Wielkopolanie godni ołtarzy

Od kilkunastu lat wierni archidiecezji poznańskiej modlą się podczas specjalnej Mszy świętej sprawowanej w Bazylice Archikatedralnej przez miejscowego biskupa w intencji wyniesienia swych kandydatów na ołtarze.

Jest to dzień modlitw o kanonizację błogosławionych i beatyfikację sług Bożych pochodzących z archidiecezji. Arcybiskup Stanisław Gądecki podczas jednej z takich Mszy powiedział, iż „nie wolno nam zaprzepaścić dziedzictwa duchowego naszych przodków, którzy przez doskonałe zjednoczenie z Chrystusem pozostawili nam wzór życia chrześcijańskiego, stając się prawdziwymi wychowawcami Wielkopolski…”
Aktualnie do grona kandydatów do świętości z archidiecezji należy szesnastu błogosławionych męczenników II wojny światowej – duchownych i świeckich, a także bł. Bogumił, bł. Edmund Bojanowski i bł. s. Sancja Szymkowiak. Ponadto Kościół poznański modli się o wyniesienie do chwały ołtarzy przez beatyfikację takich m.in. ważnych postaci Kościoła, jak kard. August Hlond – prymas Polski, ks. Ignacy Posadzy – założyciel Zgromadzenia Sióstr Chrystusa Króla dla Polonii Zagranicznej, ks. Stanisław Streich – zastrzelony przy ołtarzu przez komunistycznego zabójcę i ks. Aleksander Woźny – wielki propagator miłosierdzia Bożego na terenie archidiecezji. Ich procesy beatyfikacyjne zostały już wszczęte i każdemu przysługuje tytuł sługi Bożego.

Nowotomyski Doktor Judym
Ostatnim z kandydatów, którego proces beatyfikacyjny zainaugurowano najpóźniej, jest dr Kazimierz Hołoga – lekarz z Nowego Tomyśla, gdzie przez ostatnie 7 lat życia był dyrektorem szpitala powiatowego. Trafił tam po przejęciu przez władze w 1950 r. szpitala sióstr elżbietanek w Poznaniu, pierwszego miejsca jego pracy, nie godząc się na rozpoczętą w tym szpitalu praktykę regularnych aborcji.

Dr Kazimierz Hołoga / Fot. Archiwum autora

Urodził się w styczniu 1913 r. w Poznaniu. Rodzinny dom był dla niego pierwszą szkołą religijności i patriotyzmu. Później była szkoła podchorążych, studia medyczne na Uniwersytecie Poznańskim przerwane wybuchem wojny, służba w wojsku polskim, okres okupacji w Warszawie, ciężka praca robotnika w browarze, aresztowanie i pobyt na Pawiaku, kontynuacja studiów medycznych na tajnych kompletach, konspiracja, dyplom, ślub z Marią Rochalską i praca we wspomnianym szpitalu elżbietanek. Już wtedy, mimo że był jeszcze młodym lekarzem, dał się poznać jako doskonały diagnosta i świetny chirurg. Ale przede wszystkim jawił się otoczeniu jako wspaniały człowiek, który kierował się zarówno w pracy, jak i w życiu osobistym zasadami etyki lekarskiej i wiary, do której nie bał się publicznie przyznawać. Ci, którzy go pamiętają, mówią o nim, że przeszedł przez życie, dobrze czyniąc, że był nie tylko dobrym człowiekiem, ale człowiekiem świętym. Powszechnie znana jest w Nowym Tomyślu historia podjęcia się przez niego w 1955 r. leczenia ciężko rannego w akcji milicjanta Jana Intka, o którym było wiadomo, że go inwigilował. Aby go ratować, oddał mu własną krew i żeby zapewnić osobistą opiekę lekarską, zrezygnował z wyjazdu do Anglii, gdzie miał zaprezentować wyniki swoich badań, dotyczących uchyłku Meckela. Znamienny jest także inny przykład, kiedy to odłożył wyjazd do ciężko chorej matki, by nie pozbawiać opieki lekarskiej swych równie chorych pacjentów. Jego fenomen polegał na tym, że kochał ludzi. Arcybiskup Stanisław Gądecki ocenia to w kategoriach miłości doskonałej, heroicznej, typowej dla świętości, którą ten człowiek w swoim życiu praktykował.
Były, długoletni proboszcz parafii Najświętszej Maryi Panny Nieustającej Pomocy w Nowym Tomyślu, do której dr Hołoga należał w ostatnich siedmiu latach swego życia – ks. kan. Władysław Kasprzak wspomina też dziś, jak w którąś rocznicę śmierci lekarza, podczas Mszy świętej na cmentarzu, gdy przypomniał historię uratowanego funkcjonariusza, tamten stał za drzewem i płakał…
Mieszkańcy parafii i w ogóle mieszkańcy Nowego Tomyśla mówią, że w Kazimierzu Hołodze był wielki charyzmat. Przed każdą operacją szedł do kaplicy, aby się pomodlić i prosić Boga o pomoc, zwłaszcza wtedy, gdy to była trudna operacja. Pytając ludzi starszych, którzy pamiętają tę nietuzinkową postać, słyszy się często: „gdyby nie on, już dawno bym nie żył…” albo „to dzięki niemu moje dziecko żyje…”
On sam uważał, że lekarz zawsze powinien przede wszystkim leczyć i tej zasadzie był wierny do końca. Kiedy jakaś zdesperowana matka wielodzietnej najczęściej rodziny zgłaszała się na zabieg przerwania ciąży z powodu trudnej sytuacji materialnej, dr Hołoga decydował się wtedy nie tylko ratować życie dziecka, ale deklarował wolę pomocy materialnej w jego utrzymaniu i wychowaniu. W skrajnych przypadkach był nawet skłonny dziecko adoptować, aby tylko zachować je przy życiu. Nikt dziś dokładnie nie wie, ilu dzieciom uratował życie, ani tego, ilu ludziom biednym i chorym pomógł przetrwać okres biedy. Serce dobre i uczynne okazywał zwłaszcza młodzieży, z którą wiązał duże nadzieje dla przyszłości kraju. Dlatego ją w ramach swej prywatnej praktyki leczył przeważnie bezpłatnie. Był to człowiek, który budził w środowisku, także lekarskim, ogólny szacunek; zniewalał wszystkich swą dobrocią, życzliwym spojrzeniem i dobrym słowem, które miał dla każdego.
W styczniu 1958 r. został dotknięty chorobą nowotworową. Po operacji w Klinice Uniwersyteckiej w Poznaniu żył jeszcze przez osiem miesięcy. Choć bardzo cierpiał, to z ogromną pokorą to cierpienie znosił, przygotowując się przez modlitwę i codzienną Komunię świętą na spotkanie z Bogiem. Zmarł 12 września 1958 r. w wieku 45 lat. Jednym z pierwszych modlących się za jego duszę był abp Antoni Baraniak, który w ramach przeprowadzanej w  tym czasie wizytacji kanonicznej nowotomyskiej parafii odwiedził akurat kaplicę szpitalną i modlących się w niej chorych.
Uroczystościom pogrzebowym, w których uczestniczyło kilkunastu kapłanów i jak mówią świadkowie – około sześciu tysięcy ludzi, także tych odległych od siebie ideowo, przewodniczył ówczesny biskup pomocniczy archidiecezji poznańskiej – Franciszek Jedwabski. Ten pogrzeb był nie tylko wyrazem żalu mieszkańców po stracie ich cenionego lekarza, ale także hołdu dla jego człowieczeństwa. I chociaż od tamtego czasu minęło wiele lat, to wdzięczna pamięć o nim trwa, podobnie jak napis na jego nagrobku na nowotomyskim cmentarzu: „Przeszedł przez życie, dobrze czyniąc”.

Proces beatyfikacyjny dr. Kazimierza Hołogi / Fot. Archiwum autora

Wzór świętości dla świeckich
Zachęta do wszczęcia działań beatyfikacyjnych dr. Kazimierza Hołogi wyszła od kard. Zenona Grocholewskiego, który pochodzi z powiatu nowotomyskiego. Kardynał miał stwierdzić nawet, że gdyby ten człowiek był Włochem, dawno by go już ogłoszono świętym. Dziś trudno powiedzieć, jak długo potrwa proces beatyfikacyjny. Zdaniem postulatora procesu – ks. Krzysztofa Różańskiego bardzo ważne jest to, że ten kandydat na ołtarze był człowiekiem świeckim. Może przez to stać się bardziej czytelnym i pociągającym wzorem świętości dla ludzi współczesnych; przykładem bezinteresowności dla lekarzy i poświęcenia się dla swoich pacjentów. Dla młodzieży jawić się może jako człowiek wierny przez całe życie swoim młodzieńczym ideałom. Jest on też na pewno wzorem kochającego męża oraz ojca, takiego człowieka świeckiego, który w życiu codziennym swoją postawą, sposobem bycia oraz dobrem, jakie świadczył innym, potrafił wnosić Ewangelię do świata. Dla osób chorych może być przykładem tego, jak w łączności z Chrystusem przeżywać swoją chorobę i cierpienie. Wreszcie – co jest chyba najważniejsze – wzorem wierności zasadom moralnym wynikającym z wiary, zwłaszcza w zakresie poszanowania dla godności życie ludzkiego od poczęcia do naturalnej śmierci.

Kolejny patronat czy może fundacja?
Doktor Kazimierz Hołoga to dziś najbardziej znacząca, jak się zdaje, postać w 230- letniej historii Nowego Tomyśla. Nie dziwi więc fakt, że został on patronem nie tylko miejscowego szpitala, ale także Zespołu Szkół Zawodowych i Licealnych oraz jednej z ulic. Pojawił się nawet pomysł, aby ogłosić go oficjalnym patronem miasta. Burmistrz Włodzimierz Hibner uważa, że postać ta dla miasta jest na tyle wyjątkowa, że dziś, gdy ruszył już proces beatyfikacyjny tego lekarza humanisty, rzeczywiście wypada się zastanowić, jak jeszcze go upamiętnić poza nadaniem jego imienia ulicy, szpitalowi i szkole. Może warto jednak pomyśleć – mówi – aby zamiast kolejnego patronatu powołać np. fundację jego imienia, której celem byłoby finansowe wspieranie kształcenia studentów medycyny pochodzących z mniej zamożnych rodzin… Jest to na pewno pomysł godny poparcia, z którego dr Kazimierz Hołoga byłby zadowolony, zważywszy, że on sam w swoim studenckim życiu poznał smak niedostatku.

Włodzimierz J. Chrzanowski

pgw

Zobacz także w e-civitas:

Nauka fatimskich dzieci

Idea ofiary praktycznie zniknęła w wychowaniu dzieci. Pedagodzy kierują się ku działaniom ludycznym i urozmaicaniu …