Strona główna / Wywiady / Siłą Kościoła jest Chrystus – wywiad z abp. Markiem Jędraszewskim

Siłą Kościoła jest Chrystus – wywiad z abp. Markiem Jędraszewskim

Z abp. Markiem Jędraszewskim, metropolitą łódzkim, rozmawia Alicja Dołowska

Emocje wśród katolickich publicystów wzbudziła adhortacja papieża Franciszka Amoris laetitia. Są opinie, że dokument ten otwiera możliwość udzielania Komunii św. osobom rozwiedzionym, żyjącym w powtórnych związkach.

abp Marek Jędraszewski / fot. flickr.com/episkopatnews
abp Marek Jędraszewski / fot. flickr.com/episkopatnews

Prefekt Kongregacji Nauki Wiary kard. Gerhard Müller przestrzegł przed fałszywymi interpretacjami adhortacji. Kościół nie może zmieniać prawa Bożego, nie może zatem zmieniać prawdy o nierozerwalności małżeństwa. Doktryna Kościoła jest jasna i musi być jednoznacznie głoszona. Pan Bóg nie zmienia przecież ani swego zamysłu co do człowieka stworzonego jako kobieta i mężczyzna ani też nie łamie swego przymierza z ludźmi. W adhortacji papieżowi chodzi o to, aby Kościół w swej praktyce duszpasterskiej zastanowił się nad tym, jak zbliżyć do życia w Kościele te osoby, które żyją w sytuacji „nieregularnej”. Ojciec Święty zwraca uwagę na to, aby ich nie odrzucać, ale – na ile możliwe – włączać je w życie wspólnoty parafialnej.

Dziennikarze mówią o przyzwoleniu w adhortacji na potępiany dotąd w teologii sytuacjonizm moralny. Wieszczą, że  pewne interpretacje doktrynalne będą prowadzić do zmiany praktyki duszpasterskiej Kościoła. Czy takie interpretacje mogą stworzyć precedensy, które – tak jak w prawie amerykańskim – będą następnie wchodzić do obowiązującego prawa?

Niektórzy będą zapewne twierdzili, że oto nastała możliwość otwarcia pewnych nowych przestrzeni w toczonych dyskusjach po to, żeby w konsekwencji doprowadziły one do zmian w samej doktrynie Kościoła. Ale wcale tak nie musi być. Jest oczywiste, że doktryna nie jest w stanie, w niekiedy krótkich sformułowaniach, wyrazić całego bogactwa życia ludzkiego, sytuacji, kontekstów, w których żyją poszczególne osoby, czy też tradycji, z  których się one wywodzą. Mówimy przecież o Kościele powszechnym. Dlatego konieczna jest w tym momencie dalsza dyskusja zarówno między teologami, jak i duszpasterzami, która miałaby na celu ustalenie, w jaki sposób jednoznaczną naukę Kościoła należałoby wprowadzać do konkretnych społeczności, ludów i narodów. Bynajmniej nie chodzi tu jednak o jakąś relatywizację nauki Kościoła. Chodzi o to, żeby tę naukę właściwie odczytać i zastosować w konkretnych warunkach.
A po wtóre – nie wyobrażam sobie, żeby dyskusje, jakie się obecnie toczy, miały ostatecznie doprowadzić do zmiany doktryny Kościoła. Odniosę się do przypadku szesnastowiecznej Anglii i Henryka VIII – tam też były dyskusje teologów. Co więcej, zarysowały się też różne stanowiska angielskich biskupów wobec postawy Henryka VIII, który nie chciał uznać doktryny Kościoła w kwestii nierozerwalności małżeństwa. Czy to sprawiło, że Kościół katolicki odszedł w tej materii od swojego tradycyjnego nauczania? Wiemy, że nie. Myślę, że dla wielu chrześcijan casus Henryka VIII stanowił jedno wielkie potwierdzenie, że istnieje nauka Kościoła, przy której należy trwać – niezależnie od tego, jak w odniesieniu do niej zachowują się nawet niektórzy hierarchowie. Jest też faktem, że w Anglii wielu teologów, także biskupów, oddało wtedy życie za wierność nauce Kościoła.

Papież Franciszek twierdzi, że  „ani społeczeństwo, w którym żyjemy, ani to, w kierunku którego zmierzamy, nie pozwalają na nieroztropne trwanie form i wzorów z przeszłości. Mamy świadomość zasadniczej orientacji zmian antropologiczno-kulturowych, z  powodu których ludzie są mniej niż w przeszłości wspierani przez struktury społeczne w ich życiu uczuciowym i rodzinnym”.

Nie ulega wątpliwości, że współczesna kultura nie sprzyja rodzinie. Podążając drogą absolutyzacji wolności, próbuje ona zbudować życie społeczne na fundamencie pełnego relatywizmu. W takiej sytuacji kulturowej ani instytucja małżeństwa, ani instytucja rodziny nie znajdują należytego wsparcia dla siebie.
Jawi się przy tym pytanie: czy jest sensowne opowiadanie się za jakimś determinizmem dziejowym, ze związaną z nim ideą postępu? Jest to przecież myślenie w duchu dziewiętnastowiecznego heglizmu, z którego następnie zrodził się marksizm. On z kolei stał się ideologicznym fundamentem sowieckiego komunizmu. W determinizmie dziejowym odrzuca się istnienie obiektywnej prawdy, przyjmując jej charakter czysto czasowy i zarazem klasowy, a przez to skrajnie względny. Tymczasem doświadczenie polskiego Kościoła, a także innych Kościołów, które znalazły się pod uciskiem totalitaryzmu sowieckiego, jednoznacznie wskazuje na to, że właśnie trwanie przy obiektywnej prawdzie, wbrew komunistycznemu „dogmatowi” o  nieuchronnym determinizmie dziejowym, ostatecznie sprawiło, że na początku lat 90. ubiegłego wieku doszło do prawdziwej wiosny tych Kościołów.

Papież stawia kapłanom coraz większe wymagania, tymczasem do stanu duchownego przychodzą roczniki po szkołach o coraz słabszej jakości nauczania, wyższe uczelnie obniżają standardy, aby za wszelką cenę mieć u siebie jak najwięcej studentów. Z drugiej strony – do kapłanów przychodzą wierni z  coraz większymi wobec nich oczekiwaniami. Pragną, aby byli oni dla nich i psychologami, i kierownikami duchowymi. Czy świeccy mogą w tej sprawie pomóc księżom? Siłą Kościoła są wierni.

Siłą Kościoła jest Chrystus. Jeżeli wyjdziemy od tej właśnie prawdy, to zrozumiemy, że wierni bez kapłanów są jak owce bez pasterza. Jedni drugich potrzebują. I to nie w wymiarze czysto socjologicznym, na wzór sytuacji, w której żołnierze potrzebują generała, a generał nic nie znaczy bez żołnierzy. Takie socjologizujące spojrzenie na Kościół sprawia, że nie można zrozumieć istoty tego, czym on naprawdę jest. Tymczasem, według nauczania II  Soboru Watykańskiego, Kościół jest ludem Bożym, który mocą Ducha Świętego zdąża za Chrystusem do domu Ojca bogatego w miłosierdzie. W tym zdążaniu konieczne jest nieustanne wspieranie się jednych przez drugich. Wielorakie. Jestem pod wielkim zauroczeniem ruchu „Margaretek”, który w Polsce rozwija się od lat i który polega na tym, że ludzie świeccy codziennie modlą się za konkretnego kapłana.

To rodzaj duchowej adopcji?

Dla kapłana bardzo ważnej. Osobiście spotkałem się z tym, gdy 19 lat temu zostałem biskupem. Od tamtego czasu modlą się za mnie panie z dalekiej Jeleniej Góry, których nigdy nie widziałem. Przysyłają mi życzenia na każde kolejne święta Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Ja im, oczywiście, odpowiadam z wielką wdzięcznością, ale osobiście ich nie znam. Jednak niezwykle pocieszająca i zarazem umacniająca jest świadomość, że moim wysiłkom pasterskim towarzyszy wsparcie wielu osób, w większości nieznanych, które się za mnie modlą. Jest to ogromne wsparcie, które kapłan otrzymuje ze strony wiernych. Dzięki temu nie jest on w Kościele sam. A z drugiej strony, jeżeli Chrystus powołuje kogoś do kapłaństwa, to po pierwsze – wybiera go dla siebie i dla Kościoła. Po wtóre – powołuje go takim, jaki on jest, z wieloma ułomnościami czy niedociągnięciami, także pod względem intelektualnym. Niekiedy występują również pewne niedoskonałości na poziomie dojrzałości osobowościowej. Dzisiaj do seminariów duchownych przyjmuje się również kandydatów, którzy mają za sobą naprawdę trudne dzieciństwo i okres dorastania. Jest to związane z kryzysami, czy nawet rozpadem małżeństw ich rodziców. Ci kandydaci sami w jakiejś mierze domagają się najpierw „uzdrowienia”, po to, żeby byli dobrymi duszpasterzami. Można zapytać: co to będzie za pasterz, skoro już w punkcie wyjścia jest taki słaby? Ale osobiste poranienia mogą stać się jego siłą, ponieważ on dobrze rozumie społeczeństwo, z którego się wywodzi i dla którego jako duszpasterz ma w przyszłości pracować. Wśród wielu nowych zadań, które jeszcze 20 lat temu nie stawały jeszcze tak ostro przed Kościołem, jak to ma miejsce obecnie, jest problem formacji kapłanów dla potrzeb szybko zmieniającej się rzeczywistości, a przede wszystkim dla coraz bardziej zagubionych w niej ludzi.

Zadanie ogromnie trudne.

Trudne, ale nieprzekraczające naszych możliwości. Na pewno potrzeba nowych metod formacyjnych w seminarium, swoistego otwarcia na współczesny świat ze strony młodych kandydatów do kapłaństwa. Z drugiej natomiast strony – seminarium musi być środowiskiem, w którym formują się swoiste elity Kościoła. Taka jest bowiem rola pasterzy – we wspólnym zdążaniu do wiecznego zbawienia mają oni przewodzić innym. Do tego wielkiego zadania muszą nieustannie dorastać – i to jest głównym zadaniem formacyjnym każdego seminarium duchownego.

W dziele formowania swoich pasterzy mogą służyć pomocą również wierni świeccy. Zadając kapłanom pytania, mogą ich stymulować do rozwoju. Księża nie muszą znać odpowiedzi natychmiast, ale powinni jej udzielić, gdy posiądą stosowną wiedzę i rozeznanie.

To prawda, ale też dzisiaj społeczeństwo chce od razu gotowych recept na swoje problemy albo żeby dany ksiądz od razu się zmienił – i to zgodnie z oczekiwaniami ludzi, nie zawsze słusznymi. Lub żeby dał on odpowiedź możliwie szybko, najlepiej od razu – jak po kliknięciu na klawiaturze komputera. A często jest to przecież po prostu niemożliwe. Natomiast, istotnie, wymagania w obecnej sytuacji kulturowej są takie, że trzeba nieustannie wsłuchiwać się w znaki czasu płynące do nas od świata, następnie trzeba je trafnie interpretować i dawać na nie adekwatne odpowiedzi. To domaga się ustawicznego procesu formacji ze strony kapłanów – zarówno intelektualnej, jak i duchowej. W tym procesie współdziałanie ze strony wiernych jest dla każdego kapłana bezcennym darem.

pgw

Check Also

„Święty niepokój”

Z księdzem arcybiskupem Stanisławem Gądeckim, metropolitą poznańskim i przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski, rozmawia Ewelina Goździewicz. …