18 maja br. minęła 77. rocznica śmierci o. Jacka Woronieckiego OP. Dzień ten kojarzy nam się przede wszystkim z urodzinami Karola Wojtyły, św. Jana Pawła II. Tego dnia widziałem w mediach społecznościowych mnóstwo materiałów o papieżu Polaku – i bardzo dobrze. Szkoda za to, że nie widać było żadnej wzmianki o Adamie Marianie Tomaszu Piusie Leonie Woronieckim, znanym pod swym zakonnym imieniem Jacek.
Życie Sługi Bożego
Choć nie chcę, by elementy biograficzne zdominowały ten artykuł, to jednak przynajmniej w kilku zdaniach nakreślę życiorys Sługi Bożego, o. Jacka. Już po licznych imionach, jakie nosił w świeckim życiu, wymienionych powyżej, można domyślać się jego szlacheckiego pochodzenia. Wywodził się z książęcego rodu Woronieckich. Urodzony w Lublinie, wychowywał się w majątku rodziców koło Chełma. Tutaj rozpoczął edukację, która kontynuowana była we Fryburgu w Szwajcarii. To tu ukończył studia z nauk przyrodniczych, a następnie z teologii. Ten wybór kierunków i ich kolejność zaważą później na jego myśli. Dalszą pracę naukową prowadził już równocześnie ze swoją odpowiedzią na powołanie – w 1905 roku przyjął święcenia kapłańskie, a pięć lat później wstąpił do Zakonu Kaznodziejskiego. W 1919 związał się z Katolickim Uniwersytetem Lubelskim. Był kapelanem podczas wojny polsko-bolszewickiej. Przez dwa lata, od 1922 do 1924, był rektorem KUL. Mimo trudnego dla uczelni czasu uratował jej sytuację finansową i pozyskał nowych wykładowców. Z pełnionej funkcji zrezygnował z przyczyn zdrowotnych. W 1929 roku został profesorem Papieskiego Uniwersytetu Świętego Tomasza z Akwinu w Rzymie, znanego jako Angelicum, i otrzymał najwyższy dominikański tytuł naukowy: magister świętej teologii. Pracę na uczelni łączył z pisaniem kolejnych książek, w tym najsłynniejszej, która wyszła spod jego pióra, czyli Katolickiej etyki wychowawczej. W 1932 założył Zgromadzenie Sióstr Dominikanek Misjonarek Jezusa i Maryi. W tym czasie powrócił do Polski i pracował głównie w Warszawie, jednak 1 września 1939 roku zastał go w Krakowie. Tutaj pozostał już do końca życia. Prowadził wykłady i rekolekcje, lecz od 1944, trapiony licznymi chorobami, oddał się już tylko pisaniu. Zmarł, jak wspominałem na początku, 18 maja 1949 roku. Pierwotnie spoczął w Krakowie, jednak w 1960 ciało przeniesiono do Warszawy, do kościoła św. Jacka. W 2004 roku rozpoczął się jego proces beatyfikacyjny.
Był człowiekiem europejskiego formatu. Znakomicie wykształcony, znający 10 języków obcych, twórczo rozwijający tomizm, był osobą, która bez kompleksów dopisywała się do spuścizny europejskiej nauki. Równocześnie zakorzeniony był w polskości i pragnął jej służyć.
Człowiek od trudnych zadań
W służbie na rzecz Kościoła pojawiają się u o. Jacka dwa ciekawe wątki, warte odnotowania. Po pierwsze – co trzeba podkreślić – bardzo możliwe, że dzisiaj Katolicki Uniwersytet Lubelski przestałby istnieć, gdyby nie wysiłek Woronieckiego podczas pełnienia funkcji rektora. Zdolność do pozyskania funduszy uratowała wówczas uczelnię od widma zakończenia działalności.
Chciałbym też zwrócić uwagę na lata trzydzieste, gdy pełnił w zakonie dominikańskim funkcję syndyka, odpowiedzialnego za kwestie majątkowe. Wówczas to prowadził zaplanowaną akcję sprzedaży majątków dominikańskich na Kresach. Uzyskane środki lokowano następnie w rozwój struktur zakonu w dużych miastach, w tym w Warszawie. Za tę działalność był atakowany z prawej strony sceny politycznej. Mówiono o wyprzedawaniu narodowego dziedzictwa i kapitulanckiej postawie wobec Kresów. Zmiany czy wytyczanie nowej drogi działania prawie zawsze rodzą sprzeciwy i niepokoje, może się jednak okazać, że obrana droga jest słuszna, a czasami wręcz niezbędna. Tak było w przypadku dominikanów – ocenia się, że to m.in. polityka o. Woronieckiego przyczyniła się do odrodzenia się Zakonu Kaznodziejskiego w Polsce.
Po pierwsze charakter
Gdyby zapytać współczesnego człowieka, co jest kluczem do rozwoju, usłyszelibyśmy zapewne o „kompetencjach miękkich”, „budowaniu marki osobistej” czy „zarządzaniu emocjami”. Rzadko jednak pada słowo, które dla minionych pokoleń stanowiło fundament bycia w świecie: charakter. Żyjemy w czasach, w których formacja ustąpiła miejsca informacji, a wychowanie – technokratycznej edukacji. W tym zgiełku nowoczesności głos o. Jacka brzmi nie tylko jak echo z zamierzchłej przeszłości, ale jak ostre przypomnienie o tym, co w człowieczeństwie najważniejsze. Woroniecki, jako wierny uczeń św. Tomasza z Akwinu, tworzył swój system na realizmie. Rozumiał doskonale, że nie da się zbudować sprawiedliwego społeczeństwa, jeśli nie zrozumiemy natury człowieka – z jej blaskami, ale i głębokimi cieniami wynikającymi z dziedzictwa grzechu.
W swoim opus magnum, Katolickiej etyce wychowawczej, Woroniecki stawia tezę, która dla dzisiejszych pedagogów czy „osób ministerialnych” może wydawać się skandaliczna: wychowanie to nie jest proces dostarczania przyjemności czy bezstresowego rozwoju. To proces, w którym zewnętrzny wpływ wychowawcy musi spotkać się z aktywną wewnętrzną pracą wychowanka. Ojciec Jacek bezlitośnie punktował błędy ówczesnych prądów – zwłaszcza tych, które dzisiaj nazwalibyśmy progresywistycznymi. Widział w nich niebezpieczną tendencję do osłabiania ducha ludzkiego. Twierdził, że pedagogika, która boi się wymagać, w rzeczywistości gardzi człowiekiem, bo nie wierzy w jego zdolność do wzrostu.
Dzisiaj edukację traktuje się często instrumentalnie – jako przekazywanie narzędzi do sprawnego poruszania się na rynku pracy. Dla o. Jacka edukacja bez etyki była jedynie budowaniem „sprawnych barbarzyńców”. Można być genialnym specjalistą, a jednocześnie moralnym karłem. Dlatego jego wizja uniwersytetu nie była wizją szkoły zawodowej, ale ośrodka, w którym wykuwa się integralna inteligencja, zdolna prowadzić naród ku dobru wspólnemu.
Najbardziej fascynującym aspektem myśli Woronieckiego jest jego koncepcja „usprawniania władz duszy”. W świecie, który ubóstwia impulsywność i emocjonalizm, o. Jacek przypomina, że wolność to nie samowola, lecz zdolność do bycia panem samego siebie. Charakter to nic innego jak trwałe usposobienie do czynienia dobra. Nie rodzimy się z charakterem – my go mozolnie wykuwamy przez powtarzanie dobrych czynów. Każda decyzja o tym, by dotrzymać słowa czy opanować gniew, jest cegiełką w budowli naszego „ja”.
Warto zauważyć, że Woroniecki był przeciwnikiem przekonania, że wystarczy wiedzieć, co jest dobre, by to czynić. Wiedział, że między poznaniem a czynem leży obszar woli, który wymaga treningu. To dlatego tak dużą wagę przywiązywał do ascezy i dyscypliny, które dziś – wyparte przez kulturę natychmiastowej gratyfikacji – wydają się pojęciami z innej planety. A jednak bez nich nie ma mowy o trwałym charakterze, zdolnym przetrwać kryzysy.
Ojczyznę trzeba (umieć) kochać
Tomistyczne podejście widzimy także w definiowaniu umiłowania ojczyzny. Woroniecki nie postrzegał patriotyzmu jako emocjonalnego uniesienia, lecz jako konkretną cnotę zakorzenioną w sprawiedliwości. To obowiązek wdzięczności wobec wspólnoty, która nas ukształtowała. Twierdził, że prawdziwy patriotyzm musi być chrześcijański – musi uznawać uniwersalne prawo moralne. Polska ma być chrześcijańską wspólnotą obywatelską nie tylko z nazwy, ale z charakteru swoich obywateli. Woroniecki wiedział, że naród bez elit żyjących wartościami ewangelicznymi jest bezbronny. Ojczyzna była dla niego „rozszerzoną rodziną”. Tak jak w rodzinie więzi opierają się na miłości i odpowiedzialności, tak w narodzie powinny one wyrastać z poczucia wspólnego dziedzictwa i wspólnego celu nadprzyrodzonego.
Jego system pedagogiczny, oparty na roztropności, sprawiedliwości, umiarkowaniu i męstwie, jest kompletny. Roztropność uczy wybierania środków do celu, męstwo daje siłę do trwania przy prawdzie. Czy nie roztropności brakuje dziś liderom? Czy nie za sprawiedliwością tęsknią wykluczeni? Woroniecki daje nam gotowy zestaw narzędzi do naprawy świata, zaczynając od naprawy własnego „ja”. Niech lektura jego dzieł będzie nie tylko ćwiczeniem intelektualnym, ale impulsem do zmiany. Zacznijmy więc od dzisiaj, od małych kroków. Tylko tak zbudujemy Polskę, o jakiej marzył ten wielki dominikanin. Prawda o Woronieckim to prawda o naszej szansie na bycie lepszymi. Czas, byśmy z niej skorzystali.
Artykuł pochodzi z Kwartalnika „Civitas Christiana” nr 3/2026
/ab
