Home / Z archiwum / SPÓR O KSZTAŁT POLSKOŚCI

SPÓR O KSZTAŁT POLSKOŚCI

Alicja Dołowska

Porównując szkołę w okresie PRL -u i dziś, widzimy, że przedmiotami najbardziej poddawanymi naciskom ideologicznym były i są historia i język polski

 


Niektórym środowiskom zależy, żeby przeorientować dumę Polaków na wstyd
Fot. Archiwum

Te dwa przedmioty humanistyczne, odnoszące się do wspólnej spuścizny historycznej i literackiej, mają ogromny wpływ na ukształtowanie postawy młodego człowieka i poczucia jego tożsamości. Przecież literatura polska została tak napisana, że od średniowiecznych kronik Galla Anonima, Wincentego Kadłubka i Jana Długosza – nie sposób jej pojąć bez historycznego kontekstu i rozumienia polskich dziejów.

Desperacka obrona racji

Dlatego forsowana uparcie przez resort edukacji zmiana kanonu edukacyjnego w nauczaniu języka polskiego i historii wzbudza tak wiele oporów, włącznie z głodówką protestacyjną. Głodówka to narażanie zdrowia i życia, ostateczność, jeśli mówimy o wyborze formy protestu. Jednak chodzi o sprawę fundamentalną – kod historyczny i tkankę kulturową narodu. Narodu, o którym prof. Andrzej Zybertowicz mówi, że przez lata zaborów, wojny i komunizmu został zdemontowany jako wspólnota, a po 1989 r. państwo nie podjęło wysiłku jego zrekonstruowania.

Wydawałoby się, że lata wolnej Polski po 1989 r. są idealnym czasem, żeby tę wspólnotowość odbudować – poprzez postawę elit politycznych, szkołę, wychowanie i działalność na polu publicznym. Próby podjęto na początku lat 90. ub. w., ale dziś, jak widać, jest zbyt wiele interesów, by nie dopuścić do uformowania autentycznej wspólnoty. Stąd atak na Kościół i związki zawodowe mające struktury organizacyjne tworzone przez ludzi, których łączy więź. Przez ostatnie lata można było odnieść wrażenie, że choć istnieją możliwości prawne do samoorganizowania się, ludziom przytłoczonym sprawami bytowymi opadły skrzydła, tym bardziej że grupy interesu niechętne formowaniu wspólnoty zawłaszczały państwo i media. Przecież hasłem PO w wyborach samorządowych było „Nie róbmy polityki”, a zatem odwróćmy się od podmiotowości i samoorganizowania, bo państwo wie lepiej.

To się powoli zmienia

Proces formowania się postaw obywatelskich jednak postępuje, mimo ogłupiających doniesień nadających ton mediów o majtkach Dody i licznych seriali informacyjnych o celebrytach. W całym kraju powstają ośrodki patriotyczne skupiające ludzi, którzy chcą mieć wpływ na teraźniejszość i przyszłość swojej ojczyzny. Widać to nie tylko w dążeniu do wyjaśnienia prawdy o tragedii smoleńskiej, ale także w bitwie o kształt polskiej szkoły, do której śmiało włączyli się naukowcy i dawni opozycjoniści.

Niektórym środowiskom zależy, żeby przeorientować dumę Polaka na wstyd, a patriotyzm na nacjonalizm i ksenofobię. Aby dla niego była ważniejsza – jak to określa Rafał Ziemkiewicz – „micha”.

Nieważne gdzie, w Irlandii, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii czy Holandii. I wyjeżdżają ci niezadowoleni, którzy powinni zmieniać Polskę. Dotąd w jej historii zawsze to oni usiłowali to robić swoim młodzieńczym buntem, nie dając zgody na rzeczywistość, także na emigracji. Dziś nie chcą „kopać się z koniem”. Bo jak opisywał Benedykt Chmielowski w „Nowych Atenach”, „koń, jaki jest, każdy widzi”.

Prof. Jan Żaryn na temat sporu o historię w szkołach mówi: „W generaliach spór o nauczanie historii jest sporem o kształt polskości. Decyduje się dziś, czy polskość ma wyrastać z dziedzictwa kulturowego i historycznego oraz z potęgi przekazu historycznego np. o takich ludziach, jak Fieldorf czy Pilecki, czy o polskich zdobyczach demokracji XVI-wiecznej. To wszystko albo będzie nadal dziedzictwem, które będzie rzutować na przyszłe polskie pokolenia, albo stanie się historią zamrożoną w szafie, bez wpływu na umysłowość i emocje Polaków w przyszłości”.

Zamrażana historia

Zamrażanie historii przeżywaliśmy już w PRL-u. Funkcjonując w orbicie państw satelickich krążących wokół ZSRR, przekazywano uczniom historię Polski po mocnej korekcie w kwestii historycznych relacji ze wschodnim sąsiadem. Ani słowa o Katyniu i winnych wymordowania ponad 21 tys. polskich jeńców. A jeśli później mówiono coś na ten temat, to winę za zbrodnie oczywiście ponosili Niemcy – jak ogłosił Związek Radziecki. Krewni ofiar przez długie powojenne lata nie mogli otwarcie mówić o prawdziwym losie swoich najbliższych, a potem dowiadywali się od rosyjskich władz, że w ogóle nie doszło do zbrodni katyńskiej.

Ani słowa o rzezi na Wołyniu, „nożu w plecy” wbitym Polsce przez ZSRR 17 września 1939 r. Kompletna cisza o pakcie Ribbentrop–Mołotow. W peerelowskich szkołach nie znało się prawdy o wojnie polsko-bolszewickiej, nie wiedziało o „cudzie na Wisłą”. Przedwojenną Polskę przedstawiano karykaturalnie, pomijając jej osiągnięcia, a skupiając się na pogardzie dla sanacji, krytyce i niesprawiedliwości społecznej, prześladowaniach politycznych, z eksponowaniem Berezy Kartuskiej, która urastała do miana symbolu międzywojnia. Józef Piłsudski był w historii PRL-u persona non grata. Nie wiedziało się o żołnierzach wyklętych, generale Fieldorfie i płk. Pileckim, zbrodniczych wyrokach peerelowskiej prokuratury ani o „procesie 16”.

O tym, że w krwawych dniach powstania warszawskiego, gdy Warszawa konała, wojska radzieckie czekały na praskiej stronie, aż padnie, żeby po jej trupie wejść do polskiej stolicy w roli wyzwolicieli. Kiedy przyszła na ten temat oficjalna wiedza, wychowankom peerelowskich szkół „w głowie się nie mieściło”.

Jak było naprawdę, dowiadywali się z podziemnych wydawnictw z czasów „Solidarności” i kolportowanych broszur w stanie wojennym. Pamiętam, że broszurę o Katyniu przepisywaliśmy ręcznie, przez kalkę, żeby więcej egzemplarzy mogło trafić do ludzi zaufanych i spragnionych wiedzy historycznej.

Wtedy, jak i dziś, toczyła się bitwa o stan umysłów i rząd dusz. Wówczas autorzy podstawy programowej nauczania kierowali się komunistyczną ideologią i podporządkowaniem wobec racji silnego sąsiada. A dziś? Standaryzacją nauczania i wytycznymi z UE, żeby stworzyć doskonały produkt Europejczyka?

„Naprzód młodzieży świata”

To fakt, że w czasach PRL-u przed rozpoczęciem lekcji organizowano w szkołach apele, na których rozbrzmiewał hymn Światowej Federacji Młodzieży Demokratycznej „Naprzód młodzieży świata”. Fakt, że obowiązkowo uczono języka rosyjskiego, że w latach 50. – jak przyznał nawet prymas Józef Glemp – zapisywano uczniów do ZMP całymi klasami. Fakt, że szkoły musiały obowiązkowo uczestniczyć w pracach społecznych i pochodach pierwszomajowych.

Mimo wszystko pielęgnowano patriotyzm. Nie wiem, czy kaleki, choć Polska była krajem pozostającym w uścisku Wielkiego Brata. Na lekcjach literatury nie było mowy o polskiej literaturze emigracyjnej. O Miłoszu, Józefie Mackiewiczu, Witoldzie Gombrowiczu, Herlingu Grudzińskim.

Ale nie krojono w kawałki, tak jak dzisiaj, wielkiej literatury romantycznej, która dawała paliwo do marzeń i postaw patriotycznych. Nie skreślano z lektur fundamentalnych dla poczucia polskości i ciągłości kodu kulturowego utworów, jak to się robi dzisiaj. Ta kaleka ojczyzna, którą był PRL, przez 50 lat dzięki szkole i kulturze była szansą awansu społecznego i cywilizacyjnego dla wielkich grup społecznych.

Jarosław Kaczyński, sam uformowany w tamtych czasach, stwierdził, że konieczne jest powstrzymanie obserwowanej dziś tendencji równania w dół polegającej na przyspieszonej redukcji tego, co było głównym źródłem energii Polaków i zasobem społecznym po komunizmie, czyli nadwyżki edukacyjnej. Jego zdaniem „to właśnie jakość kształcenia, dostępność dóbr kultury, uformowała w przeszłości aspiracje i zdolności adaptacyjne tak wyróżniające Polaków w świecie”.

Wielka to zasługa nauczycieli, często z przedwojennym stażem, którzy traktowali ten zawód jako autentyczną misję. Pensję mieli mizerną, ale autorytet wielki. Nikt z uczniów nie odważył się rzucać w nich ekierką czy wsadzać na głowę kosz na śmieci.

Jadwiga Staniszkis, profesor socjologii, zaangażowana w ruch opozycji antykomunistycznej, tak pisze o swoich latach szkolnych: „Z jednej strony były oficjalne podręczniki historii z ich łatwością i nadmiarem interpretacji, i – najczęściej – pogardą dla faktów. Z tą wadą warsztatu walczę do dziś. Ale z drugiej strony to były lata uczestniczenia w kółku historii sztuki z wszczepianiem wiedzy, że styl kultury zawiera w sobie także wizję człowieka. Że perspektywa podkreśla wagę jednostkowego spojrzenia. A manieryzm, z którego wyzuty był otaczający mnie socrealizm, to synonim wolności”. Kiedy dziś czyta dane o wydatkach na kulturę, coraz więcej przeznaczanych na obchody wizerunkowe (pozwalające „pokazać się” i władzom centralnym, i samorządowym), a coraz mniej na biblioteki, muzea, teatry – to przypomina sobie, co ją samą, oprócz rodziny, uformowało w czasach komunizmu. Miała około dziesięciu lat, ale do dziś pamięta albumy reprodukcji zachodnioeuropejskiej sztuki i uformowaną wtedy tęsknotę do Europy. Niepokoi ją nieprofesjonalne, a zarazem arbitralne państwo, brak długofalowej strategii rozwoju i systematyczne obniżanie standardów we wszystkich dziedzinach. Uważa to za główne wady dzisiejszej sytuacji w Polsce. „Wady niebezpieczne dla przyszłości, bo prowadzące do wygaszenia społecznej wyobraźni i zdolności marzeń. A to przecież stanowi podstawę kreatywnego działania” – twierdzi Staniszkis.

Przychodzi mi na myśl określenie historyka literatury prof. Marii Janion, która określiła „Solidarność” jako nasz ostatni romantyczny zryw. Sądzę, że nie byłby możliwy na skalę 10 mln ludzi bez tamtej szkoły i wspaniałych nauczycieli, którzy nauczyli nas, że warto marzyć o „szklanych domach” i tworzyć wspólnotę – tak niemodną w dzisiejszym świecie nastawionym na indywidualne korzyści.

Dodaj komentarz