Od kilku tygodni Albania doświadcza największej fali społecznych protestów od lat. W Tiranie na ulice wychodzą dziesiątki tysięcy ludzi domagających się ustąpienia rządu Ediego Ramy. Według części mediów i organizatorów w kulminacyjnych momentach protestów w stolicy mogło znajdować się nawet około 100 tysięcy demonstrantów. Społeczne niezadowolenie nie ogranicza się jednak wyłącznie do samej Albanii. Do protestów włączają się Albańczycy mieszkający od lat w Wielkiej Brytanii, we Włoszech czy Niemczech. Pojawiają się transparenty i hasła mówiące wprost: „to my utrzymujemy ten kraj”. Trudno odmówić im racji. Albańska gospodarka od lat funkcjonuje między innymi dzięki pieniądzom przesyłanym przez emigrantów, którzy opuścili własne państwo nie z powodu politycznej przygody czy aspiracji kosmopolitycznych, ale dlatego, że nie byli w stanie znaleźć w nim stabilnego i godnego życia.
Wydarzenia w Albanii są jednak czymś znacznie więcej niż lokalnym konfliktem politycznym czy kolejnym kryzysem na Bałkanach. Albania staje się dziś laboratorium procesów, które w różnej skali dotyczą niemal całej współczesnej Europy. Dlatego pytanie o Albanię jest w rzeczywistości pytaniem o model gospodarczy i cywilizacyjny, jaki przyjęły społeczeństwa Zachodu po zakończeniu zimnej wojny.
Przez dekady przekonywano nas, że globalizacja przyniesie dobrobyt wszystkim. Wystarczy otworzyć gospodarkę, przyciągnąć zagraniczny kapitał, stworzyć odpowiednie warunki dla wielkich inwestorów i pozwolić działać mechanizmom wolnego rynku. Bogactwo miało stopniowo „skapywać” (trickle-down theory) w dół, obejmując kolejne grupy społeczne. W tym modelu państwo miało przede wszystkim usuwać przeszkody dla rozwoju gospodarczego, ograniczać regulacje i ułatwiać przepływ kapitału. Jednocześnie środowisko naturalne zaczęto traktować wyłącznie jako ekonomiczny zasób możliwy do maksymalnej eksploatacji.
W teorii wszyscy mieli na tym skorzystać. W praktyce coraz częściej obserwujemy proces odwrotny. Zyski zostają sprywatyzowane, natomiast koszty są uspołeczniane. Lokalne wspólnoty tracą dostęp do własnej przestrzeni, rosną ceny nieruchomości i podstawowych produktów, stabilna praca zostaje zastąpiona przez sezonowe i niskopłatne zatrudnienie, a całe regiony gospodarczo uzależniają się od jednego sektora – najczęściej turystyki.
Albania jest pod tym względem przykładem wyjątkowo wyraźnym. Kraj liczący około 2,75 miliona mieszkańców odwiedziło w 2025 roku blisko 12 milionów turystów. Oznacza to, że liczba odwiedzających była ponad czterokrotnie większa niż liczba obywateli samego państwa. Gospodarka coraz silniej opiera się na usługach turystycznych i inwestycjach związanych z rynkiem nieruchomości. Jednocześnie rośnie inflacja, ceny mieszkań stają się nieosiągalne dla przeciętnych obywateli, a młodzi Albańczycy nadal masowo emigrują. Tirana w relacji zarobków do kosztów życia staje się jedną z najdroższych stolic Europy. Powstaje więc fundamentalne pytanie: dla kogo właściwie rozwija się albańska gospodarka?
Szczególnym symbolem obecnych protestów stał się projekt luksusowego kompleksu turystycznego planowanego w rejonie ujścia rzeki Vjosa i jednocześnie parku narodowego. Jest to miejsce wyjątkowe w skali całej Europy. Vjosa pozostaje ostatnią dużą dziką rzeką kontynentu. Tereny wokół niej stanowią siedlisko dla ponad 1100 gatunków roślin oraz około 250 gatunków ptaków, w tym flamingów, które stały się symbolem protestów określanych mianem „Rewolucji Flamingów”. Sama nazwa nie jest przypadkowa. Flamingi bronią się przed drapieżnikami poprzez działanie w grupie. To symbol wspólnoty przeciwstawiającej się silniejszym, agresywnym podmiotom.
Planowana inwestycja związana była między innymi z funduszem Affinity Partners należącym do Jareda Kushnera i wspieranym przez kapitał katarski. Wartość projektu szacowano na około 1,4–1,5 miliarda dolarów. Dla niewielkiej Albanii to inwestycja o gigantycznej skali, porównywalna z projektami mogącymi realnie przekształcić strukturę gospodarczą całych regionów kraju. Władze argumentowały, że przedsięwzięcie przyniesie nawet 10 tysięcy nowych miejsc pracy i ogromne wpływy do budżetu państwa. Jest to klasyczna logika teorii skapywania. Najpierw bogacą się inwestorzy i wielki kapitał, później korzyści mają objąć całe społeczeństwo.
Problem polega jednak na tym, że rzeczywistość coraz częściej nie potwierdza tej obietnicy. Państwo oddaje prywatnym podmiotom kontrolę nad wspólnymi zasobami, natomiast społeczeństwo otrzymuje w zamian niestabilną gospodarkę opartą na sezonowej pracy, wzroście kosztów życia oraz uzależnieniu od zewnętrznego kapitału. Co więcej, Albania już dziś cierpi na chroniczny brak pracowników. Masowa emigracja sprawia, że pojawiają się pomysły sprowadzania taniej siły roboczej z biedniejszych regionów świata. Zdaniem części organizacji pozarządowych może to prowadzić do tworzenia rynku pracy funkcjonującego poniżej standardów europejskich, opartego na skrajnej zależności ekonomicznej migrantów.
Mechanizm ten jest zresztą charakterystyczny dla wielu współczesnych gospodarek turystycznych. Rozwój nie oznacza już budowania trwałej klasy średniej, ale utrzymywanie systemu taniej i wymiennej pracy usługowej. Człowiek ma być mobilny, elastyczny i tymczasowy. Ma wynajmować coraz droższe mieszkanie, pracować sezonowo i nie zadawać pytań o przyszłość.
Nie bez znaczenia pozostaje również polityczny wymiar całego kryzysu. Edi Rama rządzi Albanią nieprzerwanie od blisko trzynastu lat i w 2025 roku zapewnił sobie czwartą kadencję z rzędu. Wokół jego rządów od dawna pojawiają się oskarżenia o związki z oligarchicznymi grupami interesów, korupcję oraz relacje części elit z przestępczością narkotykową. Jednocześnie albańskie państwo coraz częściej sprawia wrażenie struktury zarządzającej procesem inwestycyjnym bardziej niż wspólnoty politycznej reprezentującej własnych obywateli.
W tym sensie szczególnie symboliczna była scena z Abu Zabi podczas World Future Energy Summit, gdy Edi Rama uklęknął przed Giorgią Meloni, śpiewając jej „Tanti auguri” z okazji urodzin. Dla wielu był to jedynie medialny epizod czy ekscentryczne zachowanie polityka. W rzeczywistości scena ta dobrze oddaje kondycję współczesnych elit politycznych państw peryferyjnych. Coraz częściej ich podstawowym zadaniem nie jest bowiem reprezentowanie interesu własnego społeczeństwa, ale skuteczne funkcjonowanie w świecie międzynarodowych inwestorów, funduszy i globalnych zależności ekonomicznych.
Dlatego protesty w Albanii nie są wyłącznie buntem przeciwko konkretnemu rządowi. Są sprzeciwem wobec modelu rozwoju, który podporządkowuje społeczeństwo logice rynku i kapitału. To konflikt o znacznie głębszym charakterze – o pytanie, czy istnieją jeszcze dobra wspólne, których nie wolno sprowadzać wyłącznie do wartości ekonomicznej.
Jeżeli rzeka staje się jedynie zasobem inwestycyjnym, ziemia aktywem finansowym, człowiek wyłącznie siłą roboczą, a państwo administratorem procesów gospodarczych, wówczas kryzys Albanii przestaje być problemem jednego niewielkiego kraju na Bałkanach. Staje się zapowiedzią szerszego kryzysu cywilizacyjnego, który obejmuje coraz większą część współczesnego świata.
Dlatego wszyscy jesteśmy dziś Albańczykami.
/ab