Home / Wywiady / Zaczęło się, gdy byłem dzieckiem

Zaczęło się, gdy byłem dzieckiem

Z Januszem Krasińskim, pisarzem, prezesem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, rozmawia Stanisław Stanik

Jako 15 latek należał Pan do Szarych Szeregów. Walczył Pan o wolność Polski. Czy zawsze chciał Pan być patriotą i człowiekiem walki?

To była inspiracja narodowa, nie było innej motywacji. Zaczęło się od 1939 roku, nawet wcześniej, byłem jeszcze dzieckiem, należałem do organizacji będącej odpowiednikiem powojennych zuchów, potem harcerzem. Najbardziej z tamtych dawnych lat pamiętam ostatni obóz harcerski z 1939 roku. Biwakowaliśmy z drużyną na wyspie, na Niemnie. Rozłożyliśmy namioty, pełniłem nocną wartę uzbrojony w wiatrówkę. Sprawdziłem przy księżycu czy nabita. Okazało się, że kulką z bibułki, żeby nie strzelić komu w oko.

Ale groza wisiała już w powietrzu. Z wyspy do kościoła, czy na wycieczkę trzeba było przepłynąć łodzią. A był specjalnie najęty do tego przewoźnik, miejscowy chłop. Któregoś dnia wiosłując powiedział: Wy lepiej stąd wyjeżdżajcie, bo tu będą się dziać rzeczy straszne. Nie bardzo wówczas to rozumiałem. Byłem przecież w Polsce, więc co mogło mi się stać? Nie zdawałem sobie sprawy z panujących tam napięć narodowych. A tam już wrzało. Oczekiwano wojny.

W końcu sierpnia 1939 roku wróciliśmy do Warszawy. Wyszedł po mnie ojciec, człowiek już starszy. Zaś po moich kolegów wyszły same matki. Ich ojcowie zostali już zmobilizowani.

Nim na Warszawę spadły pierwsze bomby, przyszedł do mnie zastępowy z harcerskiej drużyny i powiedział, że mamy pilnować Dworca Towarowego (dziś zwanego Głównym). Zagrożeniem dla dworca mieli być niemieccy dywersanci. Więc jak na jedenastolatków było to bardzo ambitne zadanie. Mieliśmy uważać, czy ktoś czasem nie próbuje wysadzić w powietrze stojących na stacji wagonów. My zaś w naszym w służbowym wagonie chrupaliśmy słodkie bułeczki dostarczone nam przez kolejarzy.


Janusz Krasiński, pisarz, prezes Stowarzyszenia Pisarzy Polskich
Fot. Archiwum

Drugiego czy trzeciego dnia dyżuru usłyszałem spadający na nas z wyciem samolot. Pikował z ładunkiem bomb. Zrzucił, ale mieliśmy szczęście, bomby spadły za stojącym obok nas pociągiem wypełnionym brukową kostką. Kostka, to było jak barykada i dzięki niej żyję! Ot, taki pierwszy szczęśliwy zbieg okoliczności, dzięki któremu Pan mnie widzi! Potem było jeszcze wiele innych.

A jak Pan trafił do konspiracji?

Bardzo prosto. Spotkałem mojego drużynowego, tego z wyspy na Niemnie. Zapytał, co u ciebie? Mówię, że właśnie skończyłem siódmą klasę, podstawówkę, a on: No i dobrze, to już pora pomyśleć o Polsce. Podał mi adres: Poznańska 22. To było konspiracyjne mieszkanie, starsi chłopcy stamtąd chodzili na bardzo poważne akcje. Mnie polecono zorganizować własną grupę, oczywiście młodszych. Asystowaliśmy tym starszym nieraz jako czujki: „Gdy wyjdziesz za róg i zobaczysz patrol Feldgandarmerie, zdejmij czapkę, wtedy zdążymy się cofnąć, a w czasie akcji gwizdnij! Byłem też parokrotnie przy wykonywaniu wyroków, ale nie kary śmierci. Ktoś dostał lanie za szmalcownictwo, ktoś za donosy do granatowej policji. Spisywaliśmy też niemieckie samochody. Stawaliśmy na przystanku na Placu Wilsona i notowaliśmy: WH, (Wehrmacht Heer) – wjazd; WL (Wehrmacht Luftwaffe) – wyjazd. Ruchy wojsk, to zapewne szło do Londynu.

Motywacji do udziału w Szarych Szeregach dostarczali Niemcy sami przez aresztowania, uliczne łapanki, masowe uliczne rozstrzeliwania. Zbierało się w chusteczkę krew z chodnika, krew tych rozstrzelanych pod murem, na pamiątkę. Więc chyba nie było Polaka, który nie ziałby żądzą odwetu. Oczywiście nie wszyscy czynnie się angażowali. Więc niezależnie od tego, jak z dzisiejszej perspektywy postrzega się sens Powstania Warszawskiego. Ja wiem jedno, iż była tak straszliwa żądza rewanżu, że musiało wybuchnąć.

Czy brał Pan udział w Powstaniu Warszawskim?

Nie. Ale nie mam sobie nic do wyrzucenia. Wyszedłem do Powstania na wezwanie, ale zaczęło się ono wcześniej i zostałem odcięty od swojego zgrupowania. Punkt zborny miałem na Żoliborzu. Ale tak myślę, że może Pan Bóg pokierował moimi losami inaczej, abym mógł doświadczyć potworności hitleryzmu do końca, to znaczy Oświęcimia, Hersbruck i Dachau, a potem jeszcze jednego totalitarnego systemu z jego kazamatami Mokotowa, Rawicza, Wronek . i opisać je.

Jak znalazł się Pan w Oświęcimiu?

Zwyczajnie, z Powstania. Z płonącej Warszawy trafiłem do obozu w Pruszkowie. Tam odnalazła mnie moja matka, a stamtąd powieziono nas razem do Auschwitz, gdzie została zamordowana.

Oświęcim był krótkim epizodem.

Epizod krótki, ale marsz śmierci z Hersbruck do Dachau długi. Wystrzelano wszystkich, którzy padli z głodu i wyczerpania. Mnie udało się przeżyć. Doczekałem wejścia Amerykanów.

Jak znalazł się Pan w więzieniu na Mokotowie?

To także było konsekwencją wpojonych w dzieciństwie patriotycznych uczuć. Wróciłem po wojnie z Zachodu z zamiarem obalenia sowieckiego systemu w Polsce. Zamiar był słuszny, ale nie doceniłem przeciwnika. Bezpieka widząc, że niczego nie zrobiłem i nie zrobię, pomogła mi. Zdjęcie, które zrobiłem mojej koleżance na gruzach naszego domu ze zwalonym mostem Kierbedzia w tle posłużyło jako dowód rzeczowy, że jestem amerykańskim szpiegiem. Zadbał o to kolega koleżanki, były akowiec, a potem agent Informacji Wojska Polskiego.

Akt oskarżenia, który mi przedstawiono zawierał instrukcję szpiegowską, którą jakoby miałem przywieźć z sobą z Zachodu. Dzisiaj może się ona wydać tekstem kabaretowym. Stosując się do niej ja, jako dziewiętnastoletni chłopak miałem rozpracowywać lotnictwo, jego podziemne hangary, sposób ćwiczenia spadochroniarzy; z wojsk lądowych rozpracować przynajmniej jedną dywizję, jej uzbrojenie, charakterystyki oficerów; ponadto marynarkę wojenną, przemysł, ilość wywożonych towarów do Rosji i czy na Śląsku wydobywany jest uran.

Była to rzekomo instrukcja wywiadu amerykańskiego sporządzona prawdopodobnie przez Berię i podrzucana w śledztwie każdemu, komu tylko się dało. W sądzie prokurator „Albin” wykrzykiwał: „Śmierć i tylko śmierć!”, po czym ze względu na mój młody wiek zażądał dożywotniego więzienia. Sąd był łaskawszy wziął pod uwagę, że oskarżony w czasach hitlerowskie okupacji został zdemoralizowany i wymierzył mi tylko piętnaście lat. Odsiedziałem z tego dziewięć, to jest do maja 1956 roku.

Czy został Pan zrehabilitowany?

Dopiero w 1998 roku na własny wniosek. Sąd Najwyższy Izba Wojskowa w siedmioosobowym składzie uznał, że wszystko to były oskarżenia wymuszone, mające wywołać strach w społeczeństwie.

Wkrótce po wyjściu z więzienia, w roku 1956, debiutował Pan w „Po prostu” wierszem „Karuzela” i „Przeglądzie Kulturalnym” opowiadaniem „Potworek”, a w „Kierunkach” wierszem „Drewniaki”.

Ważny też był jeden z moich pierwszych druków w „Stolicy”. Tytułowe opowiadanie zbioru „Jakie wielkie słońce”. Zamieścił je w tym piśmie Władysław Bartoszewski, współwięzień z celi na Mokotowie, którego odszukałem po wyjściu. Był tam już redaktorem i wiele mi pomógł.

Dlaczego zwrócił się Pan ku literaturze?

Urodziłem się pisarzem. Od dziecka, no może od chłopięcych lat, myślałem o pisaniu książek. Gazetę zakładałem, gdy miałem 16-17 lat, a na dobre zacząłem pisać w więzieniu, wiersze, właśnie te drukowane . w „Kierunkach” i w „Po prostu”. Wyniosłem je w pamięci z więzienia, bo w więzieniu powstały.

Wydał Pan w 1959 roku w Instytucie Wydawniczym Pax powieść „Haracz szarego dnia”, w „Kierunkach” ukazał się debiutancki wiersz. Czy związał się Pan na początku twórczości z PAX-em?

Nie zamierzałem wiązać się z nikim. Po wyjściu z więzienia w 1956 roku napisałem zbiór więziennych opowiadań, „Jakie wielkie słońce”. Zawarłem na nie umowę z PIW-em. Ale jeszcze dopisywałem, więc trochę potrwało, nim złożyłem całość. Gdy je przyniosłem do wydawnictwa powiedziano mi: „Niestety, za późno! Październik skończył się w listopadzie.” Książkę zatrzymała cenzura. Ale zapłacono mi pełne honorarium, więc czułem się zobowiązany.

Gdy napisałem następną książkę, o czasach okupacji, zaniosłem ją do PIW-u. Ale dyrektorem był tam już chyba pułkownik Różański, do niedawna dyrektor Departamentu Śledczego na Mokotowie. Oczywiście nikt już nie chciał . o niej rozmawiać, wypchnięto mnie z nią za drzwi. Wtedy ktoś poradził mi pójść do PAX-u. Poszedłem. Już nie pamiętam, komu ją złożyłem, pamiętam tylko jakieś rozmowy z Zygmuntem Lichniakiem. Książkę przyjęto, wydano. Była to powieść „Haracz szarego dnia”, która wskutek zatrzymania przez cenzurę więziennych opowiadań, stała się moim debiutem książkowym.

Idąc do PAX-u nie kierowałem się żadną orientacją, szedłem po prostu do wydawnictwa. A co do orientacji, jest ona wynikiem moich doświadczeń życiowych. A przeżyłem dwa totalitaryzmy, poznawałem je od dna i to pozwoliło mi wyrobić sobie własny światopogląd. Wyrazem tego jest moja twórczość.

Pisał Pan także reportaże, takie, takie „donosy z rzeczywistości”, mówiąc językiem Białoszewskiego. Skąd zainteresowanie tą formą twórczości?

Po wyjściu z obozów, z więzień, po dziesięciu latach nieobecności na świecie, byłem jak przybysz z księżyca. Nie wiedziałem nic o rzeczywistości, nie umiałem się poruszać. Gdy przyszło załatwić meldunek w Warszawie, zaszedłem do komitetu partii, bo myślałem tak: skoro partia rządzi, to i partia melduje. Dopiero jakiś partyjniak powiedział mi: To nie tu. To trzeba iść do urzędu.

Reportaże miały mi pomóc w odzyskaniu wiedzy o realiach rzeczywistości, prawdę mówiąc – o świecie. Tym bardziej, że zamierzałem pisać już nie tylko o obozach i więzieniach. Więc zgłaszałem się do różnych redakcji, prosiłem o delegacje, tam wiedzieli, że umiem napisać, zatem wydawano mi je i miałem parę groszy na drogę, na przejazd pociągiem, na tanie hotele.

Pisałem o wszystkim: o skupie . i uboju bydła, („Metafizyka uboju”) o opylaniu lasów, latałem nad nimi samolotami („Imago, owad doskonały”), pływałem barkami po Wiśle do Gdańska (w okresie stalinizmu barki gniły, nie wolno im było pływać, bo to podlegało pod prywatną inicjatywę), o polskiej nafcie, o kopalniach białej glinki i wypiekanych z niej dzbanuszkach. Wszystko to były dla mnie nadzwyczajne wrażenia, a znalezienie słów do ich wyrażenia wielką przygodą literacką.

Za pierwszy zbiór reportaży, a właściwie opowiadań ze współczesności, otrzymałem nagrodę Iskier i „Sztandaru Młodych”.

Dramaty „Śniadanie u Desdemony” i „Czapa czyli śmierć na raty” przedstawiają rzeczywistość (więzienną i po więzienną) w sposób zmetaforyzowany… Czy Pan czuje się prekursorem dramatu „moralnego niepokoju”, którego głównymi przedstawicielami byli Dürenmatt i Ionesco?

Moje pisarstwo było spontaniczne. Choć na pewno nie bez wpływu Dürenmatta, Ionesco, Pintera i jeszcze paru innych, bo właśnie, gdy wyszedłem z więzienia, to na polskie sceny wtargnęły „imperialistyczne” dramaty, więc wszystkie je obejrzałem. Ale żebym ja sam sobie wytyczał jakiś kierunek wypowiedzi..! Nie ma nic gorszego niż dostosowywanie się autora do jakiejś teorii. To koniec twórczości. Ale nieświadomie rzeczywiście tkwiłem w żywych nurtach współczesności. Później, dopiero później zacząłem dochodzić do jakiegoś modelu, zdawać sobie sprawę, że piszę tak a nie inaczej.

Gdy wystawiano moje sztuki za granicą, na przykład na Węgrzech, to widziałem, że naprawdę są nimi zafascynowani. W Györ mówili: u nas niczego takiego dotąd nie było. Więc rzeczywiście mogłem poczuć się prekursorem.

Ale to, co udało się na Węgrzech, nie mogło udać się w Niemczech, w enerdowie. Tam cenzura była czujniejsza i nie dopuszczano moich sztuk do wystawień, choć były tego próby. Byłem nie tylko trudny dla nich w formie, ale zbytnio odbiegający od obowiązujących norm myślenia. Dodam, że udało mi się wystawić sztuki w Czechosłowacji, potem na Łotwie, a „Czapa” zrobiła wielką karierę międzynarodową. Inni pisarze przy takich sukcesach byliby okrzyczani jako wielcy twórcy, ja – nie, bo jak można reklamować jakiegoś podejrzanego faceta, byłego szpiega amerykańskiego, który gdzieś tam na Zachodzie odniósł znaczny sukces!

Głośna swego czasu była sprawa autorstwa, czy też współautorstwa partyzanckich wspomnień Mieczysława Moczara „Barwy walki”. Słyszało się, że książkę napisał Wojciech Żukrowski. W powieści „Przed agonią” pisze Pan dużo o tej sprawie i o życiu literackim lat 60. Pytałem o to pisarza, ale zarzekał się, że nie on był twórcą powieści. Tymczasem Pan napisał, że Żukrowski przyniósł do Pana do poprawienia scenariusz oparty na tej powieści.

Bo przyniósł. Ale nie do poprawienia, tylko do dopisania dialogów.

Więc, co Pan sądzi o wiarygodności Żukrowskiego?

To samo, co pan.

A Koźniewski? Pisze Pan o nim pod nieznacznie zmienionym nazwiskiem, Kozewski. Nie odezwał się po tym?

Nie, nie odezwał się. Może wolał milczeć, a może nie czytał? Bo Putrament, o którym też tam sporo, no, nie żyje. Zresztą czułem pewną złośliwą sympatię do niego, bo choć we wcześniejszym okresie PRL-u zasłynął jako partyjny dzierżymorda, to pod koniec życia pozował na liberała.

Nie traktowal Pan zbyt surowo swoich bohaterów?

Mówi pan o moich antybohaterach, tych związanych z reżimem? Ja ich poznawałem dopiero po 56 roku, kiedy byli już nie tacy sami. Przedtem, zapudłowany, nie miałem z nimi żadnego kontaktu. Znani byli w środowisku z okresu stalinowskiego, lecz nie mnie, ja nic o nich nie wiedziałem. Ale jak wyszedłem na wolność, to nie jeden z nich okazał mi sporo serdeczności. Być może chciał mi wynagrodzić to, że byłem ofiarą wspieranego przez niego systemu.

Ale potem dochodził Pan chyba do tego, kim kto był?

Dochodziłem, dochodziłem.. Nader przykre odkrycia! Na przykład Ważyk. Czy wie Pan, kim był dla mnie Ważyk? Autorem „Poematu dla dorosłych”! To był bohater, który pierwszy odważył się zmierzyć z hydrą komunizmu! Było już po śmierci Stalina, zaczęły docierać do celi gazety, więc kiedy przeczytałem „Poemat.. ”, ogarnęło mnie uczucie zazdrości. To ja, ja powinienem był coś takiego napisać! Ale cóż, trudno, ubiegł mnie człowiek szlachetny i niezłomny! A że on wcześniej napisał: „Mądrość Stalina, rzeka szeroka, przetacza wody.. ” to o tym nie miałem zielonego pojęcia!

Jakie doświadczenia zebrał Pan pełniąć funkcję prezesa Stowarzyszenia Pisarzy Polskich?

Stowarzyszenie prowadzę od niedawna. Zajmuję się przede wszystkim sprawami dzisiaj trudnymi, bo cała kultura znalazła się w ciężkiej sytuacji. Ja sam czy też z kolegami ze stowarzyszeń twórczych chcę coś zrobić dla naszej kultury. Ale jak dotąd nie przytrafiło mi się, abym idąc na zebranie został zatrzymany przez służby bezpieczeństwa, co wielokroć zdarzało się Janowi Józefowi Szczepańskiemu, pierwszemu prezesowi SPP. Ale pisarz zawsze zbiera doświadczenia już przez to, że żyje. A co i kto się znajdzie w przyszłym jego dziele to i on sam nie wie.

Jaki jest wzajemny stosunek ZLP i SPP?

Mówiłem o tym kilkakrotnie, gdzieś nawet to było drukowane. Stowarzyszenie Pisarzy Polskich zawiązało się w wyniku brutalnego rozbicia środowiska literackiego, które w czasie stanu wojennego opowiedziało się za wolnością słowa, pluralizmem, za Solidarnością. Wyrzuceni za drzwi, bezprizorni, tułaliśmy się niemal do końca jaruzelszczyzny. Tymczasem nasze miejsce zajęli wierni generałowi Auderska, Żukrowski, nie będę wymieniał żyjących.

Byli to więc pisarze, którzy nie mogli zmieścić się w starych strukturach związkowych głównie z powodów politycznych?

Tu nie chodzi o stare struktury chyba, że pod nowoczesnością rozumie pan patronat generała. Ale nie posądzam pana o to. Ja osobiście mam przyjaciół w ZLP i rozumiem ich lęki z tamtych czasów, kiedy naprawdę strach było zaprotestować. Dziś to, oczywiście bez znaczenia. Choć od tej pory, i to zrozumiałe, jedni piszący kierują się do nas, inni – do ZLP.

Czy ja członek ZLP, katolik, któremu bliski jest światopogląd narodowy mógłbym zostać członkiem Pana Stowarzyszenia?

Naszym pierwszym prezesem był wspomniany już Jan Józef Szczepański, katolik, Jacek Woźniakowski, przyjaciel Jana Pawła II, był i jest nadal nasz niezwykle szanowanym członkiem. Są księża–poeci, wraz z naszym kapelanem, współzałożycielem SPP księdzem Wiesławem Niewęgłowskim. Mógłbym wymienić jeszcze wielu innych, ale nie chcę pomniejszać roli członków o odmiennych poglądach. Ateiści, liberałowie, a może nawet działacze nowej lewicy, kto to wie? Wszystkich jednakowo cenimy. Bo kryterium przyjęcia do naszego Stowarzyszenia to nie przekonania polityczne, czy światopoglądowe, a przyzwoitość, nade wszystko zaś kryteria artystyczne. Nasza komisja kwalifikacyjna jest bardzo wymagająca. Dlatego nie mogą być naszymi członkami autorzy komercyjnych a bezwartościowych książek.

Czy w SPP są rzeczywiście sami przyzwoici ludzie?

Nie wiem. Gdyby w literaturze przeprowadzono lustrację, moglibyśmy się licytować z ZLP. Byłoby to nawet interesujące. Ilu tam by się znalazło agentów bezpieki, a ilu od nas. Ale przecież szeregowych członków nie rozlicza się z ich sumień.

Które ze swoich powieści ceni Pan najbardziej?

Trudno pisarzowi wyróżniać jedną powieść. Najbardziej zadowolony jestem z wydania ostatnich czterech tomów powieści „Na stracenie” – ze wszystkich czterech. Dwa pierwsze tomy tragiczne, dramatyczne ukazują grozę stalinizmu w Polsce, dwa następne, o poststalinowskim socjalizmie z ludzką twarzą, który tuszuje jak może sprawy mordów. Ale taka moja powieść jak „Wózek”, nagrodzona nagrodą Piętaka, kiedy przewodniczącym jury był Jarosław Iwaszkiewicz i sfilmowana, tłumaczona na kilka języków m.in. na niemiecki, ukazująca to, co dziś nazywane jest „marszem śmierci”, niewątpliwie uzupełnia cykl obozowych opowiadań Tadeusza Borowskiego.

A z dramatów?

„Śniadanie u Desdemony”, „Czapa”, a także „Wkrótce nadejdą bracia”. Ten ostatni wraz z „Czapą” ma się ukazać w antologii „Dramatów” uPruszyńskiego.

Pruszyńskiego. Wspomnę jeszcze o godzinnym filmie zrobionym przez „Czołówkę”, reżyserowanym przez Joannę Żamojdo, zawierającym dramatyczny skrót mojego życiorysu. Odbyłem wycieczkę z tej okazji do miejsc martyrologii: Oświęcimia, Dachau, Hersbruck oraz do ubeckich cel na Mokotowie.

Artykuł ukazał się w numerze 08-09/2007.

Dodaj komentarz