Koniec tegorocznych, na przemian niespokojnych pogodowo i upalnych wakacji pozwala z dystansem spojrzeć na ulotną przedwakacyjną przeszłość. Zwłaszcza dziś, przy zalewie ważnych (i mniej ważnych) informacji, często sprawy fundamentalne stają się rzeczami ulotnymi.
25 maja bieżącego roku papież Leon XIV ogłosił swoją pierwszą encyklikę Magnifica humanitas, która wpisuje się w kanon dotychczasowych encyklik społecznych. Dokument ten sygnowany został datą 15 maja 2026 r., co oznacza bezpośrednie nawiązanie do 135. rocznicy ogłoszenia pierwszej encykliki społecznej, czyli Rerum novarum Leona XIII. Co więcej, w przywoływanej encyklice znalazło się streszczenie głównych idei zawartych w najważniejszych dotąd dokumentach nauczania społecznego Kościoła. Wielokrotnie na tych (oraz innych) łamach pojawiało się dobitnie sformułowane wobec nowego papieża oczekiwanie ogłoszenia nowej encykliki społecznej na miarę Rerum novarum epoki cyfrowej. Pojawiło się nawet jej robocze określenie Rerum digitalium. Dokument ogłoszono, wielu przyjęło go z entuzjazmem, wielu formułowało zastrzeżenia i uwagi, jednak największe niebezpieczeństwo tkwiło i tkwi nadal w obojętności wobec treści zawartych w tej encyklice i to przede wszystkim wśród katolików. Wielu świeckich dziennikarzy technologicznych przynajmniej odnotowało fakt, że papież zabiera głos w kwestii nowych technologii. Osobiście mogę mieć satysfakcję, że to o czym próbowałem pisać 15 lat temu w czasie studiów na KUL-u, choćby o technokracji, transhumanizmie i filozofii techniki, które wówczas były traktowane jako dość osobliwe ciekawostki, dziś znalazły się w głównym nurcie nauczania społecznego Kościoła.
Magnifica humanitas jak zwykle stanie się przedmiotem rozważań naukowców i publicystów, zapewne pojawią się liczne artykuły naukowe na jej temat, odbędą się seminaria, konferencje i sympozja, zostaną napisane monografie i prace zbiorowe, lecz czy spełni się oczekiwanie Krzysztofa Niemczyka, aby ta encyklika trafiła pod strzechy, a nie stała się przedmiotem zainteresowania jedynie wąskiej grupy specjalistów? Wydaje się to raczej wątpliwe, zwłaszcza w świetle wydarzeń jakie miały miejsce w małej szwajcarskiej wiosce Écône dnia 1 lipca, na które także z Polski udała się dość liczna grupa uczestników. Oczywiście wielu biło na trwogę już w 1891 r., kiedy ogłaszano Rerum novarum, tyle tylko, że ówcześni zwolennicy monarchizmu, ultramontanizmu i indeksu ksiąg zakazanych nie dysponowali internetem i mediami społecznościowymi, jak choćby portalem LifeSiteNews.com, którego CEO jest John-Henry Westen z Kanady. Wytaczał on w przeszłości najcięższe działa przeciwko papieżowi Franciszkowi, a teraz z porównywalną siłą ognia ostrzeliwuje Leona XIV. Niestety, łatwe hasła uderzające w najwyższe „c” o tym, że posoborowy Kościół zbłądził wpadając w pułapki modernizmu, humanizmu, genderyzmu i relatywizmu moralnego, znajdują większy posłuch niż lektura zawiłego tekstu encykliki, wymagającego w wielu passusach uprzedniej wiedzy i przynajmniej podstawowego stopnia przygotowania intelektualnego.
Ostatnio na stronie Klubu Jagiellońskiego ukazał się ciekawy artykuł autorstwa Marcina Kawko, zatytułowany „Dlaczego polscy katolicy uwierzyli w neoliberalizm? Czas położyć temu ostateczny kres”, który analizuje swoisty fenomen polskiej i katolickiej orientacji wolnorynkowej, akcentującej równoczesne przywiązanie do konserwatywnych wartości obyczajowych z akceptacją najbardziej liberalnego, czy wręcz libertariańskiego modelu gospodarczego. Autor sięga do przełomu roku 1989, upadku komunizmu i ogromnemu pragnieniu osiągnięcia przez Polaków poziomu życia społeczeństw zachodnich (USA, Europa Zachodnia), ale także Japonii. Na marginesie można przywołać słynne hasła wznoszone w czasie tzw. „Karnawału Solidarności” (1980-81) przez Lecha Wałęsę, o tym, że będzie budował w Polsce drugą Japonię. Wpisywało się to wszystko w kontekst zimnowojenny, oparty na konfrontacji bloku państw kapitalistycznych z blokiem komunistycznym i przeświadczeniu, że po drugiej stronie żelaznej kurtyny panuje swoisty ziemski raj. O ile dla kogoś wolnorynkowe tezy głoszone przez Janusza Korwina-Mikke brzmią topornie i naiwnie, to może przecież sięgnąć do bardziej wysublimowanego myśliciela jakim był Mirosław Dzielski (1941-1989), zmarły jeszcze przed ostatecznym upadkiem realnego socjalizmu.
Autor tekstu, M. Kawko, ukazuje, że do popularności tez wolnorynkowych, na gruncie nauczania społecznego Kościoła w Polsce, przyczyniła się nadinterpretacja encykliki Centesimus annus (1991) Jana Pawła II, dokonywana w tym czasie na różne sposoby przez o. Macieja Ziębę OP (1954-2020, z pomocą ówczesnych publicystów amerykańskiego pisma „First Things” i członków „Instytutu Actona” (Michael Novak, ks. Robert Sirico). Liberalizacja gospodarcza i amerykanizacja polskiej myśli katolicko-społecznej w latach 90. XX w. doprowadziła do całkowitego zapomnienia o polskim dorobku przedwojennej katolickiej nauki społecznej uprawianej w II Rzeczypospolitej. W rzeczywistości polskiego przedwojennego kapitalizmu, czyli ogromnej biedy i pauperyzacji ówczesnego społeczeństwa, wyrażającej się w choćby w prymitywnych warunkach socjalnych i higienicznych oraz licznym analfabetyzmie, mało kto snuł mrzonki o kapitalizmie dającym szansę na awans od pucybuta do milionera. Wręcz przeciwnie, ówczesna katolicka myśl społeczna starała się zgłębić idee solidaryzmu społecznego spod znaku niemieckiego jezuity Heinricha Pescha (1854-1926). Największe zasługi w tym względzie odniósł ekonomista i prawnik z Politechniki Lwowskiej, Leopold Caro (1864-1939). Studia ekonomiczne odbył w Lipsku, gdzie pod wpływem niemieckiej szkoły historycznej (Friedrich List, Gustav von Schmoller, Max Weber) oraz francuskiego solidaryzmu społecznego (Léon Bourgeois), ukształtowały się jego poglądy ekonomiczne i socjologiczne. Tam też zetknął się bliżej z katolicką nauką społeczną. Szkoda, że dzisiaj Caro jest postacią szerzej nieznaną, a polscy katolicy próbują dalej godzić ogień z wodą, nie dostrzegając przy tym, że przyczyny kryzysu rodziny, kryzysu wartości oraz zapaści demograficznej, połączone z prekaryzacją młodego pokolenia oraz wszechwładzą mediów społecznościowych, są prostą konsekwencją poglądów leseferystycznych.
W ich miejsce, autor omawianego tekstu, proponuje ponowne sięgnięcie do zasad niemieckiego ordoliberalizmu (Wilhelm Röpke, Alfred Müller-Armack) oraz włoskiej ekonomii obywatelskiej (Giuseppe Toniolo). Tyle tylko, czy komukolwiek z decydentów będzie się chciało po nie sięgnąć?
/mdk