U progu wiosny

Ojciec Jerzy Tomziński jest ostatnim żyjącym Polakiem – uczestnikiem Soboru Watykańskiego II. W 50. rocznicę rozpoczęcia prac soborowych przedstawiamy jego świadectwo tamtych dni. W dzisiejszej rozmowie poruszamy temat początków Soboru. W kolejnych numerach dalsza część spotkania z o. Tomzińskim


Ojciec Jerzy Tomziński

Sobór Watykański II trwał właściwie cztery lata, od 1962 do 1965 r. Był podzielony na cztery sesje – każdego roku odbywała się jedna sesja. Trwały one mniej więcej od października do grudnia. W tym czasie miało miejsce bardzo wiele zdarzeń. Które zrobiło na Ojcu największe wrażenie?

Ojciec św. Benedykt XVI w związku z rocznicą soboru wspominał podczas swojego przemówienia moment rozpoczęcia prac. Był wówczas w Watykanie, podobnie jak ja. To było 11 października 1962 r. Nagle z Portone di Bronzo, z Bramy Spiżowej, zaczęli wychodzić Ojcowie Soborowi. Przypominam sobie, że to było dwa i pół tysiąca osób. Żadna defilada, żaden pochód nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Ludzie, którzy obserwowali to wydarzenie z boku, chyba też byli bardzo przejęci. Można to było wyczytać z ich twarzy. Ojcowie prezentowali się bardzo godnie, ubrani byli w odświętne szaty, często bardzo dostojne, bo to przecież biskupi z całego świata: czarni, żółci, biali. Jeden Kościół razem. Procesyjnie wszyscy Ojcowie weszli do Bazyliki Świętego Piotra. To było niezapomniane przeżycie, sam początek Soboru.

 

Gdzie zasiedli Ojcowie po wejściu do Bazyliki?

W Bazylice przygotowane były specjalne trybuny. Ich konstruowanie zajęło bardzo dużo czasu i było dość skomplikowane. Każdy ojciec soborowy miał miejsce przeznaczone dla siebie. To robiło ogromne wrażenie. Potęgowało je oświetlenie i nagłośnienie, wszelkie udogodnienia techniczne, które wówczas były nowością, czymś wyjątkowym.

 

W jaki sposób tylu ojców soborowych mogło odnaleźć swoje miejsca na trybunach?

Każdy wchodzący do bazyliki otrzymywał karteczkę z informacją o swoim miejscu. Trybuny podzielone były na sektory i każda z trybun miała swojego opiekuna. Najczęściej byli to wyznaczeni księża. Oni pomagali Ojcom Soborowym w odnalezieniu swoich miejsc. Był też elektroniczny system obecności, który po kilkunastu minutach pozwalał wiedzieć, ilu dokładnie Ojców jest w Bazylice.

 

Jak zaczynał się soborowy dzień?

Oczywiście od modlitwy. Rano zawsze była cicha msza św. odprawiana w różnych językach i rytmach. Po Eucharystii odbywało się uroczyste procesyjne wprowadzenie Ewangelii. Ewangeliarz niósł najczęściej diakon. Pismo Święte wędrowało na specjalny pulpit, aby towarzyszyło obradom. Można powiedzieć, że był to pewien znak. Centrum Soboru była Ewangelia.

 

Gdzie dokładnie znajdowało się miejsce na Ewangelię?

Optycznie łatwo to miejsce zlokalizować. Kiedy wchodzimy do Bazyliki i idziemy wciąż do przodu, natrafiamy na Konfesję Św. Piotra. Przed nią stał stół prezydialny, przy którym zasiadał przewodniczący, a na środku znajdowała się Ewangelia.

 

Porządek panował nie tylko na trybunach. Ojcowie dokładnie wiedzieli, o czym będą rozmawiać. Nie było miejsca na głosy nie na temat.

Oczywiście każdy z Ojców, zanim jeszcze zasiadł w soborowych ławach, otrzymywał coś w rodzaju programu pracy. Tekst ten nazywał się „Instrumentum Laboris”. Ta instrukcja zawierała nie tylko tematykę obrad, ale także informacje bardzo przydatne, np. w jakim języku będzie sprawowana msza św., kto ją będzie celebrował itd. – każdy szczegół był uwzględniony.

 

Jak wyglądały same obrady?

Na początku występował relator, który przedstawiał tematykę obrad, a potem rozpoczynały się przemówienia. Ojcowie Soborowi nie mogli wygłaszać tak długiego przemówienia, na jakie mieli ochotę. Musieli to zrobić w dziesięć minut. Jeśli ktoś przygotował dłuższe wystąpienie, musiał porzucić zamiar jego wygłoszenia. Inni mogli się z nim zapoznać, czytając przygotowany tekst.

 

Każdy z Ojców przemawiał w swoim imieniu?

Ojcowie przemawiali w swoim imieniu, w imieniu swojego episkopatu lub grupy ojców. Często zawiązywały się takie grupy kilku, kilkunastu lub nawet kilkudziesięciu biskupów, których reprezentował przed całym Soborem jeden z nich.

 

To były dobre przemówienia z punktu widzenia merytorycznego i językowego?

Z rozrzewnieniem wspominam te wystąpienia. Były wygłaszane pięknym językiem, świetnie przygotowane, pokazywały wielką erudycję i kulturę prelegentów. Wciąż przychodzą mi do głowy słowa wygłaszających, kiedy na przykład oglądam obrady polskiego współczesnego Sejmu. Różnica w wiedzy, obyczajach, kulturze osobistej wywołuje wręcz trwogę. Na Soborze nie do pomyślenia były pyskówki, aluzje. Liczyły się tylko argumenty.

 

Ojcowie Soborowi pochodzili z różnych krajów. W jakim języku wygłaszali swoje przemówienia?

Przemówienia Ojcowie wygłaszali po łacinie. Najczęściej była to bardzo piękna łacina i przyjemnie było jej słuchać. Największe kłopoty z przemówieniami mieli Amerykanie (śmiech). Polscy biskupi radzili sobie z tym trudnym językiem świetnie, szczególnie Wyszyński i Wojtyła. Ich przemówienia budziły wielkie zainteresowanie, również językowo.

 

Było takie przemówienie, które szczególnie zapadło Ojcu w pamięć?

Wygłosił je sekretarz Kongregacji Św. Oficjum kard. Alfredo Ottaviani. Mówił tylko dziewięć minut, ale to były najlepiej wykorzystane minuty w moim życiu. Mówił o tym, czym jest komunizm. Każde jego zdanie to była bomba! Nigdy wcześniej nie słyszałem tak trafnej argumentacji. Mój Boże! Jakie on dostał oklaski! Ottaviani nie czytał z kartki, po prostu mówił. Uważam, że był genialnym mówcą i intelektualistą.

Co się działo po przemówieniach?

Kiedy temat został wyczerpany, następowało głosowanie. Każdy z nas otrzymywał kartkę i pisał na niej, czy jest za, czy przeciw uchwaleniu danego dokumentu. Tak po prostu. Sama formuła Soboru nie była specjalnie skomplikowana. Bardziej złożone były problemy, którymi Ojcowie się zajmowali.

Chodziliście po jedzenie do miasta czy mieliście posiłki na miejscu?

Ojcowie Soborowi nie cierpieli głodu. Niedaleko zorganizowany był bar i sanitariat. Nikomu niczego nie brakowało. Potrzeby Ojców też nie były wygórowane. Wszyscy zadowalali się raczej skromnymi środkami do życia, więc nie było z tym problemów. Wśród nas było bardzo wielu starszych ojców, którzy wymagali specjalnej opieki. I oni nie mogli narzekać. Ja byłem wówczas, można powiedzieć, przy nich „dzieciakiem”. Watykan pomyślał też o specjalnym sklepie dla uczestników Soboru. Trudno, żeby po artykuły pierwszej potrzeby Ojcowie Soborowi musieli iść na miasto. W sklepiku można było dostać takie rzeczy jak pasty do zębów, mydła, ręczniki itd.

Mówimy o sklepie, więc i o pieniądzach. Jak radzili sobie biedniejsi Ojcowie?

Dla wielu biskupów przyjazd na Sobór nie był sprawą łatwą. Nie mieli pieniędzy, ale Watykan wielu z nich wspomagał. Nasi biskupi też nie byli bogaci, wprost przeciwnie. Nie mieli grosza przy duszy! Pomogła im Liga Katolicka w Ameryce. Katolicy amerykańscy ofiarowali zasiłek dla naszych biskupów, dzięki któremu mogli wziąć udział w obradach.

Gdzie mieszkaliście?

Ojcowie mieszkali w różnych miejscach w Rzymie. Polscy biskupi zatrzymali się w Polskim Papieskim Instytucie Kościelnym przy Via Pietro Cavallini 38. Korzystano także z Kolegium Polskiego przy Piazza Remuria. W Instytucie zatrzymał się prymas Wyszyński, a w Kolegium – Wojtyła. Ojcowie Soborowi pomagali sobie, jak mogli. Niektórzy zatrzymali się dość daleko i musieli korzystać z pomocy kolegów, którzy mieli samochody. Mnie też do bazyliki podwoził kolega. Sobór był nie tylko czasem przemian dla Kościoła. Był także pięknym spotkaniem chrześcijan i świadectwem Jezusowej miłości.

Oprac. Łukasz Sośniak

Dodaj komentarz