Ewangelia tej niedzieli zaczyna się od sukcesu. Tłum został nakarmiony, wydarzył się cud, ludzie są zachwyceni. I właśnie wtedy Jezus przynagla uczniów, żeby wsiedli do łodzi i odpłynęli. Jakby chciał ich natychmiast wyrwać z miejsca, w którym wszystko się udało. Nie pozwala im zostać przy sukcesie, nakarmić się zachwytem ludzi, uwierzyć, że odtąd już tak będzie wyglądała droga z Nim. Przed chwilą mieli w rękach chleb, który się rozmnażał, za chwilę będą mieli w twarz przeciwny wiatr. To jest bardzo biblijne.
Bóg nie zawsze prowadzi człowieka od zwycięstwa do zwycięstwa. Czasem prowadzi od cudu prosto w noc. I co więcej, to Jezus kazał im wejść do tej łodzi. Burza nie jest więc dowodem, że pomylili drogę. Przeciwny wiatr nie musi oznaczać, że znaleźli się poza wolą Boga. Jaka to bardzo konkretna i jakże prawdziwa Ewangelia dla nas! Można być dokładnie tam, gdzie posłał cię Jezus, i jednocześnie mieć wszystko przeciwko sobie. Można być posłusznym i zmęczonym. Można wierzyć i nie widzieć brzegu. Robić to, co trzeba, i mieć wrażenie, że mimo całego wysiłku łódź prawie nie posuwa się naprzód.
A co robi Jezus? On jest na górze. Modli się. Uczniowie walczą na jeziorze, a On trwa przed Ojcem. Oni Go nie widzą, ale to nie znaczy, że zostali sami. To chyba jedna z najtrudniejszych lekcji wiary. Nieobecność Boga w naszym polu widzenia nie jest nieobecnością Boga. Jezus przychodzi dopiero o czwartej straży, nad ranem, kiedy noc jest już długa, ręce bolą od wioseł, a człowiek dawno przestał liczyć na szybkie rozwiązanie. Bóg czasem przychodzi później, niż byśmy chcieli, ale nigdy za późno.
I Jezus przychodzi, depcząc po tym, co ich przeraża. Idzie po wodzie. W Biblii morze jest obrazem chaosu, otchłani i sił, nad którymi człowiek nie potrafi zapanować. Jezus nie omija chaosu. On stawia na nim swoje stopy. To, co dla uczniów jest zagrożeniem, dla Niego staje się drogą. I mówi słowa jeszcze większe niż sam cud: „Odwagi! To Ja jestem, nie bójcie się!”. „To Ja jestem” brzmi jak echo imienia Boga objawionego Mojżeszowi. Jakby Jezus mówił: w samym środku tego, czego nie rozumiesz, Jestem. W ciemności Jestem. W przeciwnym wietrze Jestem. W chwili, kiedy wydaje ci się, że zaraz zatoniesz, Jestem.
Tu zaczyna się ta najbardziej znana scena Ewangelii. Moment w którym Piotr robi wtedy coś po prostu szalonego. Wychodzi z łodzi. Warto zwrócić uwagę na jeden szczegół. Dopóki Piotr patrzy na Jezusa, idzie po tym, co powinno go pochłonąć. Problem zaczyna się wtedy, kiedy bardziej niż twarz Jezusa zaczyna widzieć wiatr. Wiatr był przecież od początku. Fale były od początku. Zmieniło się tylko spojrzenie Piotra. I może właśnie tutaj jest sedno tej Ewangelii.
Wiara nie sprawia, że przestaje wiać. Wiara sprawia, że pośród wiatru wiesz, na Kogo patrzeć. Człowiek zaczyna tonąć nie zawsze dlatego, że burza stała się większa, ale czasem dlatego, że lęk stał się większy od zaufania. A jednak najpiękniejszy moment przychodzi właśnie wtedy, kiedy Piotr tonie. Nie wtedy, kiedy chodzi po wodzie. Tonąc, wypowiada jedną z najkrótszych i najprawdziwszych modlitw, jakie znajdziemy w Piśmie Świętym: „Panie, ratuj mnie!”. I Jezus natychmiast wyciąga rękę. Ewangelista podkreśla to słowo: Natychmiast. Mistrz nie robi Piotrowi wykładu, kiedy ten jest pod wodą. Najpierw go chwyta. Dopiero potem pyta o wiarę. Taki jest Bóg. Jego ręka jest szybsza niż nasze tonięcie.
Ta Ewangelia nie opowiada więc o człowieku, który potrafił chodzić po wodzie. Opowiada o człowieku, który odkrył, że kiedy już nie potrafi utrzymać się na powierzchni, może zostać pochwycony przez Chrystusa. Może właśnie dlatego czasem trzeba przeżyć przeciwny wiatr. Może trzeba odkryć własną bezradność, zmęczyć się wiosłowaniem, przestraszyć się fal, a nawet przez chwilę zacząć tonąć, żeby w końcu przestać wierzyć we własne ręce i poczuć Jego rękę. Bo wiara nie polega na tym, że nigdy nie będziesz tonąć, że nigdy nie doświadczysz burzy i przeciwnego wiatru… Wiara polega na tym, że kiedy toniesz, wiesz, do Kogo krzyczeć. A On jest bliżej, niż ci się wydaje.
/mdk