Home / Opinie | Felietony / Rodzina w państwie czy państwo w rodzinie?

Rodzina w państwie czy państwo w rodzinie?

Zapytanie wybrzmiewające w tytule wydaje się być prowokacyjne. Sugeruje ono, że między rodziną a państwem dochodzi do napięcia, które ma istotny wpływ na życie w społeczeństwie. I słusznie! Relacja państwa do rodziny, ale i rodziny do państwa istotnie jest bardzo ważna. U podstaw tej relacji leży zrozumienie i zdefiniowanie podstawowych pojęć. Nie będziemy jednak tutaj tego czynić w kategoriach ściśle naukowych. Postawmy jedynie kilka pytań w nadziei, że sugerowane podpowiedzi wiele nam wyjaśnią.

Skoro rodzina jest wspólnotą naturalną, a zdarza się, że państwa w niektórych warunkach historyczno-politycznych nie istnieją, to co powiemy o pierwszeństwie obu tych rzeczywistości?

Człowiek rodzi się i wychowuje w rodzinie. W niej odkrywa swoją godność i kształtuje swoją tożsamość. Godzi się, aby rodzinie ktoś pomagał w tym trudnym zadaniu, zwłaszcza wtedy, kie-dy rodzinę wprost dotyka jakaś dysfunkcja. Czy tego nie wymaga zwykła sprawiedliwość?

Wspólnota polityczna, czyli państwo, kieruje się ustanowionym prawem, którego rękojmią jest uchwalona konstytucja. Wypada, aby z racji dobra wspólnego ludzkiej społeczności prawa ustanawiane w państwie były zgodne z moralnym prawem naturalnym. Nawet w rodzinie, jeśli obowiązujące prawo nie jest wprost nazwane, to i tak w konkretnym życiu najpierw przebija się prawo naturalne, zaszczepione w sumieniu osób tworzących wspólnotę rodzinną. Jeśli prawo państwowe ma się uczyć prawa naturalnego, a rodzina już nim mistrzowsko operuje, to kto kogo ma słuchać? Uczeń mistrza czy mistrz ucznia?

Wystarczy tych pytań. Pójdźmy dalej i rozważmy sprawę miejsca rodziny we współczesnym państwie, które dzisiaj cieszy się mniej lub bardziej demokratycznymi rozwiązaniami. W liberalizmie głoszona demokracja ma swojego pana. Jest nim kapitał, a za nim stoją elity, które najczęściej uważają, że mają panaceum na wszystko, skoro „wszystko” posiadają. W państwach socjalnych demokracja jest chora na równość i prze-ważnie czyni z niej miecz ideologiczny. Nie zauważa przy tym, bo nie chce! – że „pożera” swoje dzieci! I jak tu troszczyć się o rodzinę? Jej istotą jest wspólnotowość, a zarówno państwa liberalne, jak i socjalne napędzają się indywidualizmem bądź kolektywizmem i wmawiają, że jednostka ma być absolutnie wolna, również od więzów rodzinnych.

Zapytajmy się obecnie o granice pomocowe względem rodziny, a właściwie względem wspólnoty małżeńsko-rodzinnej. Co jest ich kresem? Jakie horyzonty zakreśla troska i pomoc, których przedmiotem zainteresowania jest wspólnota małżeńsko-rodzinna? Stawiając to pytanie, właściwie poszukujemy motywów, które mają skłaniać różne podmioty społeczne do udzielania skutecznej po-mocy małżeństwom i rodzinom. Trzeba wprost powiedzieć, że chodzi o motywy solidarnościowe. Czyż ten, który pomaga, nie jest jednocześnie solidarny?

Można wymienić kilka fundamentalnych motywów. Pierwszym i zasadni-czym motywem skłaniającym do urzeczywistniania wsparcia wspólnotom małżeńsko-rodzinnym jest po prostu ludzka godność. Jest ona niczym innym jak tylko niezbywalną miarą i wielkością człowieka znajdującego się w każdej możliwej sytuacji i będącego w absolut-nie każdej chwili swego jednostkowe-go życia: od poczęcia aż do naturalnej śmierci.

Drugim motywem skłaniającym do wsparcia życia małżeńsko-rodzinnego, ujawniającego się jednoznacznie jako fundament społeczności ludzkiej, jest ewangeliczny nakaz doskonałości chrześcijańskiej. U jej podstaw znajduje się przykazanie miłości Boga i bliźniego.

Trzecim motywem są zaistniałe nie-oczekiwane okoliczności, które dotknęły życie rodzinne. Chodzi o czynniki zewnętrzne, które naruszyły małżeńsko-rodzinną stabilność i bezpieczeństwo. Można tu wymienić np. nagłą śmierć współmałżonka, utratę dziecka spowodowaną wypadkiem czy zniszczenie domu w wyniku katastrofy naturalnej lub w wyniku działania osób trzecich.

Do nakreślonych motywów należy dołączyć jeszcze jeden, być może najgorszy. Otóż chodzi o tzw. kryzys rodzinny, który najczęściej jest skutkiem egoistycznych zapędów poszczególnych członków współtworzących czy to jesz-cze małżeństwo, czy też już rodzinę. W tym przypadku zostaje zachwiana harmonia między „dawaniem a braniem”, co przekłada się na konsumpcyjny styl życia nie tyle na poziomie materialnym, co przede wszystkim na płaszczyźnie emocjonalno-duchowej, nie wyłączając życia intymnego.

Jest prawdą, że w obszarze życia społecznego pierwszym podmiotem odpowiedzialnym za rodziny jest państwo. Jest ono wspólnotą doskonałą, co oznacza, że jest dobrze wyposażone we wszystko, co jest potrzebne, aby rodzinę wspierać, ochraniać i promować. Tego obowiązku państwo nie może na żadną inną instytucję czy strukturę społeczną scedować. Skutki uciekania państwa od tego zadania w pierwszym rzędzie dotykają samych rodzin, dalej życia sąsiedzkiego, regionalnego i oczywiście narodowego, jak też całej wspólnoty obywatelskiej.

Nauczanie społeczne Kościoła na temat spoczywających na państwie obowiązków względem wspólnoty małżeńsko-rodzinnej jest bogate i jednoznaczne: „Władza cywilna powinna uważać za swój święty obowiązek uzna-wanie, ochranianie i rozwijanie prawdziwej ich natury [małżeństwa i rodzi-ny], strzeżenie moralności publicznej i wspieranie dostatku domowego. Na-leży chronić prawo rodziców do rodzenia potomstwa i wychowania go na łonie rodziny. Za pomocą przewidującego prawodawstwa i różnorodnych inicjatyw winni być chronieni i otaczani odpowiednią opieką także ci, którzy – na nieszczęście – pozbawieni są dobra, jakim jest rodzina” (Konstytucja Gaudium et spes 52). Echo powyższego nauczania Kościoła słychać wyraźnie w nauczaniu posoborowych papieży. Obecny papież w swojej adhortacji Amoris laetitia, pisze: „jedną z największych bied obecnej kultury jest samotność, owoc braku Boga w życiu ludzi i kruchości relacji. Istnieje również ogólne poczucie bezsilności w obliczu rzeczywistości społeczno-gospodarczej, które często pro-wadzi do zmiażdżenia rodzin. […] Często rodziny czują się opuszczone ze względu na brak zainteresowania i małej uwagi ze strony instytucji. Konsekwencje negatywne z punktu widzenia organizacji społecznej są oczywiste: od kryzysu demograficznego po trudności edukacyjne, od trudności przyjęcia rodzącego się życia do postrzegania obecności osób starszych jako obciążenia, aż po rozprzestrzenianie się zaburzeń uczuciowych, co prowadzi niekiedy do przemocy. Obowiązkiem państwa jest stworzenie warunków ustawodawczych i pracowniczych, aby zapewnić ludziom młodym przyszłość i dopomóc im w realizacji planu założenia rodziny” (43).

Trzeba mocno podkreślić, że naucza-nie Kościoła nt. małżeństwa i rodziny w wielu miejscach różni się od różnorakich wizji tych instytucji w tzw. nowoczesnych państwach. Po pierwsze, państwa współczesne nie liczą się z podmiotowością rodziny. Obniżają jej rangę, równając ją z innymi instytucjami prawnymi. W wielu miejscach mówią o znaczeniu np. głosu rodziców względem wychowywania dzieci, ale jednocześnie ich głos poddają regułom demokratycznym, co z kolei powodu-je, że rodzicielska słuszność przegrywa z rodzicielska nieodpowiedzialnością. Po drugie, „zimna” państwowość winna starać się rozumieć, czym jest „ognisko” rodzinne. Zdarza się, że ogień miłości rodzinnej słabnie, ale to nie oznacza, że prawodawstwo państwowe ma zapominać o jego kolosalnym znaczeniu i bezrefleksyjne ferować prawne wyro-ki czy decyzje w kierunku całkowitego jego wygaszenia. Państwo musi mieć świadomość, że miarą, a nade wszystko siłą społeczeństwa są jego rodziny, a nie jednostki-obywatele pozbawione jakichkolwiek więzi. Po trzecie, na linii Kościół – państwo winna istnieć głęboka i wielowarstwowa współpraca na rzecz troski o wspólnoty małżeńsko-rodzin-ne. Kościół podtrzymuje w tych naturalnych instytucjach „Bożą sumienność”, natomiast państwo ma te instytucje wspomagać, dbając o właściwe, pełne zdrowia i rozwoju środowisko społeczne: w wymiarze kultury, aby było silne moralną obyczajowością; w wymiarze gospodarczym, aby cieszyło się dobro-bytem; w wymiarze politycznym, aby doświadczało bezpieczeństwa.

Ks. dr hab. Bogusław Drożdż

/md