Home / Historia / W koloratce z biało-czerwoną opaską

W koloratce z biało-czerwoną opaską

„Są dwa symbole powstania: biały orzeł i ksiądz katolicki z biało-czerwoną opaską, który wśród bomb śpieszy na kapłański posterunek” – pisali autorzy powstańczego pisma „Walka” w sierpniu 1944 roku. Z taką opinią zgadzają się też historycy. Jednocześnie przypominają, że jedna trzecia bohaterów w sutannach ciągle nie jest znana z imienia i nazwiska.

6 sierpnia w warszawskim kościele oo. Kapucynów przy ul. Miodowej została odprawiona Msza św. w intencji poległych powstańców. W ławach świątyni zasiedli żołnierze Armii Krajowej, członkowie z grupy rekonstrukcyjnej „Radosław”, a także ci, którzy przyjechali specjalnie po to, aby zobaczyć celebrującego Mszę św. ojca Medarda. Dla nich było to ponowne spotkanie z kapucynem, który 65 lat wcześniej odwiedzał ich w szpitalach, na podwórkach i piwnicach.

– Dawał rozgrzeszenie i pocieszenie, gdy niemieckie pociski rozrywały ściany domów na Starówce – wspominają.

Informacja od zwiedzającego

96-letni dziś ojciec Medard (Stanisław Parysz) jest ostatnim żyjącym kapelanem powstania warszawskiego. Ale czy na pewno nie żyją jeszcze inni kapelani? Tego nikt z badających historię powstania nie jest pewien. W końcu, gdy w grudniu 2007 roku umarł ks. prałat Wacław Karłowicz, niemal wszyscy byli przekonani, że on był ostatnim kapelanem powstańców. Tak zresztą – we wspomnieniach i oficjalnych nekrologach – żegnano duchownego o pseudonimie „Andrzej Bobola”.

Dopiero kilka miesięcy później dr Zbigniew Osiński, oprowadzając wycieczkę po Muzeum Powstania Warszawskiego (MPW), dowiedział się od jednego z jej uczestników, że w Nowej Soli mieszka kapłan, który był w stolicy latem 1944 roku. Późniejsza kwerenda w muzealnych archiwach nie tylko potwierdziła informację uzyskaną od zwiedzającego, ale odtworzyła także wiele szczegółów z powstańczej drogi bohaterskiego kapucyna.


Z sędziwym ojcem Medardem jego podopieczna z czasów Powstania spotkała się po 65 latach  |  Fot. Dominik Różański

Ojciec Medard niósł pomoc powstańcom i ludności cywilnej w kościele oo. Dominikanów i szpitalu na ul. Długiej. Odwiedzał także piwnice zamienione na schrony przy ul. Freta, Miodowej i Podwalu. W sierpniu został ranny, gdy spowiadał postrzelonego chwilę wcześniej powstańca. Po kuracji znowu ruszył do duszpasterskiej posługi. 2 września, kiedy szedł odprawić Mszę św., zatrzymali go Niemcy, trafił do kolumny jeńców, a później został wywieziony do obozu w Pruszkowie.

Za swoją postawę ojciec Medard został odznaczony Krzyżem Walecznych, a po wojnie otrzymał Krzyż Armii Krajowej oraz awans na kapitana. Fakt, że ktoś z taką biografią został niemal zapomniany, nie pozwala wykluczyć jeszcze innych, podobnych przypadków. Choć trzeba przyznać, że szanse na to są mniejsze z każdym upływającym rokiem.

Obecny stan wiedzy pozwala stwierdzić, że w powstaniu warszawskim uczestniczyło 150 duchownych. Prawie 2/3 tego stanu znanych jest z imienia i nazwiska. O pozostałych 52 osobach wiadomo tylko tyle, że byli kapelanami, lecz w dotychczas przebadanych archiwach odnaleziono jedynie ich pseudonimy.

Ostatnia posługa

Odkrywający przeszłość liczą na to, że uda im się ustalić personalia pozostałych duchownych. Czasami pomagają im w tym usłyszane od powstańców wspomnienia. Innym razem rekonstrukcje dokonywane są na podstawie informacji zawartych w dokumentach, takich jak rozkazy dotyczące awansów i odznaczeń.

Lepiej udokumentowana jest natomiast wiedza na temat działalności Duszpasterstwa Sił Zbrojnych podczas okupacji. Dzięki niej wiadomo, że powstańczy kapelani byli dobrze zorganizowani, a ich rola została ściśle uregulowana. Przed wybuchem walk otrzymali przydziały w konkretne miejsca. Natomiast 11 sierpnia wydano specjalny rozkaz, który nakazywał im odprawiać codziennie jednolite modlitwy.

Duchownym w sutannach przewodził ks. Tadeusz Jachimowski (ps. „Budwicz”), który już od 1941 roku stanął na czele Służby Duszpasterstwa Sił Zbrojnych. Obszarem warszawskim kierował natomiast ks. Stefan Kowalczyk (ps. „Biblia”). „(…) żądał sprawozdań, zatwierdzania każdej sprawy duszpasterskiej (…). A kiedy ludność cywilna zaczęła opuszczać Warszawę, czuwał, żeby żadna formacja nie była pozbawiona opieki duszpasterskiej” – scharakteryzował po latach swojego przełożonego ks. Mieczysław Paszkiewicz.

Podczas powstania duchowni odprawiali Msze św., udzielali ślubów, chrzcili dzieci oraz grzebali zmarłych. Ponadto pomagali odkopywać zasypanych w piwnicach, pełnili funkcję łączników, organizowali posiłki, pomagali w leczeniu rannych. Odbierali też przysięgi od nowych żołnierzy. A kiedy trzeba było pójść do żołnierzy z ostatnią posługą, robili to, nie zważając na niebezpieczeństwo.

Ksiądz Tadeusz Burzyński, kapelan klasztoru sióstr urszulanek, dostał informację, że na jednej z ulic Powiśla ciężko ranny powstaniec prosi o duchownego. Kapłan włożył komżę oraz stułę, wziął naczynie ze Świętymi Olejami i mimo ostrzału dotarł do rannego. Kiedy schylał się nad akowcem, seria z karabinu przeszyła mu pierś. Na Ochocie ksiądz Tadeusz Godziński zdążył zaopatrzyć rannego na śmierć, ale w drodze powrotnej do kościoła św. Jakuba także dosięgły go niemieckie pociski. Obydwaj księża zginęli w pierwszych godzinach po rozpoczęciu walk w mieście.

Zhumanizowali walkę

W relacjach powstańców duchowni przedstawiani są jako znakomici kaznodzieje, którzy niosą wiarę i otuchę. Żołnierze wspominają, że przeżywali „uniesienia duchowe”, gdy uczestniczyli w modlitwach i nabożeństwach. Komendant główny AK, gen. Tadeusz Bór-Komorowski, tak opisał Mszę św. sprawowaną przez ks. Tomasza Rostworowskiego: „Trzęsły się ściany, żołnierze kurczyli głowy, ale kapelan nieporuszony tak sprawował Ofiarę, jakby to było w najzaciszniejszym kościółku. (…) Za jego przykładem obecni przestali zwracać uwagę na niebezpieczeństwo”.

W ocenie Normana Davisa posługa duchownych zhumanizowała walkę, a przede wszystkim odnoszenie się do wroga. Niemieccy ranni mogli liczyć na pomoc Polaków, a Niemcy polskich rannych zabijali. Autor książki „Powstanie ‘44” podkreśla, że nie sposób zrozumieć wielu zachowań powstańców bez uwzględnienia czynnika duchowego, którego reprezentantami byli kapelani.

Z oddziaływania księży na powstańców doskonale zdawali sobie sprawę Niemcy. Możliwe, że stąd ich szczególne okrucieństwo wobec duchownych. Błogosławiony ksiądz Józef Stanek został najpierw dotkliwie pobity, a potem powieszony na stule w takim miejscu, aby jego ciało mogli zobaczyć pojmani warszawiacy. 8 sierpnia na Woli rannego księdza Tadeusza Jachimowskiego Niemcy wrzucili do palącego się budynku. Gdy powstanie już dogorywało, na oczach dzieci, którymi opiekowały się siostry szarytki, zamordowano ich kapelana.

W sumie w powstaniu poległo 40 kapłanów. Liczba ta nie obejmuje zakonników. A w kilku przypadkach Niemcy dokonali na nich mordów zbiorowych. W nocy z 5 na 6 sierpnia hitlerowcy rozstrzelali w kościele św. Wojciecha 30 redemptorystów. Wcześniej – 2 sierpnia – esesmani wpadli do Domu oo. Jezuitów na ul. Rakowieckiej. Wszystkich zakonników umieścili w jednym pokoju, do którego wrzucili granaty. Żeby zatrzeć ślady mordu, ciała polali benzyną i podpalili. Zginęło 35 braci.

Nie wiadomo także, ile zginęło sióstr zakonnych. W książce Powstańcza Starówka Juliusz Kulesza wspomina, jak sakramentki odstąpiły od swojej reguły i zorganizowały jadłodajnię oraz szpital w klasztorze. „Przed upadkiem Starówki był straszny nalot i wiele sióstr zginęło. Podobnie było na Żoliborzu, gdzie w Klasztorze Zmartwychwstanek był szpital” – opowiada autor książek i zarazem powstaniec, który walczył w Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych.

Bohaterzy w więzieniu

Historycy pytani, na czym polega trudność w identyfikacji tożsamości byłych kapelanów podają dwie przyczyny. Pierwsza, że znaczna część duchownych to ludzie skromni, którzy po zakończeniu wojny nie opowiadali o swoich przeżyciach. Do takich osób należy m.in. ojciec Medard, który według relacji współbraci z Nowej Soli, nigdy sam nie podejmował tematu powstania. „Powiedział jedynie, iż to, co robił w powstaniu warszawskim, to była Wola Boża. On natomiast starał się robić jak najlepiej to, co do niego należało” – relacjonuje jeden z ojców kapucynów z Nowej Soli.

Druga przyczyna to niesprzyjająca sytuacja polityczna po zakończeniu wojny. Wielu bohaterów powstańczych zamiast zgłaszać się po odbiór zaszczytów, wolała milczeć, aby nie trafić do więzienia.

Jak pogmatwane były losy niektórych z nich świadczy historia księdza Czajkowskiego (ps. „Badura”). Ten były sekretarz Naczelnego Kapelana Kurii Polowej przed powstaniem dostał przydział do gmachu sądu na Lesznie. Jednak wybuch walk zaskoczył go na pl. Starynkiewicza. Okazało się, że powstańcy nie mają swojego kapelana, dlatego „Badura” postanowił z nimi zostać. Kiedy rozmawiał z żołnierzem „Rolą”, powstańcowi wystrzeliła broń. Lekarz nie rokował, że „Rola” przeżyje. Poruszony kapłan gorąco się modlił, ale postanowił także przyjąć ps. „Rola II” i przez dwa tygodnie walczył razem z żołnierzami.

Po wojnie doszło do niezwykłego spotkania. Okazało się, że „Rola” przeżył. Gdy spotkał się z księdzem Czajkowskim, był… komendantem Milicji Obywatelskiej, a kapłan miał za sobą siedem lat peerelowskiego więzienia.

Do więzień trafiało także wielu innych bohaterów w sutannach. Dopiero w wolnej Polsce powstańcom i ich kapelanom przywrócono należną cześć. Większość z tych, którzy doczekali, została odznaczona. Innym odznaczenia przyznawane są pośmiertnie. Rok temu dr Osiński wystąpił do Kancelarii Prezydenta o odznaczenie ojca Medarda. Lech Kaczyński odznaczył kapucyna Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Andrzej Jakubik

Artykuł ukazał się w numerze 08-09/2009.

Dodaj komentarz