Home / Felietony / W pętli równości

W pętli równości

W każdej epoce dominują jakieś przesądy, uprzedzenia czy zbiorowe iluzje, którymi masy ludzkie karmią się samodzielnie albo są karmione przez elity. Lud bowiem od zawsze, od tysiącleci, najbardziej na świecie pragnie panem et circenses, czyli strawy i zabawy – również umysłowej.

Tego rodzaju „karma dla mózgów” (brain food), na ogół specjalnie przygotowana w odpowiednich warunkach, do pewnego momentu wydaje się masom bardzo atrakcyjna, smaczna i pożywna, aż ktoś zorientuje się i zakomunikuje, że w apetycznym bochenku chleba ukryto truciznę, narkotyk bądź silny środek przeczyszczający. Wówczas następuje przełom, rewolucja mentalna, stare przesądy zostają zastąpione nowymi i cały proces rozpoczyna się ex novo.

Koniec idoli?

Nowożytna kultura europejska chełpi się całkowitym oswobodzeniem albo przynajmniej stopniowym wyzwalaniem istot ludzkich od wszelkich „nieuzasadnionych” – co zwykle znaczy „nienaukowych” – opinii religijnych, politycznych, obyczajowych, pedagogicznych itd. Proces ten określa się zwykle mianem emancypacji. Ma on polegać na obalaniu wszystkich idoli (czyli „bałwanów”), które zarówno przesłaniają człowiekowi widok na świat, jak i utrudniają mu wgląd w siebie. Zupełna wolność od przesądów stała się indywidualnym i społecznym ideałem, który jaskrawo przyświeca naszej nowożytnej epoce.

Powiedzmy sobie od razu: poszerzanie horyzontów myślowych, wyostrzanie świadomości, likwidowanie uprzedzeń przez edukację i intelektualne dociekania, korekcja poglądów i adaptowanie ich do zmieniającej się rzeczywistości – to zabiegi ze wszech miar pożyteczne, wręcz życiodajne dla człowieka. Jest on wszakże, jak zauważyli starożytni filozofowie, zwierzęciem rozumnym (Homo animal rationale) albo nawet, jak to ujmuje współczesna nomenklatura naukowa, istotą mądrą w dwójnasób (nasz podgatunek nosi bowiem miano Homo „sapiens sapiens”).

Problem tkwi w tym, że nowożytna kultura wprawdzie rozbija w pył stare bożki, lecz równocześnie lepi pieczołowicie kolejne i z mozołem wynosi je na piedestał. Trzeba stwierdzić, że ten nowy panteon wcale nie jest mniej liczny od poprzedniego.

Chwiejny bożek demokracji

Wśród długiego szeregu nowoczesnych idoli można wymienić choćby scjentyzm, relatywizm etyczny i demokratyzm. Ten ostatni pogląd najczęściej przyjmuje postać mniemania i sloganu, że demokracja to system relatywnie bądź absolutnie najlepszy i że wszelkie formy organizacji i metody zarządzania, które są niedemokratyczne, tym samym zasługują na potępienie albo wręcz likwidację. (Nota bene w świetle tego poglądu łatwiej zrozumieć szturmy dawniejszych i dzisiejszych bolszewików na rodzinę, szkołę i Kościół katolicki, które pozostają instytucjami bardzo niedemokratycznymi).

Współcześnie demokratyzm okazuje się bożkiem szczególnie potężnym. Biją przed nim pokłony ministrowie i zawodowi związkowcy, parlamentarzyści i akademicy, dziennikarze i artyści. Oczywiście całkiem prawdopodobnie brzmi domysł, że przynajmniej część z nich robi to jedynie na pokaz, dla zabezpieczenia swojej pozycji lub osiągnięcia jakichś innych niewidzialnych zysków. Podobnie bywało w świetnych czasach PRL: ludzie ochoczo skandowali jedynie słuszne hasła na pochodach pierwszomajowych, w głębi ducha myśląc jedynie o tym, kiedy nudny spektakl dobiegnie końca, a oni sami będą mogli wreszcie zająć się czymś pożytecznym, np. stanąć w kolejce po kiełbasę lub wyroby czekoladopodobne w opakowaniach zastępczych. W ten sposób okazywali większe posłuszeństwo swojej naturze niż swoim poglądom, przynajmniej tym deklarowanym.

Dla uproszczenia przyjmijmy jednak, że współcześni bałwochwalcy demokracji oddają jej cześć zupełnie szczerze, w rzeczywistym posłuszeństwie osobistym przekonaniom. Jakkolwiek by było, „demokracja” to pojęcie i hasło, które nie schodzi z ust luminarzy naszej epoki. Trzeba jednak podkreślić, że samo w sobie pozostaje ono wieloznaczne i dosyć mgliste. Józef Bocheński OP, znakomity polski logik i filozof, uważa nawet, iż „demokracji w ogóle zdefiniować niepodobna – tak wielkie jest pomieszanie pojęć w tej sprawie”, i próbując tę skomplikowaną materię nieco rozwikłać, wyróżnia aż sześć znaczeń rzeczownika „demokracja” (Sto zabobonów. Krótki filozoficzny słownik zabobonów).

Równość ponad wszystko

Nie będziemy oczywiście wnikać w tę skomplikowaną kwestię. Dla potrzeb naszych rozważań wystarczy powiedzieć, że z pojęciem demokracji łączy się idea równości, znana też jako egalitaryzm.

Na szerokie wody życia publicznego próbuje od niedawna wypuścić tę ideę klub oświeconych dam, które skupiły się pod szyldem „Kongres Kobiet Polskich”. Na stronie internetowej tego ugrupowania w marcu 2010 r. czytamy: „Kongres Kobiet Polskich zainicjował dyskusję na temat parytetów, praw kobiet i ich obecności w życiu publicznym. Uznał, że jednym z najważniejszych postulatów jest wprowadzenie do ordynacji wyborczej systemu parytetowego. Projekt ustawy o parytetach (…) zakłada zmianę ordynacji wyborczej – do Sejmu, Parlamentu Europejskiego oraz rad gmin, powiatów i sejmików wojewódzkich, która zapewnia nie mniejszą niż 50-procentową obecność kobiet na listach [wyborczych]”.

Gwoli przypomnienia zauważmy, że „za komuny” otrzymywało się na studiach i w zakładach pracy dodatkowe punkty „za pochodzenie” (robotniczochłopskie). Okazuje się, że teraz, „za demokracji”, analogiczną premię można by uzyskać „za płeć” (żeńską). Lepiej jednak zepchnąć w sferę nieświadomości te niezręczne skojarzenia z poprzednią epoką i skoncentrować się na istocie wysuniętego postulatu.

Szybciej, wyżej, mocniej

Parytet wyborczy dla kobiet podobno z powodzeniem funkcjonuje w przodujących dystryktach Eurolandu, np. we Francji i w Belgii, dlaczego więc nie miałby sprawdzić się też w kraju nad Wisłą? Rzeczywiście pomysł ten wydaje się na tyle znakomity, że warto by go jeszcze rozszerzyć. Dlaczego bowiem mielibyśmy ograniczać się do kobiet i nie brać pod uwagę innych kategorii społecznych? Przecież ustawową, „parytetową” obecność na listach wyborczych powinni mieć zapewnioną także absolwenci uniwersytetów, górnicy i kolejarze, abstynenci i niepalący, osoby łyse (albo posiadacze bujnej czupryny), hodowcy nizinnych ras krów, rybacy dalekomorscy i plantatorzy truskawek, a niewykluczone, że również ofiary niewybrednych żartów, kaskaderzy oraz eks-prezydenci. Dopiero wówczas zapanuje w parlamentach i innych gremiach decyzyjnych autentyczna, całkowita równość, o której wszyscy marzymy co najmniej od urodzenia.

Spójrzmy na problem z drugiej strony. Dlaczego ograniczać się do parlamentów i innych instytucji publicznych? Przecież można zadekretować, żeby kobiety miały zagwarantowaną połowę miejsc w chórach męskich lub zakładach karnych o zaostrzonym rygorze, jak też zarezerwowane 50 procent biletów na każdy rejs samolotu z Krakowa do Frankfurtu nad Odrą. Myślę, że dopiero wtedy niewiasty, a przynajmniej członkinie organizacji kobiecych, poczułyby się należycie dowartościowane.

Gdzie tkwi błąd

Oczywiście problem jest głębszy, niż mogłoby to wynikać z powyższych uwag (może tylko żartobliwych, a może proroczych). Logik powiedziałby, że postulat ustanowienia parytetu wyborczego wynika z błędu w myśleniu zwanego fallacia accidentis. Błąd taki polega na tym, iż własność przypadkową (akcydentalną) jakiegoś przedmiotu bierze się – w danym układzie rzeczy – za jego cechę istotną albo na odwrót. W omawianym przypadku członkinie Kongresu Kobiet Polskich (niczego im nie ujmując) zachowały się tak jak gosposia Juliana Tuwima (niczego jej nie ujmując), która posegregowała mu „na półkach książki – według formatu i koloru opraw” (Z notatnika nerwowca). Każdy, kto zgromadził w domu bibliotekę większą niż kolekcja tomów dołączanych do poczytnych dzienników, od razu zrozumie katastrofalne następstwa takiego błędu. Gosposia Tuwima odeszła ze służby, ale niestety nic nie wskazuje na to, żebyśmy równie łatwo mogli pozbyć się Kongresu Kobiet Polskich.

Może jednak problem tkwi jeszcze głębiej: w tym, że współczesna kultura ma niebezpiecznego bzika na punkcie płci i relacji płciowych, a ściślej biorąc – manię ciągłego mówienia o nich i manipulowania nimi. Oczywiście istnieją dziedziny, w których właśnie płciom przypada kluczowa rola, np. małżeństwo, macierzyństwo (i ojcostwo) albo sprawowanie funkcji kanonicznych w Kościele. Jest jednak sprzeczne z rozumem, jeżeli w imię tej samej idei równości próbuje się sztucznie rozciągać kryterium seksualne na obce mu obszary życia, równocześnie zaś likwidować je tam, gdzie odgrywa ono istotną rolę. Dzisiaj bowiem okazuje się, że związki małżeńskie nie muszą składać się w równej proporcji z mężczyzn i kobiet, ale parlamenty i urzędy – jak najbardziej. Tkwimy zatem w gęstych oparach pomieszania pojęć, w moralnym i intelektualnym zamęcie, który wcześniej czy później musi spowodować płacz i zgrzytanie zębów.

Pierwsza zasada demokracji: najważniejszymi rzeczami w ludziach są rzeczy wspólne, nie zaś jednostkowe. A druga zasada brzmi po prostu tak: instynkt polityczny czy polityczne pragnienia, to jedna z tych rzeczy, które są wspólne wszystkim ludziom. Zakochać się to cos bardziej poetyckiego niż poetyzowanie. Z demokratycznego punktu widzenia rząd (pomocny przy władaniu plemieniem) jest czymś kojarzącym się z milością nie zaś poetyzowaniem.

* * *

Nie byłem w stanie zrozumieć, skąd ludziom przyszło do głowy, że demokracja jest w taki czy inny sposób sprzeczna z tradycją. To oczywiste, że tradycja to nic innego jak demokracja rozciągnieta w czasie. Chodzi tu raczej o konsensus ogółu ludzkich głosów niż o jakieś pojedyncze lub arbitralne świadectwo.

Gilbert Keith Chesterton

Paweł Borkowski

Artykuł ukazał się w numerze 6-7/2010.

Dodaj komentarz