Home / Historia / Rzymscy męczennicy

Rzymscy męczennicy

Religii zbudowanej na takich zasadach jak chrześcijaństwo Rzym starożytny jeszcze nie znał.

Starożytny świat rzymski potrzebował najmniej trzech stuleci, by zdobyć pełniejszą wiedzę, czym jest chrześcijaństwo. Zanim ją posiadł – a skutkowała ona wydaniem przez Konstantyna Wielkiego w 313 r. edyktu mediolańskiego – chrześcijanie musieli przejść przez czyściec okrutnych prześladowań. Ale czy można się dziwić tej próbie złota oczyszczanego w ogniu, skoro sam Mistrz, Jezus, przestrzegał swoich wyznawców: Jeżeli mnie prześladowali, to i was będą prześladować (J 15, 20). Wynika z tej przestrogi, i z tego pouczenia, że w wędrówce przez dzieje Chrystusowy Kościół będzie wystawiany na prześladowania we wszystkich czasach, stosownie do ich charakteru i wyznawanych poglądów. Bo Kościół idzie pod prąd dziejów, jakkolwiek je współkształtuje.

Świat starożytny prześladował chrześcijan dlatego, że ci nie mieścili się już w jego zmurszałych strukturach, wzniosłością i nowością przyjętej nauki przerastali świat pogański, chociaż sami się z niego wywodzili. Nie byli ludźmi obcymi, z zewnątrz, spoza grecko-rzymskiej oikumene. Nie byli najeźdźcami z kręgu obcej cywilizacji. Dlaczego ich zatem prześladowano, swoich obywateli? Z dwóch zasadniczo powodów: z naruszenia tej skostniałej struktury porządku społeczno-prawnego, jaki starożytny Rzym wypracował, i z braku wiedzy, czym jest nauka Jezusa Chrystusa.

Dla władz rzymskich okresu cesarstwa istotna była jedność i zwartość ogromnego imperium wyrosłego w basenie Morza Śródziemnego, panujący w nim porządek i spokój, lojalność wobec cesarzy i jego urzędników w prowincjach. Zwornikiem tego porządku była między innymi rzymska religia, a ta stanowiła część życia ówczesnego społeczeństwa, tak mocno rozczłonkowanego na różne ludy i języki. Religia, która przybierała postać bardzo formalną, bez wypracowania postawy nawiązywania osobistej więzi między człowiekiem a bóstwem – ta religia uzewnętrzniała się w składaniu niezliczonym bóstwom ofiar na schodach przed świątyniami, także krwawych ofiar ze zwierząt, w uroczystościach kultowo-państwowych, w uczestniczeniu wyznawców w spożywaniu mięsa z ofiarnych zwierząt.

W takich uroczystościach chrześcijanie nie mogli brać udziału z pobudek wewnętrznych, bo wyznawali jednego Boga, przeto wszystko, co sprzeciwiało się tej wierze, odrzucali, ostentacyjnie ignorując udział w kultowo-państwowych zgromadzeniach. A to już poważne przestępstwo. W tym miejscu oskarżano chrześcijan o ateizm, czyli bezbożnictwo. Bezbożnictwo bowiem skutkowało gniewem bóstw, a gniew ten mógł się uzewnętrzniać na różne sposoby, chociażby klęskami naturalnymi, pożarami, plagami, niepowodzeniami na wojnach. „Jeśli Tyber zaleje mury miejskie, jeśli Nil nie wyleje na pola, jeśli niebo stanie i nie daje deszczu, jeśli ziemia się trzęsie, jeśli głód, jeśli zaraza, zaraz słychać okrzyki: Chrześcijan do lwów!” – pisał zmarły ok. 220 r. Tertulian.

Tak zatem negatywna wobec pogańskich kultów postawa chrześcijan obrażała nie tylko bogów, ale i samego cesarza, który niejako już za życia dołączył do panteonu przez akt deifikacji. Tak zatem popełniali kolejne przestępstwo, bardzo poważne, bo polityczne. Żaden trybunał sądowy nie dochodził lojalności chrześcijan wobec władzy – do jakiej to lojalności zachęcał sam Paweł Apostoł, wywodząc wszelką legalną władzę, nawet tę złą, z porządku Bożego – ale stawiano ich pod pręgierzem jako tych, którzy byli wrogami państwa. Kiedy ciągano chrześcijan przed trybunały prokonsulów, by przy świadkach wyparli się swej wiary w Chrystusa, nie skłaniano ich do spalenia kadzidła przed posągiem cesarza, ale przed wyobrażeniami bóstw, pośród których znajdowało się i wyobrażenie aktualnie panującego władcy. Chrześcijanie byli zatem nie tylko bezbożnikami, ale i wrogami państwa, a więc i wichrzycielami, którzy podważają fundamenty porządku rzymskiego.

Kolejne oskarżenia to kazirodztwo i kanibalizm. Brało się to stąd, iż nie uczestnicząc w oficjalnych uroczystościach kultowo-państwowych, a gromadząc się na własnej liturgii, sprawowanej przed wschodem słońca w prywatnych domach – domus ecclesiae – ściągali chrześcijanie na siebie podejrzenie o organizowanie tajemnych uczt połączonych z orgiami seksualnymi, ze spożywaniem mięsa, z piciem krwi zabitych rytualnie dzieci. Czyż nie pobrzmiewa tu echo słów konsekracji chleba i wina podczas Eucharystii: Oto Ciało moje…, oto Krew moja…. Bierzcie i jedzcie. Bierzcie i pijcie…, czyńcie to na moją pamiątkę? Ależ oczywiście! Trzeba było czasu, by rzymska społeczność mogła odkryć prawdziwy sens tych słów.

„Wszędzie między nimi panuje kult rozkoszy zmysłowej: nazywają się bez różnicy braćmi i siostrami (…) Dochodzą do mnie na przykład słuchy, że oni najpodlejszego zwierzęcia, bo osła, głowę poświęcili i oddają jej cześć (…). Oni zaś krew tego dziecka – co za okropność! – łakomie liżą, wśród bójki rozdzierają jego członki (…)” – pisał na przełomie II i III w. Minicjusz Feliks, apologeta chrześcijaństwa, który zebrał powielane powszechnie bzdury, by je po kolei zbijać jako niedorzeczne.

Religii zbudowanej na takich zasadach jak chrześcijaństwo Rzym starożytny jeszcze nie znał. Za to chętnie wpuszczał w swe granice tajemnicze i perwersyjne kulty Mitry z Persji, Izydy z Egiptu czy Kybele ze Wschodu. Wyznawców tak nikczemnej, antypaństwowej religii, za jaką uznawano chrześcijaństwo, należało bezwzględnie niszczyć. W procesie tropienia chrześcijan i wydawania ich przed trybunały dużą rolę odgrywała zwykła ludzka podłość, jak to, że denuncjator miał prawo posiąść osobiste dobra denuncjowanego, a niekiedy i jego nieruchomości.

Skoro było tak odrażające, dlaczego chrześcijaństwo rozwijało się w sposób lawinowy? Wszędzie powstawały nowe gminy, świetnie zorganizowane wewnętrznie, szeroko otwarte na przyjmowanie nowych członków. To nie tajemna, zamknięta sekta, to nowa, uniwersalna religia. Ale żeby to pojąć, Rzym musiał dorosnąć, a do tego potrzeba było czasu.

Kiedy w 64 r. Neron spalił Rzym, musiały być w Wiecznym Mieście dziesiątki tysięcy chrześcijan, skoro psychicznie niezrównoważony cesarz mógł zrzucić na nich podejrzenie o zbrodnię podpalenia. I na ogół mu wierzono. Pierwsze prześladowanie, niezwykle okrutne, miało charakter lokalny. Obejmowało tylko Rzym z przyległościami. Władze rzymskie odkryły, że te krwawe igrzyska, szczególnie w udostępnionych na ten cel ogrodach Nerona, ale i na stadionie Kaliguli, gdzie dziś na grobie św. Piotra stoi Bazylika Piotrowa, bardzo się podobały publiczności. Męki zadawane chrześcijanom dostarczały innej atrakcji żądnym krwi Rzymianom aniżeli walki gladiatorskie. I cesarze wyciągnęli z tego odpowiednie wnioski. Za Nerona amfiteatr Flawiuszów, popularnie zwany Koloseum, jeszcze nie stał. Ale już za Domicjana pod koniec I w. ginęli na jego arenie chrześcijanie. Zresztą, żeby męczyć ludzi, każde miejsce było po temu stosowne, bo upajano się rozlewem krwi męczenników nie tylko w stolicy, ale i w miastach prowincji.

Wielkie prześladowanie, obejmujące już obszar całego cesarstwa, jakkolwiek nie wszędzie respektowane z powodu jego krótkotrwałości, miało miejsce za panującego w latach 249–251 Decjusza. Chodziło o to, że cesarstwo doświadczało podówczas wielu niepowodzeń ze strony Gotów atakujących jego granice. A zatem bogowie musieli być srodze rozsierdzeni, skoro dopuszczali tyle i takich nieszczęść. Należało więc niejako wyłuskać chrześcijan i zmusić ich do złożenia ofiary bogom, w tym cesarzowi, na znak porzucenia błędnej religii. W połowie III w. we wszystkich rzymskich prowincjach chrześcijan było tak wielu, iż nie udało się przeprowadzenie powszechnej czystki. Niemniej zginęły ich tysiące. Ale wielu uniknęło śmierci, składając zewnętrzny akt uczestniczenia w teście praworządności rzymskiej, polegający na spaleniu bogom kadzidła. Byli to tak zwani lapsi, upadli, chwilowi odstępcy, którzy pragnęli powrócić do Kościoła po ustaniu prześladowań, co spowodowało burzliwą kontrowersję pośród ówczesnych teologów i apologetów: co z tymi ludźmi robić? Przyjąć ich na powrót do Kościoła czy nie? A może należało ich powtórnie ochrzcić?

Przerwa między tym prześladowaniem a kolejnym, za panującego w latach 253–260 Waleriana, była krótka. W 257 r. wybuchło jedno z najokrutniejszych prześladowań. Skierowane było nie przeciwko szeregowym wiernym, ale przeciwko biskupom, prezbiterom, diakonom, czyli chodziło o zniszczenie kościelnej hierarchii, rozsądnie dywagując, że jeśli uderzy się w pasterzy, rozproszą się i owce, by odwołać się do słów Ewangelii. Wtedy wyszedł zakaz udawania się na chrześcijańskie cmentarze, czyli do katakumb. Edykt cesarski obowiązywał zaledwie trzy lata, bo cesarz w wojnie z Persami poniósł klęskę i sam dostał się do niewoli, skąd nie powrócił, zaś jego syn na cesarskim tronie, Gallien (260–268), odwołał edykty ojca w sprawie antychrześcijańskich restrykcji i nawet nakazał zwrot zagrabionych z denuncjacji dóbr Kościołowi.

Najsroższe prześladowanie, na szczęście ostatnie w Rzymie, przypadło za panowania Dioklecjana (284–305) i jego współcesarzy. Ten skądinąd rozsądny cesarz, reformator wywodzący swą władzę od samego Jowisza, próbował nadać nowy impuls cesarstwu, w którym chwilowo zatrzymano proces dekadencji i przenikania barbarzyńców w granice państwa. Powrót do religii przodków i udobruchanie rozgniewanych bogów w obliczu tylu nieszczęść mogły nastąpić przez wyeliminowanie chrześcijaństwa. Edykty wydawane przez cesarza i jego współpracowników obejmowały cały obszar cesarstwa, zginęły tysiące chrześcijan, ale było już ich tylu, iż nie w ludzkiej mocy leżało ich wytępienie. Ostatnie prześladowania były finalnym mocowaniem się pogaństwa z chrześcijaństwem, w których to zapasach wiara w Jowisza musiała ustąpić wierze w Chrystusa. Nie stanie się to z dnia na dzień, nawet po edykcie mediolańskim, będzie to proces rozłożony na dziesięciolecia, ale zakończony pełnym zwycięstwem wyznawców Chrystusa. Proroczo zapytywał Tertulian: „Kiedy silniejsza bywa nasza wiara, jak nie w czasie prześladowań (…)? Gdy nad Kościołem rozszaleje się burza, wówczas silniej wierzymy” – zauważył.

Gdzie składano ciała męczenników? W przypadku Rzymu najczęściej w katakumbach, w podziemnych cmentarzach drążonych w miękkim, wulkanicznym tufie poza Murami Aureliańskimi, w sąsiedztwie dróg wylotowych z Wiecznego Miasta, głównie przy Via Appia Antica, gdzie znajdowały się najbardziej monumentalne grobowce wystawiane przez bogaczy już w czasach republiki. Katakumby są wzruszającym świadectwem wiary w zmartwychwstanie. Ciała zmarłych składano w niszach wykuwanych w ścianach korytarzy ciągnących się setkami kilometrów na kilku poziomach. Zmarli mieli spoczywać w nich chwilowo, niejako oddani ziemi w depozyt – depositus – wszak dzień ich śmierci to dzień narodzin dla nieba – dies natalis. Ich pogańscy sąsiedzi nie posiadali głębi tej wiary. Zmarli poganie, spopieleni i złożeni w urny, mieli żyć wyłącznie w pamięci żywych, bowiem po śmierci już nic ich nie czekało, żadne życie przyszłe, może jakaś kraina cieni. Katakumby nie były miejscem chronienia się chrześcijan przed prześladowcami. Jakże wzruszające wymową są pozastawiane na ścianach nisz grobowych malunki, które nawiązują do głębokiej wiary w Chrystusa, a w ślad za Nim – w powszechne zmartwychwstanie.

Jan Gać

pgw