Home / Rozmaitości / Życie jak różaniec

Życie jak różaniec

Zamiast śmierci racz z uśmiechem przyjąć Panie pod Twe stopy życie moje jak różaniec – takie słowa podyktował ksiądz Twardowski, gdy leżał na łożu śmierci. Ale tak naprawdę nie umarł, tylko „wymknął się naszym oczom”. Śmierć bowiem zawsze stanowiła dla niego jedynie przejście. Była znakiem, że po prostu „trzeba iść dalej”.

Żegnały go tysiące ludzi. Najpierw w warszawskim kościele sióstr wizytek, gdzie była wystawiona trumna. Prosta, dębowa, bardzo zwyczajna. Na niej leżał Mszał, stuła, kielich mszalny i biret. Wokoło kwiaty, rysunki dzieci, zdjęcia. I czarno-biały portret księdza. Za klasztorną kratą modliły się siostry zakonne. A z głośników rozlegał się śpiew ptaków.

Potem było pożegnanie uroczyste. „Napuszone” – jak powiedziałby poeta. W Bazylice św. Krzyża oprawa bardzo nie „twardowska”, choć na taką właśnie zasłużył. Wreszcie pochówek – w miejscu dla wielkich Polaków: w krypcie Świątyni Bożej Opatrzności w warszawskim Wilanowie.

Co tak naprawdę sprawiało, że ksiądz – poeta gromadził wokół siebie takie tłumy? Że wciąż znajdują się miłośnicy jego poezji – mimo że czasy są bardzo niepoetyckie? Jaki naprawdę był? I co przyciągało w jego wierszach?

Nie przyszedłem pana nawracać

Tak naprawdę długo był poetą nieznanym. Do 1970 roku niewielu czytało jego poezję. Mało kto wiedział, że w ogóle jest. Jego talent odkrył Jerzy Zawieyski. W swoim „Dzienniku” odnotował pod datą 28 lipca 1955 roku: „Zaszedłem na Żoliborz do znakomitego poety księdza Twardowskiego. Czytał mi swoje wiersze, jeden z nich jest mnie dedykowany. Wiersze są zadziwiające prostotą i pięknością. Jest w nich ogromny urok. Są autentyczną poezją (…). Twardowski mówi najzwyklejszym słowem o Bogu, mówi tak, jak się modli. Dlatego jego poezja jest czymś jak religia”.To dzięki staraniom Zawieyskiego w 1959 roku ukazuje się pierwszy powojenny tomik ks. Twardowskiego „Wiersze”. Po nim znów cisza. Do 1970 roku, gdy ukazały się „Znaki ufności”, które przyniosły mu sławę. Później były „Niebieskie okulary”, „Który stwarzasz jagody”, „Rwane prosto z krzaka”. Tom „Nie przyszedłem pana nawracać” przynosi poecie niebywały sukces.Jan Twardowski to rocznik 1915. Gdy się urodził, po ulicach Warszawy jeździły dorożki. Trwała pierwsza wojna światowa. Rosjanie wyszli z miasta. Ich miejsce zajęli Niemcy.Mieszkał w Warszawie przy ulicy Elektoralnej, w czteropokojowym mieszkaniu po znanym pisarzu Melchiorze Wańkowiczu, który się stamtąd wyprowadził. – Pamiętam, w pobliżu domu były pamiątkowe tablice poświęcone Słowackiemu i Malczewskiemu – wspominał ks. Twardowski.Wychowywał się z rodzicami, babcią i trzema siostrami. – Był to dom bardzo tradycyjny – mówił. – W Zaduszki zwykle odwiedzaliśmy groby na Powązkach, a w Wielkanoc całą rodziną chodziliśmy ze święconką. Zazwyczaj do parafialnego kościoła św. Karola Boromeusza przy Chłodnej.Matkę Amelię od zawsze ksiądz uważał za świętą. Przez całe życie ciężko pracowała, cierpliwie zajmowała się domem i dziećmi. Ojca – po którym też odziedziczył imię Jan – darzył wielkim szacunkiem. Lubił, kiedy czytał na głos książki: „Dziady” Mickiewicza czy na przykład Sienkiewiczowską „Trylogię”. Albo gdy prowadził syna do muzeów, na koncerty lub do teatru. Dziadka natomiast zapamiętał, jak przychodził w odwiedziny ubrany w mundur z powstania styczniowego.W Warszawie ukończył renomowane gimnazjum imienia Tadeusza Czackiego. Dzisiejsi uczniowie i absolwenci tej szkoły są z tego bardzo dumni. Pierwsze wiersze, jako siedemnastolatek, opublikował na łamach Kuźni Młodych. Z tamtych czasów pamiętał go krytyk literacki Ryszard Matuszewski: „Janka Twardowskiego znałem tak dawno, że aż wstyd powiedzieć. Poznaliśmy się na przełomie 1931 i 1932 roku w redakcji międzyszkolnego pisma młodzieży szkół średnich. W redakcji odbywały się wieczory autorskie młodych poetów” – wspominał na łamach „Nowych Książek”.W 1935 roku Jan Twardowski rozpoczął studia: filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. – Miałem znakomitych profesorów: Wacława Borowego, Juliana Krzyżanowskiego, Zofię Szmydtową – mówił. Pierwszy tomik poetycki „Powrót Andersena” wydał jeszcze w czasach studenckich, w 1937 roku, gdy na literackich salonach święcił triumfy Kazimierz Wierzyński nagradzany za „Laur Olimpijski”. Później, przez wiele lat, pisał właściwie do szuflady.Po wojnie sporadycznie drukował w „Tygodniku Powszechnym”. Pierwsze jego wiersze zaniósł tam Wojciech Żukrowski, przedwojenny kolega. Jerzy Turowicz od razu je opublikował. Był to rok 1946. Krytyk literacki Ryszard Matuszewski o próbkach tej twórczości jest najlepszego zdania. – Wiersze były od razu przepiękne, zresztą i te dawniejsze, młodzieńcze zawsze mnie zachwycały


racz z uśmiechem przyjąć Panie pod Twe stopy życie moje jak różaniec
Fot. Tomasz Gołąb

Własnego kapłaństwa się lękam

W czasie wojny był w Armii Krajowej: brał udział w Powstaniu Warszawskim, choć nigdy o tym nie wspominał. Wprowadził go do konspiracji mąż najstarszej siostry. Wybuch powstania zastał Jana Twardowskiego na ulicy Płockiej. Przewoził paczki. Dziś przypuszcza, że z bronią, pieniędzmi i gazetkami. Już w pierwszych dniach został ranny i znalazł się w szpitalu powstańczym. Gdy opatrzono mu rany, przeszedł do akcji na ul. Kruczą. Wejście Sowietów zastało go w miejscowości Końskie na Kielecczyźnie. Rodzinę odnalazł w Radomiu, gdzie mieszkała jedna z sióstr. Potem rodzice przenieśli się do Katowic. Do Warszawy nigdy już nie wrócili, bo ich dom na Elektoralnej spalili Niemcy. Zresztą ojciec wkrótce umarł na tyfus.Jan Twardowski wrócił do Warszawy, by kontynuować studia. Zdarzyło się też coś nieoczekiwanego. – Pewnej nocy przyśniło mi się, że jestem księdzem – mówi. Było to po upadku Powstania Warszawskiego, kiedy wiele zastanawiał się nad tym, dlaczego ocalał, skoro tak wielu kolegów i znajomych zginęło. Wkrótce, jeszcze w 1945 roku, wstąpił do seminarium, jednocześnie kończył polonistykę (pracę magisterską obronił w 1947 roku). 4 lipca 1948 roku przyjął święcenia kapłańskie.Niedługo po nich napisał: „własnego kapłaństwa się boję / własnego kapłaństwa się lękam / i przed kapłaństwem w proch padam / i przed kapłaństwem klękam”.Ks. Twardowski: – Gdy ksiądz pisze wiersze, wychodzi poza getto religijne. Trafia do człowieka inaczej, niż tylko przez kazanie czy rekolekcje. Bo przecież są ludzie, do których tamte formy nie docierają.Pisał: „Wierzących niewierzących / wszystkich nas połączy / ból niezasłużony / co zbliża do prawdy”. Garnęli się więc do niego wszyscy. Ksiądz opowiada: – Kiedyś przychodził pewien artysta, który do końca życia deklarował się jako niewierzący. Uchodził za komunistę. Byłem zdziwiony, kiedy okazało się, że czyta moje wiersze. Czuł chyba w sobie jakąś wewnętrzną pustkę. Bardzo go lubiłem.

Śpieszmy się kochać ludzi

Najbardziej znany wiersz: „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą” ks. Twardowski zadedykował znanej poetce, Annie Kamieńskiej, która przy nim się nawracała. – Wiedziałem, że w duszy Anny dzieją się sprawy Boże – wyznaje w „Rozmowach pod modrzewiem” ks. Waldemarowi Wojdeckiemu – chociaż nie śmiałem pytać o jej stosunek do wiary. Potem dowiedziałem się, że wyspowiadała się podczas pobytu w Rzymie. Zrozumiałem, że stałem się narzędziem Bożej łaski. Byłem wzruszony, bo nigdy sam nikogo nie umiałem nawracać. To Pan Bóg ją nawracał, nie ja – precyzuje.Zawsze tak czynił, gdy była o nim mowa. Dbał, by nie zasłonić sobą Boga: „Żebym nie zasłaniał sobą Ciebie / nie zawracał Ci głowy / kiedy układasz pasjanse z gwiazd”.W trudnych stalinowskich czasach przeżywał też sytuacje zabawne. Ksiądz opowiadał: – Przyszedł kiedyś do klasy wizytator i pokazał dzieciom portret Żymierskiego. Kto to? – zapytał. Jeden z uczniów odpowiedział: – Marszałek Piłsudski. Potem zapytał: A kto w Polsce rządzi? – Pan Jezus – odpowiedziało dziecko.Ale o czasach powojennych ksiądz opowiadać nie lubił. W poezji jedynie wspomniał: „Byłem Ci wierny w czasach Stalina…”W stanie wojennym polityką się nie zajmował. – Nigdy nie byłem politykiem, zawsze pozostawałem z dala od bieżących wydarzeń – mówił. Raczej pochłaniała go działalność duszpasterska, rozmowy z ludźmi, spowiedzi, no i pisanie, rzecz jasna.W tym okresie uczestniczył w wieczorach poetyckich. Jerzy Zelnik, aktor, wspominał: – Z księdzem zetknąłem się po raz pierwszy w stanie wojennym, kiedy czytałem jego wiersze w kościele Najświętszej Maryi Panny na Nowym Mieście w Warszawie.

Wyć albo nie wyć– to wielkie pytanie

Dużo czytał – jak zresztą przystało na absolwenta filologii polskiej. Z prozy wymieniał klasyków: Sienkiewicza, Żeromskiego, ale także na przykład Prousta. Ze współczesnych chętnie: Kamieńską, Herberta, Poświatowską. Choć, jego zdaniem, nie ma poetów wielkich i małych, są tylko różni od siebie.Mimo, że pracę magisterską pisał na temat „Godziny myśli” Juliusza Słowackiego, romantyzm nie był jego ulubioną epoką literacką. Ksiądz najbardziej cenił barok. Obecny w nim język przeciwstawieństw, paradoksów, zaskakujących point, jest bliski możliwości mówienia o Bogu. Bo o Nim można mówić tylko językiem paradoksów.Sam pisał głównie w wakacje. – Nie czekam na natchnienie – zapewniał. Kiedy wyjeżdżał poza Warszawę, przyrodę widział, słyszał, czuł. I tak powstawały wiersze.Chętnie odwoływał się do innych twórców. Znał na pamięć ich utwory. Niekiedy cytował, specjalnie zmieniał ich sens. Wychodzą wtedy zabawne parafrazy, gorzkie: „Miej serce i nie patrz w serce / odstraszy cię kochać”, lub zabawne „wyć albo nie wyć – to wielkie pytanie”. Z aluzji literackich słynął także jako wykładowca literatury pięknej w warszawskim seminarium duchownym. „A piłować cię tak będę jak ten Kuba swoją nogę” – powiedział kiedyś na egzaminie do jednego z kleryków – obecnego biskupa, Józefa Zawitkowskiego.Od zawsze interesowało go Pismo Święte. Lubił je czytać i rozważać. Prof. Anna Świderkówna, autorka popularnych książek o Biblii wspomina: – Od 1961 roku, przez 30 lat spotykaliśmy się u niego co tydzień, czytaliśmy fragmenty Ewangelii i próbowaliśmy ją interpretować. Pamiętam, często obmyślał temat kazania czy rekolekcji. Wiele się nawzajem od siebie uczyliśmy.

Najważniejsza jest miłość

Znajomi księdza uważają, że tajemnica wielkiego sukcesu tej poezji tkwi w jej prostocie. Znana aktorka, Anna Nehrebecka: – Ta poezja przemawia do wszystkich, dobrych i złych, wierzących i obojętnych, do dzieci i dorosłych.Prof. Anna Świderkówna: – Z tych wierszy bije naturalność i prawdziwa pokora. Bo Jan Twardowski to najbardziej pokorny ksiądz, jakiego w życiu spotkałam.Waldemar Smaszcz, krytyk literacki: – Pamiętam, że mieliśmy jechać do Łodzi na wieczór autorski. Gdy przyjechałem po księdza, zauważyłem, że ma na sobie nową sutannę i płaszcz. „Znakomicie ksiądz wygląda” – powiedziałem. Usłyszałem: „Naprawdę, to widać? To idę się przebrać!”.Ks. Twardowski: – Wiersze są moją słabością, zawsze chciałem je pisać, lecz nie umiałem. To wielka łaska Pana Boga, że ludzie je czytają. Jestem wzruszony, zwłaszcza teraz, kiedy chodzę z torbą, kijem i śmierć już kiwa do mnie serdecznym palcem.– Co w tej poezji jest najważniejsze? – zapytałam go kiedyś. – Miłość, jak w życiu – powiedział.

Milena Kindziuk

Milena Kindziuk jest autorką książki „Zgoda na świat. Rozmowy Z ks. Janem Twardowskim.” Kraków 2001

Artykuł ukazał się w numerze 02/2006.

Dodaj komentarz