie z lustracją

Gdy po raz pierwszy spotkałem się z opinią, że lustracja w Polsce nie jest możliwa z uwagi na uwikłanie we współpracę z organami bezpieczeństwa PRL wielkiej liczby ludzi należących do współczesnej elity politycznej, naukowej, kulturalnej, czułem złość.


 

Może dlatego, że jej autorem był Klaus Bachman, długoletni korespondent prasy niemieckiej, a głos „z zewnątrz” w najistotniejszych dla narodu kwestiach zawsze bywa irytujący. Dziś po wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 11 maja 2007 r. złość zamieniła się w podziw dla wnikliwości niemieckiego obserwatora naszej sceny politycznej, choć tak naprawdę Bachman nie twierdził nic nadzwyczajnego, zważywszy na niemieckie doświadczenia z lustracją na początku lat dziewięćdziesiątych. Nawet nasza prasa donosiła wówczas o wielkim szoku, jaki w Niemczech wywołało ujawnienie przez Instytut Gaucka skali współpracy z enerdowską bezpieką. Dlaczego u nas miałoby być inaczej?

A jednak wielu Polaków miało nadzieję, że przeprowadzenie lustracji rozumianej jako ujawnienie ciemnej karty naszej nieodległej historii i oczyszczenie życia publicznego z pseudo autorytetów, to tylko kwestia odpowiedniej konstelacji sił parlamentarnych. Klęska SLD i środowiska dawnej Unii Wolności w wyborach 2005 zdawała się wróżyć rychłe rozwiązanie tego problemu. Niestety już sam przebieg pracy nad ustawą lustracyjną i towarzysząca jej nagonka ze strony większości mediów stwarzały powody do obaw, że i tym razem cała sprawa zakończy się co najwyżej „niby-lustracją”, taką jak ta uchwalona za rządów AWS i UW, której symbolem stał się dziesięcioletni proces Józefa Oleksego, podejrzanego o kłamstwo lustracyjne. Sąd stwierdził, że Oleksy agentem wprawdzie był, ale miał prawo tego nie wiedzieć, bo jako doktor nauk prawnych nie zorientował się, że współpracował z wywiadem i nie musiał uwzględnić tego w swoim oświadczeniu lustracyjnym.

Bardzo niekorzystna dla przeprowadzenia lustracji okazała się prezydencka nowelizacja ustawy uchwalonej przez Sejm w październiku 2006 r. Wprowadzając obowiązek składania oświadczeń lustracyjnych dla bardzo wielu funkcji i stanowisk dała pretekst do otwartego bojkotu uchwalonego prawa, nazywanego przez lobby antylustracyjne „nieposłuszeństwem obywatelskim”. Wszystkie stacje telewizyjne epatowały swych widzów widokiem cierpiętniczo-ironicznego grymasu na twarzy Bronisława Geremka, który odmówił ponownego złożenia oświadczenia lustracyjnego i z tego powodu został wzięty w obronę przez Parlament Europejski, owładnięty tylko jedną wątpliwością : czy rządy w Polsce nazwać jedynie autorytarnymi, czy już wprost faszystowskimi?

Trzeba jednak przyznać, że przygotowaniu solidnej ustawy lustracyjnej nie sprzyjało też zjawisko nazywane „dziką lustracją”, a więc przypadki ujawniania przez media nie w pełni potwierdzonych informacji i materiałów o rzekomej współpracy ze służbą bezpieczeństwa ludzi, którzy wprawdzie znaleźli się w kręgu jej oddziaływania, ale realnej współpracy nie podjęli. Zjawisko to uderzyło szczególnie boleśnie w niektórych przedstawicieli Kościoła.

Trudno w tym miejscu nie postawić sobie pytania: czy majowy wyrok Trybunału Konstytucyjnego oznacza koniec lustracji? Gremium to – dzięki Bogu bardzo dalekie od jednomyślności – zakwestionowało bowiem nie tylko formalno-prawne niedoróbki ustawy, ale wprost samą ideę lustracji, uznając za niezgodne z konstytucją przygotowywanie i publikowanie katalogów zawierających nazwiska tajnych współpracowników SB. Lustracja zostanie w ten sposób ograniczona do swojej dotychczasowej formy, czyli niekończących się procesów o prawdziwość oświadczeń lustracyjnych. Emocjonalne wypowiedzi polityków – reprezentujących o dziwo bardzo różne orientacje – o potrzebie otwarcia archiwów IPN należy bowiem traktować bardziej jako wyraz zażenowania finałem trwającego siedemnaście lat procesu zabiegów o ujawnienie niechlubnych wątków naszej najnowszej historii, aniżeli rzeczywistą wolę prawnego uregulowania tej kwestii.

Wszelkie marzenia o większości konstytucyjnej, zdolnej wyłączyć Trybunał Konstytucyjny z procesu uchwalania ustawy lustracyjnej, wydają się tylko próbą odwrócenia uwagi od całkowitej klęski, jaką ponieśli zwolennicy pełnej jawności w naszym życiu publicznym. Wielkim sukcesem będzie już tylko odwojowanie dostępu do archiwów IPN dla naukowców i dziennikarzy, bo i tu Trybunał dopatrzył niekonstytucyjności zapisów w zaskarżonej ustawie.

Oczywiście klęska lustracji uregulowanej przepisami prawa nie oznacza klęski lustracji w ogóle, a zwłaszcza tzw. dzikiej lustracji. Możemy się spodziewać, że nadal będziemy bombardowani przez media rewelacjami na temat tajnej współpracy z SB różnych ważnych osobistości z naszego życia publicznego. W zależności od zapotrzebowania ideologiczno-politycznego będą to albo próby całkowitego zbagatelizowania faktu współpracy, zwłaszcza w świetle niekwestionowanych dokonań, jakie stały się udziałem lustrowanej osobistości (Kapuściński), albo próby wyciągania zbyt daleko idących wniosków z faktu wyrażenia zgody na współpracę (abp Wielgus).

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że istniejący stan rzeczy jest w zasadzie optymalnym rozwiązaniem dla naszych elit. Przenosi bowiem walkę lustracyjną z terenu prawnego na obszar medialny. W istniejącej sytuacji to media – oczywiście wolne i niezależne – będą decydowały o tym, czy ktoś jest godnym napiętnowania kapusiem, czy wybitnym twórcą zmuszonym do drobnych kompromisów, niezbędnych dla rozwoju jego twórczości. . A nasze media są takie, jak każdy widzi.

Zbigniew Borowik

Artykuł ukazał się w numerze 06/2007.

Dodaj komentarz