Home / Historia / Spadkobierca Wyszyńskiego

Spadkobierca Wyszyńskiego

Prymas Polski kard. Józef Glemp nie miał zbyt wielu fanów w polskim Kościele. Historia jednak pokazuje, że był dobrym kontynuatorem kard. Wyszyńskiego. Tak jak on potrafił podejmować niepopularne decyzje.

Kiedy na początku lat 50. kard. Wyszyński wszedł do pokoju młodego kleryka Józefa Glempa, nie przypuszczał, że ten słabiutki młodzieniec kiedyś będzie jego następcą. Wręcz przeciwnie, Prymas zastał młodego alumna chorego na grypę z wysoką gorączką. – Popatrzył na talerz nietkniętej kaszy. Zmieszałem się nieco, a kardynał Wyszyński tak po prostu zachęcił mnie do jedzenia. Powiedział , że muszę być zdrowy – wspominał po latach kard. Józef Glemp.

To spotkanie wywarło bardzo mocny wpływ na młodym kleryku. Glemp bał się nawet, że z powodów słabego zdrowia nie zostanie dopuszczony do święceń. – Prymas patrzył na mnie jakby z wątpliwością, czy nadaję się na księdza!

Rządca dusz

Po 60 latach od tamtego spotkania, nikt nie ma już wątpliwości, że kleryk Glemp nadawał się na księdza. To on bowiem przeprowadził Kościół przez burzliwe czasy ostatniej dekady Peerelu, przemian ustrojowych, a później wypracował model funkcjonowania w społeczeństwie pluralistycznym.

Jeżeli miernikiem posługi prymasa Glempa miałaby być religijność Polaków, to zdał ten egzamin lepiej, niż przypuszczano jeszcze na początku lat 90. Kościoły nadal są pełne, a nieznaczny spadek uczestniczących we Mszach św. rekompensuje ponaddwukrotnie większa liczba osób deklarujących się jako głęboko wierzące. Opinia ta znajduje odzwierciedlenie w znacznie większym odsetku osób korzystających co niedzielę z sakramentu Eucharystii.

Zagorzali krytycy powtarzają, że Kościół w czasach Glempa odcinał jedynie kupony płynące z pontyfikatu bł. Jana Pawła II. A prymas rządził Kościołem w Polsce siłą bezwładu i rozpędu, który nadał mu kard. Wyszyński.

Takie sądy są niesprawiedliwe. I choć posługa kard. Glempa nie miała zbyt wielu entuzjastów, to z biegiem lat historia oddaje mu należyty honor. Potrafił się bowiem zachować na ostrych i trudnych zakrętach historii. A pojawiające się po 90. roku szanse duszpasterskie potrafił doskonale wykorzystać. Wystarczy spojrzeć tylko na budownictwo sakralne. W ponaddwóchsetletniej historii archidiecezji warszawskiej nigdy nie było takiego dynamicznego rozwoju struktur parafialnych oraz budowy nowych kościołów.  Niektórzy mówią  nawet, że kard. Wyszyński podniósł warszawskie kościoły z powojennych ruin, a prymas Glemp budował świątynie tam, gdzie nigdy ich nie było. Tylko na terenie archidiecezji warszawskiej (sprzed reformy diecezjalnej w 1992 roku) za jego kadencji wybudowano aż 165 nowych kościołów.

Spór polityczny

Jednak główna oś sporu nt. prymasostwa kard. Glempa nie dotyczy religijności Polków lub spraw czysto duszpasterskich. Najgorętsza debata toczy się wokół kwestii politycznych, a zwłaszcza postawy kard. Glempa podczas stanu wojennego.

Symbolem niesprawiedliwych sądów jest chuligański wybryk kogoś, kto na ogrodzeniu domu arcybiskupów warszawskich przy ul. Miodowej napisał: „zdrajca tysiąclecia!” Hasłowe przeciwstawienie Prymasa Glempa z Prymasem Tysiąclecia było dla niego bardzo bolesne i krzywdzące. Gdy spojrzymy na historię tych dwóch prymasów, zobaczymy, z  jakim oddaniem prymas Glemp kontynuował linię, którą niegdyś wyznaczył kard. Wyszyński.

Stan wojenny został ogłoszony zaledwie kilka miesięcy po tym, gdy stosunkowo młody biskup Glemp został mianowany przez Papieża na prymasa Polski. Komuniści doskonale zdawali sobie sprawę, że nowy prymas nie zdążył jeszcze wyrobić sobie wśród Polaków autorytetu. Trudności przysparzał również fakt, że obejmował  rządy nad polskim Kościołem po wielkim Prymasie Tysiąclecia.

Ranek 13 grudnia 1981 roku był wielkim wstrząsem zarówno dla zwykłych Polaków, jak i dla prymasa Glempa, a także dla Jana Pawła II. – Ojciec Święty był w trudniejszej sytuacji niż biskupi w Polsce. My widzieliśmy, jak sytuacja wygląda na miejscu, a on wiedzę musiał czerpać z innych źródeł – wspominał w 2002 roku kard. Glemp.

W dekrecie Rady Państwa o stanie wojennym stwierdzono, że przepisy o zawieszeniu organizacji oraz odbywaniu zgromadzeń nie dotyczą Kościołów i związków wyznaniowych. W swym porannym wystąpieniu gen. Jaruzelski oświadczył, że „doceniamy patriotyczne stanowisko Kościoła”. Jak można przypuszczać, była to z jednej strony pochwała i jednocześnie sygnał, że w zamierzeniu władz Kościół katolicki będzie tą instytucją, którą stan wojenny oszczędzi. Jednak z drugiej strony dawano do zrozumienia, że władze nie spodziewają się aktywnego sprzeciwu ze strony biskupów.

 Ból sterroryzowanego narodu

Kard. Glemp odnalazł się w roli mediatora i to zarówno pomiędzy władzą a opozycją, jak i w łonie samego Episkopatu, którego nastroje musiał studzić.  Gdy 15 grudnia w Warszawie zebrała się Rada Główna Episkopatu, biskupi stwierdzili, że ich „ból jest bólem narodu sterroryzowanego przez siłę wojskową”, zwracali się także z „gorącym apelem o zachowanie pokoju i panowanie nad namiętnościami i gniewem”. W dalszej części żądali wolności dla internowanych i przywrócenia związkom zawodowym, a zwłaszcza „Solidarności” możliwości działania. Były to swego rodzaju postulaty polityczne, które czyniły wypowiedź biskupów jedną z najbardziej zaangażowanych politycznie od sierpnia 1980 roku.

Propozycje te mogły wydawać się nierealne, zakładały bowiem cofnięcie zasadniczych decyzji władz stanu wojennego w stosunku do „Solidarności”. Tak się jednak nie stało. 17 grudnia na „kategoryczną prośbę” gen. Jaruzelskiego, prymas Glemp odstąpił od zamiaru odczytania tekstu komunikatu w kościołach. Na decyzji prymasa zaważył fakt, że dzień wcześniej na Śląsku, w kopalni „Wujek”, podczas pacyfikacji zginęło dziewięciu górników.

„Kościół broni każdego życia, a więc w stanie wojennym będzie wołał, gdzie tylko może, o spokój, o zaniechanie gwałtu, o zażegnanie bratobójczych walk. Nie ma większej wartości nad życie ludzkie, dlatego sam będę wołał o rozsądek nawet za cenę narażenia się na zniewagi i będę prosił, nawet gdybym miał iść boso i na kolanach błagać: nie podejmujcie walki Polak przeciwko Polakowi!” – mówił prymas.

Jego apel o zachowanie spokoju i zaniechanie bratobójczej walki nadany został przez telewizję obok przemówienia gen. W. Jaruzelskiego. Propaganda komunistyczna sugerowała, że prymas kolaboruje z władzą i popiera stan wojenny. Wkrótce potem pojawiły się epitety: „Tow. Glemp” i „Kola”, czyli kolaborant. Stonowane wystąpienie było wynikiem konsultacji abp. Glempa z abp. Bronisławem Dąbrowskim, sekretarzem Episkopatu, i z przedstawicielami Prymasowskiej Rady Społecznej, którzy zalecali prymasowi łagodzenie nastrojów.

Analogie historyczne

Dopiero z perspektywy lat można ocenić, że prymas miał rację. Polacy z wojskiem gen. Jaruzelskiego nie mieli żadnych szans. Ale czy ta postawa była zgodna z linią prymasa Wyszyńskiego?

Odpowiedź na to pytanie można znaleźć, sięgając 30 lat wcześniej, gdy kard. Wyszyński w 1950 podpisał porozumienie z władzami komunistycznymi. Wówczas krytykowało go nie tylko podziemie antykomunistyczne, ale początkowo dokument nie znalazł uznania nawet w Watykanie. Stolica Apostolska myślała, że Wyszyński układa się z ateistycznym totalitaryzmem.

Prymas Polski, były kapelan AK, podpisał wówczas dokument, w którym za zagwarantowanie nauczania religii w szkołach i funkcjonowanie Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Kościół „uznał granice Ziem Odzyskanych Polski Ludowej” oraz potępił „zbrodniczą działalność band podziemia”. W dokumencie czytamy również, że Kościół zobowiązał się do piętnowania i „karania konsekwencjami kanonicznymi duchownych, winnych udziału w jakiejkolwiek akcji podziemnej i antypaństwowej”.

Dopiero zderzenie tych dwóch postaw historycznych rzuca światło na posługę obydwu prymasów. Wyszyński doskonale wiedział, że naród Polski nie jest w stanie dłużej walczyć. Podczas II wojny światowej Polacy stracili zbyt wiele krwi. Kontynuowanie akcji zbrojnej mogłoby doprowadzić do wojny domowej oraz zagrażało biologicznemu bytowi narodu.

Z perspektywy ponad 30 lat wyraźnie widać jedno: że idea prymasa Glempa stanowiła wyraźną kontynuację linii prymasa Wyszyńskiego, który za wszelką cenę dążył do ocalenia biologicznej tkanki narodu. Kard. Glemp nie mógł z tą tradycją zerwać i, co więcej, wziąć odpowiedzialności za przelew krwi w Polsce. A trzeba pamiętać, że w stanie wojennym łatwo było wywołać bratobójcze walki.

Również postawa Kościoła w 1950 roku początkowo nie znalazła zrozumienia. Porozumienie było rozwiązaniem precedensowym w krajach „bloku wschodniego” i bardzo trudne do zrozumienia. – Mimo tego czas pokazał, że była to decyzja bardzo dobra. Żaden z krajów komunistycznych nie miał uregulowanych stosunków z Kościołem. Trzeba pamiętać, że Polska nie miała wówczas ani konkordatu, ani konstytucji. Panowała więc duża prawna, a raczej bezprawna dowolność – wspomina Anna Rastawicka, świadek życia i działalności pasterskiej Prymasa Tysiąclecia.

Prymas Wyszyński uważał, że istotną misją Kościoła jest uobecnianie Boga w świecie, głoszenie słowa Bożego i sprawowanie sakramentów. Zdawał sobie sprawę, że najważniejsze jest umacnianie wiary w narodzie. Zabiegał więc przede wszystkim o to, aby kościoły były otwarte, a w nich ludzie mogli się modlić. Wiedział, że jeżeli naród będzie silny wiarą, to Kościół i tak będzie ważnym odniesieniem w życiu społecznym.

Jeśli zestawimy taką ocenę posługi kard. Wyszyńskiego z postawą prymasa Glempa podczas stanu wojennego, to widoczna jest zbieżność. Tu również chodziło o autonomię Kościoła oraz otwartą działalność duszpasterską. Ludzie nie odwrócili się od Kościoła w czasie stanu wojennego. Wręcz przeciwnie. Do świątyń przychodzili nawet niewierzący. Kościół okazał się parasolem, pod którym Polacy szukali osobistej i społecznej wolności. Historia pokazała, że właśnie w Kościele ją odnaleźli.

Nie dbał o popularność

Oczywiście sytuacja była inna w 1950 roku od tej w 1981. Dopiero od pewnego czasu dowiadujemy się o komunistycznych zbrodniach okresu stalinowskiego. Odkrywane są mogiły, w których potajemnie chowano bohaterów podziemia komunistycznego. Na przełomie lat 40. i 50. ubiegłego wieku krwawy terror był codziennością. W tym zestawieniu ofiar stanu wojennego było stosunkowo mało. Nie oznacza to jednak, że tak musiało być. Wystarczyło zaprószyć iskrę, aby doszło do spotęgowania agresji i by polała się krew. Z dokumentów IPN wiemy, że komuniści byli na taki wariant gotowi. Nawet płk Ryszard Kukliński, gdy zdradził Amerykanom zamiary wprowadzania stanu wojennego w Polsce, przestrzegał ich przed ujawnianiem tego opinii publicznej. Bał się tego, że rodacy nie dadzą się wówczas zaskoczyć i staną do walki. Według Kuklińskiego ujawnienie planów Jaruzelskiego spowodowałoby rozlew krwi.

W odróżnieniu od Wyszyńskiego kard. Glemp miał o wiele większe wsparcie moralne i duchowe. Odziedziczony po Prymasie Tysiąclecia  Kościół, na którego czele stał Jan Paweł II, był o wiele silniejszy niż ten z lat 50. I choć kard. Glemp nie ujawnił nigdy treści rozmów z Janem Pawłem II, to dziś wiemy, że Papież wielokrotnie zapewniał kard. Glempa i innych biskupów polskich, że ta linia, choć boleśnie racjonalna, jest słuszna. Słowa papieskie przytaczali zresztą później biskupi na posiedzeniach Rady Stałej Episkopatu (stenogramy znajdują się w aktach IPN). Wynika z nich jednoznacznie, że Jan Paweł II był zdania, iż „Glemp to ten sam duch, co Wyszyński” i ważne jest, że kontynuuje jego strategię wobec komunistów, „nie dopuszczając, by naród poszedł na drogę samobójstwa”.

Prymasowska strategia w stanie wojennym była więc linią całego Kościoła, zgodnie z założeniem, że Kościół musi szukać maksymalnego dobra w takich warunkach, jakie w danej chwili istnieją, troszcząc się o ludzkie życie. Prymas wykazał wtedy dalekowzroczność i realizm historyczny. Jego dramat polegał tylko na tym, że na siebie wziął całą odpowiedzialność, co skutkowało doraźną utratą popularności. Podobne kontrowersje, co stan wojenny, przez całe lata budziła postawa prymasa wobec ks. Popiełuszki. Co więcej – sam kard. Glemp miał wyrzuty sumienia, że nie udało mu się – jak wyznał publicznie w przejmującym rachunku sumienia Kościoła w 2000 r. – ocalić życia Księdza Jerzego, mimo działań podejmowanych w tym kierunku.

Przemiany ustrojowe przyniosły nowe problemy i wyzwania. Rzeczywistość po 1990 roku odbiegała zarówno od marzeń kard. Glempa, jak i Jana Pawła II. Szczególnie w latach 90. byli oni krytykami polskiej wolności. Prymas często powtarzał, że opozycja demokratyczna oraz cały obóz postsolidarnościowy zdradzili swoje ideały, które wywieszali na sztandarach w latach 90. Mówił, że ci sami ludzie zachłysnęli się wolnością i zapomnieli o moralności.

– W nauczaniu Prymasa Wyszyńskiego bardzo mocno podkreślana jest wolność. Chciałbym ten temat kontynuować, ale w innych okolicznościach. Dlatego nie mówię już o wolności politycznej, o którą walczył kard. Wyszyński, ale o wolności moralnej, która dziś jest potrzebna. A więc umiejętności wyboru dobra i ciągłego opowiadania się za godnością ludzką, która ma być godnością dziecka Bożego – mówił kard. Glemp w 2001 roku.

Czy Wyszyński „namaścił” Glempa?    

         Na koniec wróćmy na początek lat 50. i pierwszego spotkania kard. Wyszyńskiego i kleryka Glempa. Niestety kilka lat później prymas został uwieziony przez komunistów i świeceń kapłańskich udzielił klerykowi biskup poznański.

Był to okres ingerencji władz państwowych w wewnętrzne sprawy Kościoła, także gdy chodziło o obsadę stanowisk kościelnych. Ks. Józef Glemp nie otrzymał zgody na podjęcie pracy w wyznaczonej przez władzę kościelną parafii i w związku z tym pomagał duszpastersko w rodzinnej parafii św. Jakuba w Mogilnie.

Po kilku latach kapłaństwa został skierowany przez kard. Wyszyńskiego na studia specjalistyczne do Rzymu. Po powrocie do rodzimej diecezji kontakty ks. Józefa Glempa z prymasem były coraz częstsze. Pełnił funkcję sekretarza w Prymasowskim Wyższym Seminarium Duchownym w Gnieźnie i notariusza w Kurii Metropolitalnej Gnieźnieńskiej. W 1967 roku rozpoczął pracę w Sekretariacie Prymasa Polski w Warszawie, stając się jednym z najbliższych współpracowników i domowników kard. Stefana Wyszyńskiego.

Jako kapelan i sekretarz prymasa towarzyszył mu podczas wielu uroczystości kościelnych na terenie Polski, a także w licznych podróżach do Rzymu – uczestniczył w audiencjach u papieża Pawła VI, mógł z bliska obserwować prace synodów biskupów w Rzymie i brał udział w wielu ważnych rozmowach z przedstawicielami rządu PRL. W 1975 roku ks. dr Józef Glemp został powołany na stanowisko sekretarza Komisji Episkopatu Polski do spraw instytucji polskich w Rzymie.

Prymas Wyszyński już wcześniej chciał go mianować ordynariuszem kilku wakujących diecezji. Jednak według ówczesnego prawa musiały się na to zgodzić również władze PRL. Tej zgody długo nie było. Udało się to dopiero w 1979 roku, gdy papieżem był już  Jan Paweł II. Wówczas ks. dr Glemp został biskupem warmińskim.

Prymas Glemp zaprzeczał doniesieniom, jakoby kard. Wyszyński jego wybrał na swojego następcę. Mówił, że ostatecznego wyboru dokonał Jan Paweł II. Wyszyński nie wskazał konkretnego kapłana na prymasostwo. – To nie mieściło się w jego teologii Kościoła – podkreślał kard. Glemp. – Jednak wśród wymienianych kandydatów było też moje nazwisko.

Paweł Sarafin

Dodaj komentarz