Dróżka prymasa, Komańcza, foto: P. Szechyński. Źródło: twojebieszczady.net.

Różdżka z pnia Jessego

Świętość polega na zwykłych rzeczach, dokonywanych w niezwykły sposób. /Pius XI/

Do Komańczy dotarliśmy w niedzielę, 6 sierpnia 2017 roku. Było tuż przed siedemnastą.

− Tato – oznajmił nasz syn – raczej już dziś nie wejdziemy do Izby Pamięci twojego ulubionego Prymasa. Piszą na stronie internetowej, że jest czynna do godziny 17.00. Co najwyżej – dodał – obejrzymy klasztor od zewnątrz lub, jeśli ci na tym bardzo zależy, przyjedziemy tu jutro.

Trudno – odpowiedziałem ze smutkiem.

Nie przejmuj się, kochanie – dodała moja żona – najważniejsze, że zaraz tam dotrzemy, pooddychasz bieszczadzkim powietrzem i zrobisz kilka kroków, być może na tych samych ścieżkach, po których on chodził!

Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jaką wtedy nadzieję wlała mi do serca moja żona. Gorycz tego, że nie zobaczę pamiątek po moim ulubionym Prymasie, zapełniła teraz radość z przechadzania się ową leśną dróżką.

Samochód zostawiliśmy na parkingu tuż przy wjeździe na posesję sióstr Nazaretanek. Stąd do klasztoru był jeszcze spory kawałek drogi i to dodatkowo pod dość stromą górę. Teraz już wiedziałem, że będziemy tam już po siedemnastej. Mimo tego, pogrążony w milczącej modlitwie, szedłem z jakąś nadzieją, że i ja
otrzymam coś zwykłego, dokonanego jednak w niezwykły sposób.

Tato? – zapytał mnie mój syn, wytrącając mnie z modlitewnej kontemplacji, bowiem w myślach przywołałem do siebie postać Stefana Kardynała Wyszyńskiego i zanosiłem wraz z nim modlitwy do naszego Ojca Niebieskiego.

Tak, synu – odpowiedziałem.

Przed chwilą przeczytałem w internecie tekst Jasnogórskich Ślubów. Wiesz, że to niesamowite, że on tak wyprzedził swoją epokę. Bardzo mnie poruszył ten fragment o staniu na straży nierozerwalności małżeństwa, o potrzebie obrony obyczajów chrześcijańskich i ojczystych, a także o tym, co i tobie, tato, tak zaprząta głowę…

Wiem, Prymas to święty człowiek!

Zapanowała między nami cisza.

Przepraszam, że ci przerwałem – mów dalej.

No właśnie… Już kończę swoją myśl: on już wtedy wiedział, że źli uderzą w rodzinę, że trzeba wiele się modlić i jeszcze więcej pracować dla sprawy rodziny.

− Dumny jestem z ciebie, synu! Nie masz jeszcze dziewiętnastu lat, a mówisz tak dojrzale!

Tato, świętość świętych, o których nam opowiadasz, udziela się całej naszej rodzinie!

Dziś, kiedy wracam pamięcią do tamtego popołudnia w Komańczy, to zdanie przypomina mi o ideałach, którymi w pewien sposób nasiąknąłem w dzieciństwie. Miałem bodajże kilka lat, gdy do naszego domu zawitał Obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Pamiętam tłumy ludzi, którzy się u nas modlili, a po modlitwie coś ustalali. Nie miałem pojęcia, czemu to wszystko służyło. Ktoś, nie pamiętam go dokładnie, a musiał być to mądry człowiek, mówił tyle rzeczy, którymi się zachwyciłem. Mówił o wolności, o Stefanie Kardynale Wyszyńskim, o kościele i księżach, a także o tym, że kiedyś to Polska będzie zależeć od tych dzieci – i wskazał wtedy na mnie. Trzymał mnie za ramię i mówił dalej, ale ja już go nie słuchałem. Byłem zbyt mały, żeby to wszystko zrozumieć. To było dla mnie, kilkuletniego dziecka, zbyt mądre. Po jakimś czasie, gdy zmienili nazwę ulicy, przy której mieszkaliśmy, z 1 Maja na Stefana Kardynała Wyszyńskiego, wtedy do mnie dotarło, że dzieje się to, o czym mówił tamten mężczyzna w czasie peregrynacji.

Z książki, którą znalazłem kiedyś w naszym kościelnym „antykwariacie”, odczytuję po cichu słowa Prymasa: Panowie, zamiast bawić się w takie, czy inne akcje polityczne, otoczcie opieką młodzież, nauczcie ją tego, czego w szkole nie zobaczy. Nauczcie, co to jest Polska, co to jest kultura narodowa, jakie znaczenie ma Kościół w tej kulturze, czego uczy się dziś, ale nie od dziś. (…) Niech młodzież wie, z jakiego pnia wyrosła.

Prymas przed domem ss. Nazaretanek, Komańcza, 1956 r. Fot. Stanisław Porębski, NAC.

Wtedy, w niedzielę, 6 sierpnia 2017 roku, gdy dotarliśmy do Komańczy, uświadomiłem sobie najbardziej, że przywiozłem moje dzieci do „pnia”, o którym mówił Prymas Tysiąclecia.

Tato, przeczytałam twoje nowe opowiadanie – odezwała się moja córka – tym pniem, o którym mi kiedyś mówiłeś, jest Matka Boża. Ta z Komańczy, przy której stawał i modlił się „twój” święty Prymas.

Nasz Prymas! – skonstatowałem.

To był moim zdaniem przejaw niezwykłego działania Prymasa Tysiąclecia: zobaczyć Polskę jakoby różdżkę wyrastającą z  pnia Jessego.

Jarosław Haładuda

***
Materiał został nagrodzony w konkursie „Świętość polega na zwykłych rzeczach, dokonanych w niezwykły sposób”.

mak

Zobacz także w e-civitas:

Na II Festiwalu KNS dyskutowaliśmy o patriotyzmie gospodarczym

Podczas II Festiwalu Katolickiej Nauki Społecznej odbyła się kolejna debata ekspercka: „Patriotyzm gospodarczy – egoizm …