Zofia i Zygmunt Szatkowscy z synową Heleną (Elą) trzymającą na rękach syna Marka, przed nimi wnuki: Ewa i Anna (Hania) Szatkowskie, François i Maria Anna Rosset oraz Wojciech Szatkowski przed domem w Górkach Wielkich, 1963 rok.

Z Zofią Kossak

Minęło już prawie dwadzieścia pięć lat, odkąd piszę o Kossakach, a zaczęło się od Zofii i od przypadkowego spotkania, choć właściwie nie ma przypadków. Pracowałam jako dziennikarka i szukałam tematu, zwłaszcza, że był sezon ogórkowy i niewiele się działo. Przypomniałam sobie, że w Górkach Wielkich, niedaleko mojego domu jest muzeum Zofii Kossak – zapomnianej nieco pisarki.

Nie mówiło się wówczas o niej. Byłam po polonistyce, ale nikt nie wspominał jej nazwiska. Pojechałam więc. I miałam wielkie szczęście, bo akurat wtedy w Polsce była pani Anna Bugnon-Rosset, córka Zofii Kossak. Mieszkała na stałe w Szwajcarii, ale przyjeżdżała do Polski od czasu do czasu. Wówczas te przyjazdy się zaczynały. I nie tylko udzieliła mi wywiadu, ale także zaprosiła do pokoików na górze. W budynku Muzeum Zofii Kossak-Szatkowskiej – w dawnym domku ogrodnika, ostatnim jej mieszkaniu, w pokoikach na górze mieszkała rodzina. Robiono tam porządki i został wówczas odnaleziony obraz Witkacego, jeden z portretów namalowanych w Górkach. Portret przedstawiał Tadeusza Kossaka, ojca Zofii. Uważany był za zaginiony, ale się wtedy przypadkiem odnalazł. To była wielka przygoda, niezwykły zbieg okoliczności. W ten oto sposób pani Anna, córka Zofii – i Witkacy – powinowaty – wprowadzili mnie do rodziny Kossaków – i zostałam. Potem napisałam pracę doktorską, kierowałam muzeum, a – przede wszystkim – pisałam i piszę kolejne książki o tej niezwykłej rodzinie. I opowiadam…

Rozmowy z córką

Poznawałam Zofię Kossak na różne sposoby. Oczywiście, poprzez jej książki, ale także listy, dokumenty, pamiątki i rozmowy z tymi, którzy ją pamiętali. Najważniejsze były rozmowy z córką. Pani Anna – tak pozwoliła się do siebie zwracać – mówiła bardzo obrazowo. O zabawach w góreckim parku – o tym, jak z bratem palili fajkę pokoju, łazili po drzewach. Jak bardzo nie lubiła w obecności gości recytować i śpiewać. I o tym, jak matka uczyła ją życia. Jak ważne były zwierzęta mieszkające z ludźmi. I Kacperek, skrzat, którego matka opisała w bajce dla dzieci. A dzieci wierzyły, że dobry duch opiekuje się domem i mówi Aniołom o tym, jak minął dzień, bo każde dziecko miało swojego opiekuna, który strzegł jego kroków.

Z podziwem i z miłością mówiła pani Anna o Zofii Kossak. Nie –  o pisarce, ale o matce, która była znaną pisarką. I próbowała pogodzić swoje zaangażowanie społeczne, swoją literacką pracę z wychowywaniem dzieci. Mimo to wciąż i wciąż dzieci za nią tęskniły. Na co dzień opiekowała się nimi babcia. Miała „słodką szufladę”, z której wyjmowała dla wnuków coś dobrego i miała dobre słowa, staranie o cały dwór. Dysponowała obiady, troszczyła się o wszystko i o wszystkich. Kiedy przyjeżdżała matka, która mieszkała z mężem, ojcem Anny i Witolda  – w Katowicach, a potem w  Warszawie – zabierała dzieci na wycieczki w góry, jeździła z nimi na rowerach, na nartach. Była bardzo wysportowana. Patrzyła na świat optymistycznie, widziała go w jasnych barwach. Mówiono, że zapala się jak lampka, kiedy mówi o czymś, co jest dla niej ważne, co kocha.

Nawet wtedy, kiedy szalała już okupacyjna burza i rodzina uciekała najpierw przed Niemcami, a potem przed Armią Czerwoną, matka potrafiła szukać wyjścia z prawie beznadziejnej sytuacji i wszystkich  uspokajać.

Pamiętam bardzo szczególny moment w muzealnej kuchni. O zmierzchu, kiedy już nie było zwiedzających i zostałyśmy same, pani Anna ze łzami w oczach (a była osobą bardzo powściągliwą, nigdy nie okazywała skrajnych emocji) opowiadała mi o tym, jak matka przeżyła wyrok śmierci. Przeżyła własną śmierć. I jak bardzo niechętnie do tamtych przeżyć wracała. Nic dziwnego. Na Pawiaku została skazana i, jak sądziła, nadszedł dzień, w którym wyrok miał być wykonany. Wyprowadzono ją z innymi więźniami na dziedziniec. Była pewna, że na rozstrzelanie. Nie wiedziała, że została wykupiona z rąk Niemców i wychodzi na wolność.

Pani Annie zawdzięczam wiele. Miała bardzo rzadką umiejętność, którą chyba dziedziczyła od matki. Skupiała się bez reszty na rozmówcy. Jemu poświęcała uwagę i czas. Nieważne, czy o rozmowę prosił palacz z muzeum, czy biskup albo profesor uniwersytecki. Każdy był dla niej najważniejszy.

Kiedy rozmawiałam z mieszkańcami Górek Wielkich, mówili mi, że panie, które pomagały plewić w ogródku, kiedy Zofia Kossak powróciła po wojnie z emigracji i zamieszkała w domku ogrodnika, były przez nią częstowane herbatą, ciastem i wtedy wyjmowała dla nich najlepszą porcelanę taką zastawę, jaką stawiała na stole, kiedy przyjmowała najzacniejszych gości.

Ruiny i porcelana

Porcelanowe filiżanki, spodeczki – bibeloty i rodzinne pamiątki. Niszczone wtenczas, kiedy przeszły czołgi i niszczyły wszystko: ludzi, ich domy, ale także porcelanowe cacka. W wierszu Piosenka o porcelanie Czesław Miłosz pisze o takiej zagładzie i o tym, jak bardzo mu żal porcelany. Powtarzam za nim te słowa.

Pamiętam dzień, w którym sąsiadka góreckiego dworu, zrujnowanego podczas wojny, przyszła do muzeum. Przyniosła ze sobą zdjęcia. Przedstawiały widok siedziby Kossaków z czasów szczęśliwych, międzywojennych, kiedy, jak mówiła Zofia, znalazła tu nową młodość i nową miłość. Miała za sobą rewolucyjną pożogę, ucieczkę z Kresów, śmierć pierwszego męża i udany debiut literacki. W Górkach Wielkich na Śląsku Cieszyńskim wyszła ponownie za mąż, urodziła dwoje kolejnych dzieci i pisała. Była bardzo znaną pisarką. Wszystko to musiała utracić. Jak przedtem i wiele razy później – traciła domy. Traciła też dopiero co odbudowane szczęście.

Przyjmowała wszystko ze spokojem, była na pewno dzielną kobietą. Jej wiara i zaufanie zawsze mi imponowały. Próbowałam uczyć się od niej.

O niej i o tym, co pozostało po wojennej pożodze rozmawiałyśmy z Karoliną Siwiak, mieszkanką Górek Wielkich, która ocaliła zdjęcia. Kiedy pod koniec wojny płonął dwór, nie wiadomo ostatecznie, przez kogo podpalony, ona uratowała leżące w błocie książki i zdjęcia. I teraz pokazywała mi je, objaśniała, a ja myślałam o wierszu Miłosza. Wierszu o porcelanie – o rodzinnych pamiątkach, drobiazgach, które też skazywane bywały na zagładę.

Kiedy Zofia Kossak z przerażeniem patrzyła ma umieranie szlacheckich siedzib na Kresach, na śmierć i zniszczenie, mówiła też o gdańskich szafach, o  rodowej biżuterii, obrazach, fotografiach, które, pieczołowicie przechowywane, teraz tonęły w błocie, płonęły w pożarach.

Przejmujące sceny odmalowała potem  swoich książkach. Ginęli ludzie, ale także topiono w stawie fortepian i stary zegar, bo były to przedmioty barbarzyńcom nieznane, zbyteczne. Przedmioty należące do ludzi o wysokiej kulturze. A do takich ludzi niewątpliwie należeli Kossakowie.

U Zofii, Julka, Tadeusza i Anny

Wieczny spokój sprawiedliwych, których żadne złe wieści już nie zatrwożą – te słowa wspominam, ilekroć jestem na cmentarzu. Na górecki cmentarz przyjeżdżam często. Nagrobek Julka Szczuckiego, najstarszego syna Zofii Kossak, jest najwyższy w dziecięcej części cmentarza. Na nim Anioł tulący do siebie dziecko gestem matczynym, opiekuńczym, odgradzającym od świata. I napis: Ad maiora natus sum. Bo wtedy, kiedy po zaledwie trzech dniach choroby, umierał jej dziesięcioletni syn, pisała powieść o św. Stanisławie Kostce. Przedziwny zbieg okoliczności. Życie przeplotło się tak bardzo dramatycznie z twórczością. Bo przecież to święty, który umarł młodo i który „do wyższych rzeczy był stworzony”. Patrzę na nagrobek Julka, a w muzeum patrzyłam na jego portret. Zofia Kossak, wnuczka Juliusza, bratanica Wojciecha chciała zostać malarką, ale ostatecznie z tej drogi artystycznej zrezygnowała. Zostawiła jednak parę obrazów. Między innymi portret Julka. Portretowała jasnowłosego chłopca trzymającego sowę w roku jego śmierci. Nie wiem, czy jej pozował, czy odtwarzała jego najdroższy wizerunek z pamięci. Nie wiem…

I myślę też o tym, jak wielki dramat musiał się rozegrać w niej, choć ukryła przed światem swoje łzy, pisząc, że musi być, jak zwykle, spokojna. Ma tyle osób wokół do kochania.

I staję nad grobem jej rodziców – Anny z Kisielnickich i Tadeusza. I wreszcie nad grobem jej i jej męża. Otwarta księga i ewangeliczny napis o konieczności wzmocnienia wartości słowa:  „Mowa wasza niech będzie: tak, tak – nie, nie”. Ilekroć jestem na góreckim cmentarzu i czytam te słowa, myślę o niej – o tym, że taka była jej mowa, takie było jej pisanie i takie było jej życie: przejrzyste, mocne i jednoznaczne.

Joanna Jurgała-Jureczka

/md

 

 

 

Zobacz także w e-civitas:

Krzyż Kościoła

W Polsce coraz częściej, właściwie każdego dnia mówi się o kryzysie i grzechach Kościoła. Jego przeciwnicy, jakby czując …