Home / Felietony / Trwajcie w nadziei

Trwajcie w nadziei

już wierzysz – kiedy cierpisz że Go nie ma ks. Jan Twardowski Spór W jednym z najcudowniejszych wierszy księdza Jana Twardowskiego „Spór” czytamy następujące wersy: „jest krzyż wiary/jest i krzyż niewiary/wie o tym/Jezus/prosząc o ciszę”. W ten sposób poeta dotyka istoty dzisiejszych sporów o wiarę i niewiarę wśród nas, współczesnych ludzi, zagubionych, goniących za iluzją sukcesu, kariery, sławy. I zwraca uwagę na Chrystusa, który dwa tysiące lat temu odpowiedział, że spory takie nie mają sensu. On bowiem jest Drogą, Prawdą i Życiem. On wyciąga ręce na Krzyżu do każdego. Każdego obejmie i zrozumie.

Fot. Artur Stelmasiak

Wiara i niewiara to także istota współczesnych sporów literackich i filozoficznych, moralnych i społecznych. Cywilizacja przekroczyła pewien próg. Niektórzy nawet mówią o końcu historii, o kryzysie świata, która zdąża ku samozagładzie. Mówi się także o konieczności znalezienia nowego sensu. Literatura nigdy nie uciekała od trudnych problemów, nawet tych najbardziej przeklętych, a wiek XX stał się przełomowym okresem w pytaniach o Boga, o sens istnienia i cierpienia.

W pięknym eseju o powieści „Józef i jego bracia” Tomasz Mann pisze, że duch wyprzedza rzeczywistość, że materia nadąża za nim w sposób ociężały, a w głupocie nieposłuszeństwa wobec ducha – czy religijnie się wyrażając wobec woli Boga – powinniśmy szukać prawdziwej przyczyny kryzysu naszego świata. Ten kryzys trwa – dotyczy to sfery tak bliskiej człowiekowi jak wiara. Dar Bożej mądrości trwa w nas tym mocnej, im szerzej otwieramy drzwi Chrystusowi. Pisarze wielcy, tacy chociażby jak Tomasz Mann, umieli dostrzec sens wiary. Teolog Hans Urs von Balthazar nazywa ludzi, w których jest tylko lęk i bojaźń, tchórzami. Może to za mocne słowo, za mocne dla delikatnych, subtelnych marzycieli XXI wieku. Ale w świecie, w którym wciąż rozlega się wołanie „Bóg umarł”, to mocne słowo jest krzykiem proroka do ludzi o prawdziwie chorej duszy.

Do ziemi, która ma dać nowe życie

„Józef i jego bracia” są może najwybitniejszą w XX wieku prozatorską analizą związków człowieka z Bogiem, analizą wypływającą z tekstu biblijnego, z Księgi Genesis. Charakter powieści – choć ironiczny – ma oblicze tego posągu ze spiżu, o którym pisał Horacy. Postacie – Jakub, Józef, Ruben, Rachela, Potifar – potrafią mówić, kochać, płakać jak żywi ludzie. Są zmyślniejsze od rzeczywistości, wielowymiarowe, szlachetne i wiarołomne, tragiczne i komiczne. „Józefa…” trudno podrobić i dlatego jest powieścią genialną, ale nie w rozumieniu współczesnego postmodernizmu, który chce opowiadać o wszystkim, i geniuszy dostrzega tam, gdzie najwięcej chaosu i nieporządku. Postmodernistyczny pisarz, np. Paolo Coelho, zapomina o prawdziwym Bogu, bo woli synkretyzm – łączenie wszystkich wyznań w melanż nie do strawienia dla człowieka wiary.

Mann tworzy powieść totalną, ale przy okazji streszcza historię ludzkości od „odkrycia” Boga – a może odnalezienia Boga przez ludzi – do powstania państwa demokratycznego (oczywiście analizy ekonomiczno-socjologiczne wiążą się ze Stanami Zjednoczonymi Roosevelta, ze stanem współczesnego świata, a nie ze starożytnym Egiptem). Choć jest w tej powieści dużo Freuda, szczególnie we fragmentach dotyczących poznawania Boga, analizy te nie drażnią, są bowiem konsekwencją bogatych studiów autora. Józef jako postać historyczno-legendarna jest nie tylko patriarchą żydowskim, prorokiem, ale Żywicielem, który ratuje naród wybrany. Po nim mógł już narodzić się tylko Mojżesz. Ale Józef to przecież także człowiek, który powrócił z otchłani, niejako zmartwychwstał, odnalazł siebie, poznając, kim był i kim stał się dzięki Boskiej Opatrzności. To niejako prawzór Chrystusa-Człowieka.

„Jezus z Nazaretu” Romana Brandstaettera, czytany zaraz po powieści Manna, odkrywa przed nami świat Nowego Testamentu. Jest w tym utworze nie tylko duch tamtych czasów, ale i współczesności. Oto wraz z Chrystusem rodzi się nowy świat. To, co rzeczywiste, Słowo Boże, które mówi o duszy i duchu, o znakach i nadziei, olbrzymieje na naszych oczach, przerasta nas, ale jednocześnie otwiera zmysły. Czar języka, obrazy z Ziemi Świętej i słowa świecące blaskiem wieczności w niepodważalny sposób doprowadzają nas do wiary w Człowieka-Boga.

Wybitny francuski pisarz współczesny Michel Tournier także powraca do mitów biblijnych w znakomitej mikropowieści „Eleazar, czyli Źródło i Krzew”. Bohaterem jest irlandzki pastor, który wraz z rodziną, żoną i dwójką dzieci, wyrusza w XIX wieku do Stanów Zjednoczonych, do nowej Ziemi Kanaan w poszukiwaniu chleba. Eleazar jest pastorem anglikańskim, jego żona katoliczką, dzieci, szczególnie córka Cora, niosą ze sobą szczególną Tajemnicę – mistycyzm, który podczas wielkiej podróży po Stanach ratuje rodzinę z opresji. Wątki biblijne – wyjście z Egiptu i podróż do świętej ziemi – są kanwą tej historii opowiedzianej subtelnym językiem. Eleazar tak jak Mojżesz ujrzy tylko wycinek nowej Ojczyzny i umrze, ale dzięki ogromnej wierze doprowadzi swoją rodzinę do ziemi, która ma im dać nowe życie.

Słowo jest centrum stworzenia

Inny jest tajemnicą. Ani razu w poemacie medytacyjnym papieża Jana Pawła II „Tryptyk rzymski” nie pada słowo Chrystus. Inny jest tajemnicą, przedwiecznym Słowem, które wyłania się z ciemności. Bóg widzi, chociaż jest niewidzialny, Chrystus sądzi, chociaż pozostaje niewidzialny. Pierwsza część poematu „Strumień” to wizja przemijającego czasu – powrócimy na powrót do ziemi, bo z prochu powstaliśmy. Ale nie jest to wizja pesymistyczna, bo woda to źródło życia i nadziei.

Na początku części drugiej tryptyku „Medytacje nad Księgą Rodzaju na progu Kaplicy Sykstyńskiej” pada pytanie: – Kim On jest? Wśród odpowiedzi jest między innymi i taka: „Słowo – odwieczne widzenie i odwieczne wypowiedzenie”. A więc Słowo jest centrum stworzenia. Słowo, które widzi, które stwarza – stwarza i widzi, że to, co stwarza, jest dobre. Papież wie, że Dobro to Bóg, i choć wiek XX zaprzeczył temu – czy zaprzeczył? – to jednak „żaden wiek nie może przesłonić prawdy o obrazie i podobieństwie” – pisze Jan Paweł II.

Trzecia część poświęcona jest postaci Abrahama, który na górze Moria miał poświęcić swojego jedynego syna Izaaka. Papież podąża za Abrahamem, by znaleźć się u początku przymierza – na progu. Tutaj znów stajemy w obliczu Tajemnicy. Jak to się stało, że Bóg przemówił do Abrahama? Że Abraham zawierzył? W tej Tajemnicy jest nadzieja, że każdy z nas ma szansę przekroczyć próg. Przekroczyć próg nadziei – „Zapamiętaj to miejsce, kiedy stąd odejdziesz, ono będzie oczekiwać na swój dzień…” – tymi słowami kończy się poemat.

Człowiek, który ma sumienie, nie może nie wierzyć

„Świat jest naszą pierwszą i ostatnią miłością” – to zdanie określa istotę eseistyki Alberta Camusa. W świecie, który został człowiekowi dany, trzeba walczyć o człowieka zaangażowanego, który nie godzi się na nihilizm i absurd, który, owszem, żyje w świecie absurdalnym, ale siłą swojego człowieczeństwa pokonuje bezsens, walczy o taki świat wolności, który może nie ma sensu, ale akceptuje go, bo nie można inaczej. Żyć z nihilizmem i przeciwko niemu jest trudno, ale w istocie cała istota egzystencjalizmu sprowadza się do buntu i do walki z buntem. Jeżeli bohater „Upadku” potrafi myśleć przed śmiercią o nie wyznanym kłamstwie, o absolutnym mordzie prawdy, to znaczy, że ma sumienie, a człowiek, który ma sumienie, w ostateczności nie może do końca nie wierzyć.


Ks. Twardowski w swoich wierszach dotyka istoty sporów o wiarę i niewiarę wśród nas. Zwraca uwagę na Chrystusa, który dwa tysiące lat temu odpowiedział, że spory takie nie mają sensu
Fot. Tomasz Gołąb

Na kartach książek Camusa jest wiele takich paradoksów, ten ateista wyznaje bowiem religię buntu, stawiającą opór kłamstwu, złu, pysze, gdzieś niedaleko jest już wiara w lepsze jutro ludzkości. To jutro się spełni pod warunkiem, że człowiek nie przekroczy granic niesprawiedliwości. Bo Camusa gnębią pojęcia wolności i sprawiedliwości. Świat absurdu to świat, w którym nie ma wolności i sprawiedliwości. Buntownik jest potrzebny w takim świecie, bo potrafi odkryć w nim i w sobie miłość do ludzi bez Boga.

Nadzieja – sens człowieczeństwa

Książki kardynała Josepha Ratzingera są świetnymi lekturami po utworach Camusa czy Sartre`a, w których przewijającym wątkiem jest absurd istnienia, a nihilistyczne tematy wciąż wyłaniają się na plan pierwszy. U Ratzingera wiara wypływa z miłości, a z tych dwóch prawd – nadzieja. A nadzieja to nie tylko sens chrześcijaństwa, ale sens człowieczeństwa. Dla Paula Ricouera nadzieja wiązała się także z wolnością chrześcijaństwa, która nierozerwalnie dotyka zmartwychwstania Chrystusa.

Teologia Ratzingera jest bardzo prosta. Chrześcijanin, który wyznaje wiarę, nadzieję i miłość, jest człowiekiem szczęśliwym. Jego radość leczy rany innych, przynosi tak potrzebną wszystkim ludziom ufność. W obrazach, symbolach, które obecny papież odnajduje w kościołach i na placach Rzymu, można odszukać to wszystko, czym żyje chrześcijaństwo od stuleci. Bóg-człowiek zbawiający człowieka przez własną śmierć na krzyżu; Baranek Boży, który gładzi grzechy; Duch Święty zstępujący na apostołów, te wieczne symbole są urzeczywistnieniem planów Bożego zbawienia, obecności Boga w historii. Uleczyć człowieka może tylko Chrystus, Dobremu Pasterzowi można powierzyć się bez obaw i lęku – taka jest ostateczna wymowa wielu książek niemieckiego teologa.

Nasi poeci od Ernesta Brylla i Jarosława Marka Rymkiewicza po Wojciecha Wencela czy Krzysztofa Koehlera trwają w nadziei i wierze, tak jak wybitny teolog, a dzisiaj papież Benedykt XVI. Trwają, bo wiedzą, że tylko wierność może przynieść radość, a prawdziwe świadectwo wierzącego – jego pokora jest silniejsza niż duma niewierzących.

Krzysztof Koehler, współczesny poeta krakowski, tak określa wiarę: „Ani na jotę nie/zadrży litera, nie/spadnie z głowy/włos nie policzony/Wszystko, co ma być/już dzieje się teraz”. Bóg nie trwoni czasu, zna miarę naszych zgryzot i trudów, tylko on jest panem czasu. Doskonale to określił inny polski poeta, Wojciech Bąk w „Listach pochwalnych”: „Stróżu nieustający! Nie zmrużysz oczu we dnie, ani w nocy. Śmierć temu, kto Cię opuścił. Niewidzialny wszędzie kroczysz za człowiekiem”. Poezja, która traktuje wszystko z dystansem, nie potrafi wyszeptać takich słów. Poeci wielkiej miary są cisi i pokorni, jak wielki Rainer Maria Rilke, który w „Życiu Marii” wyśpiewa hymn miłości do Matki Zbawiciela. Wiara Matki umocni nas, a jej pogoda ducha uratuje świat od fałszywej zapaści i rezygnacji.

 

Grzegorz Kozyra

Artykuł ukazał się w numerze 05/2006.

Dodaj komentarz