Witając się w parafiach czy w grupach duszpasterskich, najczęściej wypowiadamy pozdrowienie „Szczęść Boże” lub „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Natomiast gdy drogi powiodą do Lasek lub innych placówek Dzieła, słyszymy pozdrowienie „Przez krzyż – do nieba”. Niektórym gościom – jak sami przyznają – w pierwszych dniach pobytu z trudem przychodzi wypowiadanie tych słów.
Najczęściej pada pytanie: jak można tak lekko, z uśmiechem dotykać tak głębokiej tajemnicy krzyża? Życie bł. matki Elżbiety Róży Czackiej oraz historia powstawania dzieła dla niewidomych na ciele i na duszy ukazuje proces dojrzewania w zgłębianiu tajemnicy krzyża; najpierw przez rozważanie, a następnie przez podejmowanie go tak, aby pozostawał charyzmatem i fundamentem duchowości oraz był świadectwem realizowania wezwania zawartego w godle zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża: „Pokój i radość w krzyżu”.
Błogosławieństwo ukryte w dramatach
Słyszymy często o dramatach dzieciństwa, ranach niesionych przez całe życie. Zdarza się, że przykre zachowania osoby w wieku dorosłym bywają tłumaczone trudnym dzieciństwem. Matka Elżbieta Czacka ukazuje, że przez poddanie swojego życia przemieniającej łasce Bożej możliwe jest przejście ku światłu. W trudnych wydarzeniach dzieciństwa i życia utkanego z zaskoczeń dostrzegła, jak Pan Bóg przygotowywał i zapraszał ją do odczytania szczególnego powołania w doświadczeniu utraty wzroku i zdrowia. Wspominała:
„Dziecinne i młode lata moje były ciągłym prawie cierpieniem. Dopiero dziś widzę, jaką to było łaską Bożą. Jako dziecko byłam uważana za grzeczną, byłam nieśmiała i ciągle płakałam. Byłam najmłodsza z całego rodzeństwa i dziwnie wszystkich się bałam. Bałam się bardzo mojej matki, bo była bardzo surowa, zawsze smutna i gniewała się często na wszystkich. (…) Bałam się mojej siostry (…) i moich braci, bo się bardzo ze mnie wyśmiewali. Było to także wielką łaską Bożą, bo to mnie nauczyło nie mieć żadnych względów ludzkich” (Notatki, 12.02.1928).
Także jako nastolatka wiele cierpiała, ponieważ – jak wspominała: „była brzydka i nudna”. Nie lubiła uczestniczyć w spotkaniach młodej arystokracji, mimo iż bardzo lubiła tańczyć. Kiedy z czasem przekonała się do konieczności nawiązywania i budowania relacji w swoim środowisku, Pan Bóg przygotował dla niej inną drogę, którą tak podsumowuje: „Gdy w końcu zaczęłam się bawić, wtedy straciłam wzrok” (Notatka ks. W. Korniłowicza [1930]).
Wydarzenie to – a miała wtedy 22 lata – było pojmowane przez wiele osób jako dramat i życiowa klęska. Dla Róży zaś stało się zaskakującą inspiracją do nowego życia, które dojrzewało nie bez duchowej walki. Wiele przepłakała, zanim wybrała – wspomina.
Uległość wobec woli Bożej sprawiła, że oddała Panu swoją niepełnosprawność. Doszła nawet do wyznania, że nie miała już żalu z powodu utraty wzroku. Przeszła drogę osobistej rehabilitacji i jednocześnie przygotowywała się do służby niewidomym. Skromną działalność rozpoczęła w Warszawie i po około dwóch latach założyła Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi (1910).
Róża Czacka uważała, że formacja duchowa ma kluczowe znaczenie w przyjęciu niepełnosprawności, ponieważ jedynie w świetle wiary i Ewangelii można wytłumaczyć sens cierpienia.
Podczas I wojny światowej, w 1915 roku, wyjechała na krótki pobyt do rodziny na Wołyń. Ze względu na działania wojenne trwał on 3 lata. Uciekając przed linią frontu, dotarła do Żytomierza, gdzie wykorzystała czas trzyletniego oddalenia od założonego przez siebie dzieła. Podjęła decyzję o przygotowaniu się do życia zakonnego, złożyła śluby zakonne i już jako siostra Elżbieta powróciła do Warszawy. Stała się założycielką Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża (1918) do służby niewidomym.
Cztery lata po powstaniu zgromadzenia wiara i zaufanie matki Elżbiety w Bożą opatrzność zostały ponownie wystawione na próbę przez ciężką chorobę nowotworową i dwie operacje. Pomimo drżenia o przyszłość dzieła i osób ją otaczających, ona sama zachowała pokój, bo – jak często powtarzała: „Dzieło to z Boga jest i dla Boga”. Wtedy też złożyła prywatny ślub przyjmowania wszystkich cierpień.
W nieustannym zmaganiu się z trudną rzeczywistością finansową międzywojennej Polski, w totalnym umęczeniu założycielki i współpracowników, w pokonywaniu trudu niezrozumienia niektórych decyzji powstawał ośrodek dla niewidomych w Laskach. Jego podwaliną stawały się także osoby niewidome duchowo, z różnych powodów oddalone od Boga. Ks. Władysław Korniłowicz w ramach duszpasterstwa warszawskiej inteligencji podsyłał założycielce młodych wolontariuszy. Dzięki świadectwu wiary i pokonywaniu codziennych trudności przez matkę Elżbietę oraz osoby niewidome fizycznie – młodzi odnajdywali wzrok duszy i uczyli się „widzieć Niewidzialnego”.
Przedsmak nieba
W pragnieniach i planach młodej arystokratki Róży Czackiej zapewne nie było doświadczenia miażdżącego bólu i totalnego ogołocenia. Głębokie przeżycie tamtych dni, przyjęcie i akceptacja krzyża połączone z myślą o „przedsmaku nieba” być może już wtedy pozwoliły zakiełkować wyjątkowemu pozdrowieniu w Laskach: „Przez krzyż – do nieba”, które do dziś jest codziennym wyzwaniem:
„Bywają w życiu niektórych ludzi wielkie katastrofy, które druzgoczą, łamią, rwą i przewracają wszystko. Nic już nie pozostaje z tego, co wiązało z życiem. Uderzenie jest tak mocne, że za jednym zamachem ogołaca człowieka ze wszystkiego. Prócz miażdżącego bólu, zdaje się, że już nic jemu nie pozostaje. Bóg jest wtedy najbliżej. Szczęśliwy ten człowiek, jeżeli wśród bólu, wyzwolony ze wszystkiego, tylko Boga szuka i Jego znajdzie. (…) Wtedy wśród cierpienia i bólu zaczyna człowiek nowe życie, życie pełne radości i szczęścia wśród cierpień, bólu i łez. Bóg mu dał to szczęście, «którego świat nie dawa». (Dyrektorium, 26.02.1928).
Cierpienie nieuniknione
Cierpienie jest wstrętne naturze człowieka – przyznaje matka Elżbieta. Jest tajemnicą, której nie można banalizować, ale jeśli zostanie przyjęte z miłości ku Bogu, stanie się źródłem przemiany myślenia mocą Ducha Świętego. Cierpienie jest też nieuniknione, ponieważ stanowi drogę do świętości, mówiła matka Elżbieta w jednej z konferencji podczas wojny. Dlatego trwanie u stóp krzyża, w jego trzech wymiarach, powinno być drogą „służebnic krzyża”:
„Cierpienie jest nieuniknione. Nie można osiągnąć wyższego stopnia świętości bez cierpienia. Człowiek, który żyje dla Boga, musi dźwigać krzyż, który mu Bóg zsyła. Dlatego trwanie u stóp krzyża powinno być naszą drogą. Jest drugi krzyż, który powinnyśmy nieść i któremu służymy. Jest to krzyż wszystkich cierpiących, a zwłaszcza ślepota fizyczna czy duchowa. (…) Czego szukać mamy u ludzi? Służenia cierpieniu. Trzeci krzyż – to jest nasz własny krzyż, który nie przez wyobraźnię sobie fabrykujemy, nie przez miłość własną. Mówię tu o krzyżu, który z ręki Bożej przychodzi: utrata zdrowia, strata wolności. Krzyż bardzo ciężki. To jest dobry, zdrowy krzyż, który należy dobrze przyjąć” (Konferencje duchowe dla sióstr, 18.01.1940).
Bez słów uczyć ludzi, by dobrze umieli cierpieć
Założycielka Lasek swoim świadectwem ukazywała bez słów, jak żyć. Zanurzona w Bogu, poprzez codzienność prowadziła do światła zmartwychwstania wiele osób niewidomych duchowo. Jej postawa otwartości pociągała tych, którzy w pierwszym rzędzie poszukiwali szlachetnych ideałów prawdy i dobra, a dopiero później dochodzili do prawdziwego ich źródła. Cicho towarzyszyła, miała czas na wysłuchanie. Przeżywała boleśnie, jeśli danej osobie było trudno uwierzyć czy zrozumieć wolę Pana Boga.
W doświadczeniu ciemności świata matka Elżbieta oczyma duszy pozostaje zapatrzona w Jezusa zmartwychwstałego. Ukazuje swoim życiem, jak rozumieć cierpienie i krzyż.
Ratowanie dusz, przyjmowanie cierpienia oraz ofiarowanie wszystkiego, co trudne, matka Elżbieta ujmuje w konkret m.in. zadośćuczynienia za własne grzechy i za duchową ślepotę świata. Ukazuje jednocześnie, że jest to możliwe tylko w łączności z Chrystusem, w prostocie i w głębokim zaufaniu Panu Bogu, że On nie daje więcej cierpień, niż człowiek może unieść. Te myśli ujęła w modlitwie, którą przekazała siostrom i członkom Dzieła Lasek, jako „Ofiarowanie krzyża”:
„Panie, Boże mój, Tobie ofiaruję krzyż mój całodzienny,
z miłości ku Tobie, w zjednoczeniu z Męką Pana Jezusa, na większą cześć i chwałę Twoją,
na intencję Ojca Świętego, Kościoła świętego i Ojczyzny,
na zadośćuczynienie za grzechy moje, za grzechy całego świata,
a w szczególności za duchową ślepotę ludzi…”.
Błogosławiona matka Elżbieta ukazuje swoim życiem i w pismach, że sens krzyża, sens cierpienia można zrozumieć i – co za tym idzie – łatwiej je przyjąć, mając świadomość uczestniczenia w Ciele Chrystusa, którym jest Kościół, wiedząc, że każdy trud podjęty z miłością staje się źródłem i darem pokoju i radości.
Artykuł pochodzi z Kwartalnika „Civitas Christiana” nr 3/2026
/ab