Home / Z życia "Civitas Christiana" / Sumienie − pomoc czy przeszkoda w pracy i życiu społecznym?

Sumienie − pomoc czy przeszkoda w pracy i życiu społecznym?

W ramach realizowanego w Słupsku projektu ZPOO “Być solą ziemi – różne charyzmaty, wspólny cel. Civitas Christiana prowadzi „Słupską Szkołę Liderów Katolickich”. Jedna z sesji poświęcona była Godności Pracy Ludzkiej, na której ks. prof. Ryszard Kozłowski wykładowca Akademii Pomorskiej wygłosił wykład „ Sumienie – pomoc czy przeszkoda w pracy”. Publikujemy za zgodą autora.

 

„Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi” (Dz 5, 29)

Kontrowersyjnie postawiony temat daje do myślenia. Pytając o to, czy sumienie pomaga czy przeszkadza człowiekowi w jego pracy, czy w życiu społecznym, kierujemy się przynajmniej kilkoma ukrytymi założeniami: 1/ że jest ono czymś, co może być lub może nie być, czyli, że ja sam podejmuję decyzję o jego istnieniu i nieistnieniu, ja decyduję o tym, czy mi pomaga czy przeszkadza; z góry traktuję je jak „rzecz”, jak kłodę rzuconą mi pod nogi, po której wprawdzie mogę przejść, ale o którą częściej się potykam, 2/ że umiejscawiam je „poza sobą”, że jest dla mnie czymś przychodzącym z zewnątrz (od Boga, pracodawcy, prawa); 3/ że jest rzeczywistością tymczasową, jak pomoc-przeszkoda, 4/ że jest czymś, kto ma na mnie średni wpływ, że to raczej ja wpływam na nie, korzystając z „pomocy” lub uchylając się od niej.

Tymczasem sprawa z sumieniem prezentuje się zgoła odmiennie, stąd pytanie o to, czy pomaga człowiekowi czy przeszkadza, staje się bezzasadne − sumienie działa tak, jak samo chce, niezależnie od moich zachcianek, niezależnie od moich życiowych projektów i planów. Sumienie po prostu jest − jest ontologicznym i metafizycznym faktem. Ono zawsze „robi swoje”, „swoje mówi”, zawsze „ma rację”, a jeśli te „racje sumienia” człowiek uważa za przeszkodę, oznacza, że gubi się i zatraca na ścieżkach swojego życia, jeśli zaś jest im posłuszny − zwycięża. Sumienie mówi, a człowiek albo go słucha, albo pozostaje na nie głuchy, zatraca się lub ocala w swym życiu i działaniu. Zatem sumienie nie tyle pomaga człowiekowi czy mu przeszkadza − to człowiek może sumieniu przeszkadzać, bądź mu pomagać. To nie sumienie zależy od człowieka, lecz człowiek zależy od sumienia − ono jest jego panem.

Na tego typu problemy natknął się w swoim czasie kard. J. H. Newman, którego nauka o sumieniu dostała się nawet na karty Katechizmu Kościoła katolickiego. W Liście do księcia Norfolku przywołuje kilka zarzutów, które kierowane są w stronę koncepcji sumienia prezentowanej przez nauczanie Kościoła katolickiego: że jest „wytworem człowieka”, że jest głosem Boga w naturze i w sercu człowieka odrębnym od Objawienia; że jest jednym z nieodłącznych elementów umysłu, tak jak postrzeganie innych idei, zdolność rozumowania, poczucie porządku i piękna, i inne dary intelektualne (immanentyzm); że jest nastawieniem umysłu prymitywnego, zniekształconego, że jego nakazy są wymysłami, by narzucić człowiekowi poczucie winy (pragmatyzm, utylitaryzm), że jest irracjonalne, bo zrywa z łańcuchem przyczynowo-skutkowym i wzywa do odpowiedzialności; że jest błahostką czy wyrażoną opinią.

Z natury rzeczy sumienie − wyjaśnia Newman − kieruje nasze myśli ku istocie, która istnieje poza nami: ku „niewidzialnemu nauczycielowi”. Dar sumienia budzi tęsknotę za czymś, czego człowiek sam sobie dać nie może. Sprawia ono, że dusza zaczyna myśleć o autorytatywnym kierownictwie, o prawie Bożym, budzi pragnienia poznania niewidzialnego Pana, Kierownika i Sędziego, który dotychczas tylko cicho przemawiał w duszy.

Na jakim etapie pracy odzywa się „głos sumienia? Kiedy powinien on zabrzmieć? Kiedy trzeba, by człowiek zaprzestał działania i tego głosu wysłuchał? Pomińmy te sytuacje, w których człowiek staje przed wyborem pracy, a skoncentrujmy się na tych, kiedy już pracujemy, już jesteśmy „rzuceni” w jakąś pracę, lub ją wybraliśmy. Wchodzimy w pole etycznych działań człowieka, bowiem każda praca ma swój ethos. Wyznacza on człowiekowi określony sposób bycia i działania, stwarza mu przestrzeń do pełniejszego rozwoju, kształtowania się, daje radość realizacji. Więc „nie idzie tylko o to, żeby zamiatać ulice i żeby te ulice były zamiecione − pisał ks. J. Tischner. Chodzi przede wszystkim o to, żebym ja − jako zamiatacz ulic − miał swoją zasługę, bym był dobrym człowiekiem, dobrym zamiataczem ulic” (J. Tischner, J. Żakowski, Tischner czyta Katechizm, Kraków 1996, s. 136), żebym był „dobrym pracownikiem”: dobrym księdzem (sumiennym), spowiednikiem, kaznodzieją, wykładowcą, dobrą pielęgniarką, dobrą matką, dobrym ojcem „pracującym” ze swoimi dziećmi, z rodziną, dla dzieci i dla rodziny.

Chodzi tu o ten sposób bycia człowieka, który możemy określić jako „bycie według sumienia”, analogicznie do bycia „wobec wartości”, wobec drugiego, wobec dobra i zła − zawsze jakoś się odnosimy to tych rzeczy albo nie odnosimy, ale pozostajemy tak czy inaczej w relacji do nich. Formułując myśl bardziej ogólnie można zapytać tak: co znaczy być człowiekiem sumienia?

Odwołując się do analiz K. Wojtyły z Osoby i czynu, być człowiekiem sumienia oznaczałoby najpierw odkrycie i uświadomienie sobie pewnej rzeczywistości normatywnej wewnątrz osoby, następnie działanie zgodnie z nią. W każdym czynie ludzkim, a tym jest również ludzka praca, człowiek jako osoba się spełnia, mówiąc językiem bardziej potocznym: wypełnia swój byt określonymi treściami, które wiążą się z jego czynem-pracą. Nie-spełnienie oznacza poczucie pustki i bezsensu, spełnienie, oznacza „napełnienie” się dobrem, poczucie sensu. Aby praca-czyn spełniał człowieka, konieczne jest sumienie, które wyraźnie określa konkretne dobro w danym czynie oraz kształtuje adekwatną do tego dobra powinność. Sumienie nie tylko podsuwa człowiekowi, że dane „x jest dobre”, że „x jest prawdziwym dobrem”, a „y złem”. „Właściwa i zupełna funkcja sumienia polega na uzależnieniu czynu od poznanej prawdy” (K. Wojtyła, Osoba i czyn, s. 200). Dzięki temu „uzależnieniu” od dobra w prawdzie, wewnątrz osoby kształtuje się nowa rzeczywistość − rzeczywistość normatywna, polegająca na oddziaływaniu norm na osobę.

Katechizmowy wykład nt. sumienia moralnego (KKK 1776 n.) od samego początku naprowadza nas na samodzielną, wewnętrzną rzeczywistość w człowieku, która rządzi się własnymi prawami, niezależnie od tego, co myśli człowiek. Choć myślenie odgrywa tu zasadniczą rolę, to jednak nie najważniejszą − myślenie ludzkie jest wspierane przez sumienie i jego Głos, przez jego Światło; sumienie ten Głos i to Światło „przynosi”, w sumieniu Głos i Światło znalazły sobie najwłaściwsze „miejsce”. Katechizm odwołuje się do nauki Soboru Watykańskiego II: „Sumienie jest najtajniejszym ośrodkiem i sanktuarium człowieka, gdzie przebywa on sam z Bogiem, którego głos w jego wnętrzu rozbrzmiewa” (Gaudium et spes, nr 16).

Główną funkcją sumienia jest osądzanie, ocenianie, oświetlanie decyzji, motywacji i myśli człowieka. Jest obecne we wnętrzu osoby − nakazuje jej pełnić dobro, a unikać zła; osądza konkretne wybory (jedne aprobując, inne potępiając); posługuje się rozumem − jest „sądem rozumu”, przez który osoba rozpoznaje moralną jakość konkretnego czynu. Błogosławiony kard. J.H. Newman, oratorianin z Oksfordu, w cytowanym Liście do księcia Norfolku tak pisał o sumieniu: „Sumienie jest prawem naszego ducha, ale go przewyższa; upomina nas, pozwala poznać odpowiedzialność i obowiązek, obawę i nadzieję (…) Jest zwiastunem Tego, który tak w świecie natury, jak i łaski, mówi do nas przez zasłonę, poucza nas i nami kieruje. Sumienie jest pierwszym ze wszystkich namiestników Chrystusa” (5). Światło sumienia konfrontuje myślenie i działanie człowieka z uniwersalną prawdą o dobru, oświeca człowieka, by ten nie realizował tylko dóbr  partykularnych, osobistych, egoistycznych, lecz by czynił to, co się Bogu podoba, by pełnił Jego wolę.

Między innymi z tych właśnie względów „sumienie jest w człowieku niezwykłą mocą. Na tego rodzaju moc nie natrafiamy nigdzie we wszechświecie. Potrafi ono skłonić człowieka do działania wbrew największym strachom, doprowadzić do szczytów bohaterstwa i głębokości skruchy. (…) Bywało, że sumienie doprowadzało ich (ludzi − RK) do świętości, bywało także, że uciekając przed nim − wybierali samobójczą śmierć. Ewangeliczny Piotr i Judasz − oto dwie znane postacie, które stały się symbolicznymi przejawami działania sumienia ludzkiego” (J. Tischner, Etyka wartości i nadziei, w: Wobec wartości, Poznań 1982, s. 96). Jeśli już znajdujemy się w sytuacji, w której dane dobro zostało rozpoznane, jeśli już go pragniemy, chcemy uczynić je swoim, to jednak pozostajemy nadal tylko obserwatorami podziwiającymi takie czy inne dobro. Jeśli chcemy je zrealizować, potrzebne jest właśnie sumienie, które wprawia wszystko w ruch. „Jest ono mocą, która skłania do zmiany, do postępu, do tego, by osoba ludzka budowała siebie na fundamencie nadziei, którą odkrywa jako najistotniejszą dla siebie i w sobie” (Tamże, s. 97). O ile więc umysł widzi dobro, wola chce dobra, o tyle sumienie mówi „bierz”, „uczyń je swoim własnym”, niech ono stanie się tworzywem twojej osoby.

Dzięki sumieniu człowiek rozpoznaje siebie (swoją osobę) w odniesieniach do świata wartości; w ten sposób odsłania  kim jestem, jaki jestem. Język potoczny ujmuje tę sprawę bardzo prosto, określając takiego człowieka mianem „człowieka sumienia”. Człowiek sumienia to ten, kto − dosłownie − sumiennie wykonuje swoje obowiązki, to ten, który odnosi swoją pracę, swoje działania do szerszego horyzontu, którym są wartości (dobro, prawda, piękno). O kimś takim powiemy, że nie tylko „pracuje”, ale „dobrze i pięknie” pracuje, że nie tylko żyje, ale „żyje pięknie i prawdziwie”. Między żyć a żyć pięknie zachodzi istotna różnica − w pięknym życiu chodzi o „coś więcej” niż tylko o życie, o pracę, o trud: w pięknym życiu objawia się Bóg jako piękno, jako prawda, jako dobro.

 

Praca i sumienie

 

Sumienie − podkreśla ks. Tischner − poznaje się po jego owocach. Stąd przypominać może nasienie rzucone w ludzką duszę, które − niewielkie i milczące − powoli wzrasta. Pierwszym owocem sumienia jestem ja sam, moje życie, moja praca, moje obowiązki, które spełniam. I nie chodzi o same obowiązki i prace, lecz chodzi o sposób ich realizacji, o to też, kim jestem ja jako spełniający je, jak do nich podchodzę, z jakim zaangażowaniem. Co więcej, sumienie czyni z każdej pracy i z każdego działania „rzecz niezwykłą”, rzecz wartościową, rzecz odniesioną do wartości.

Dzięki temu podejściu, praca nie jest tylko robotą, ale pracą − jest czynieniem siebie, tworzeniem dobra, służeniem dobru itd. Praca to „działalność, która wiąże się z kształtowaniem bytu ludzkiego, jednostkowego i społecznego, a więc tworzy ten byt, podtrzymuje, przekształca i rozwija. (…) Do pracy trzeba zaliczyć nie tylko bezpośrednią produkcję oraz utrzymywanie człowieka przy życiu i zdrowiu (…), ale należą do niej niewątpliwie także czynniki związane z całym bytem człowieka, a więc przekształcające życie człowieka, intensyfikujące je, rozwijające, dopełniające treściowo i dążące do osiągnięcia dalszych stopni antropogenezy. Poza tym nazwą <<praca>> obejmujemy nie tylko działania skuteczne i przynoszące nam zamierzone plony, a także i działania nieskuteczne, byle zmierzały do określonych wyżej celów” (Cz. S. Bartnik, Teologia pracy ludzkiej, Warszawa 1977, s. 15).

Ponieważ praca obejmuje całą strukturę człowieka i jego egzystencję, to wchodzi w grę wszelka działalność człowieka –  materialna i duchowa, indywidualna i wspólnotowa, krótkotrwała i długotrwała, uwieńczona sukcesem i bezskuteczna. O tym, czy coś jest pracą czy nią nie jest, decyduje „relacja do całościowo branego bytu ludzkiego” (s. 15). W tym kontekście można i trzeba mówić także o „antypracy” − będą nią te czynności, które „są sprzeczne z bytowaniem ludzkim, a więc te, które je niszczą, zniekształcają, hamują” (s. 16).

Sumienie włącza pracę człowieka w twórczą działalność samego Boga-Stwórcy. Nie jestem sam ze swoją pracą, ze swoim trudem, z nakładanymi na mnie ciężarami − jestem z Bogiem. Sumienie wiąże mnie z Nim jako Twórcą wszelkiego dobra. Człowiek sumienia nie żyje już dla siebie, ale żyje życiem Boga i dla Boga, potem dla innych. Jest współ-twórcą dobra wiecznego, nieprzemijającego. W pracy poznajemy Boga, odkrywamy Jego ślady, czynimy Go obecnym pośród nas (Cz. S. Bartnik, s. 130).

W ten sposób dochodzimy do sformułowania pewnego rodzaju „liturgii” pracy, teologii pracy, duchowości pracy. O kilku elementach tej duchowości pisze na koniec swojej encykliki pt. Laborem exercens Jan Paweł II. Prócz tego, że praca (wraz z odpoczynkiem, świętowaniem) jest uczestniczeniem w dziele Stwórcy. Także ta praca, którą tworzą zwykłe i codzienne zajęcia (nr 25) swój szczególny charakter nabywa przez odniesienie do Chrystusa. Jezus bowiem nie tylko głosił słowem dobrą nowinę, ale przede wszystkim wypełniał ją czynem; był człowiekiem pracy (rzemieślniczej, jak Józef z Nazaretu). Chrystus należy do świata pracy, „ma dla ludzkiej pracy uznanie i szacunek, można powiedzieć więcej: z miłością patrzy na pracę, na różne jej rodzaje, widząc w każdej jakiś szczególny rys podobieństwa człowieka do Boga − Stwórcy i Ojca. W przypowieściach o królestwie odwołuje się do pracy ludzkiej: do pracy pasterza (J 10, 1-16), rolnika (Mk 12, 1-12), lekarza (Łk 4, 23), siewcy (Mk 4, 1-9), gospodarza (Mt 13, 52), ekonoma (Łk 16, 1-8), rybaka (Mt 13, 4-50), kupca (Mt 13, 45n.), robotnika najemnego (Mt 20, 1-16); mówi o różnorodnej pracy kobiet (Mt 13, 33), wspomina o pracy uczonych (Mt 13, 52). Oryginalną teologię pracy stworzył także św. Paweł. W Liście do Kolosan, gdzie pisze: „Cokolwiek czynicie, z serca wykonujcie jak dla Pana, a nie dla ludzi, świadomi, że od Pana otrzymaliście dziedzictwo wiekuiste jako zapłatę” (Kol 3, 22).

Ostatni punkt Laborem exercens ukazuje ludzką pracę w świetle Chrystusowego krzyża i zmartwychwstania. Z pracą wiąże się trud − stanowi zapowiedź śmierci. Pracujący chrześcijanin, przez pracę, wiąże się z dziełem zbawienia Chrystusa przez cierpienie i śmierć krzyżową, ale „znosząc trud pracy w z zjednoczeniu z Chrystusem ukrzyżowanym za nas, współpracuje z pewien sposób z Synem Bożym w odkupieniu ludzkości. Okazuje się prawdziwym uczniem Jezusa, kiedy na każdy dzień bierze krzyż działalności, do której został powołany” (27). Jak Chrystus, tak chrześcijanin bierze krzyż-pracę na swoje ramiona. „W tejże samej pracy dzięki światłu, jakie przenika nas z Chrystusowego Zmartwychwstania, znajdujemy zawsze przebłysk nowego życia, nowego dobra, jakby zapowiedź nowego nieba i nowej ziemi − które właśnie przez trud pracy staje się udziałem człowieka i świata. Poprzez trud − a nigdy bez niego. Potwierdza to, z jednej strony, nieodzowność krzyża w duchowości ludzkiej pracy, z drugiej strony jednakże odsłania się w tym krzyżu-trudzie nowe dobro, które z tej pracy bierze początek” (27).

Z rozpatrywanego tu punktu widzenia wynika, że sumienie jest tą władzą człowieka, tą jego zdolnością, która odnosi go do pracy, ale zarazem odnosi go do Boga, do Zmartwychwstania, uwznioślając niejako trud, czyniąc go „świętym trudem”, trudem uświęcającym człowieka, przemieniającym go. Człowiek sumienia nie pracuje bowiem dla samej pracy, nie dla samego zysku, nie dla przekształcania tej ziemi i czynienia jej sobie poddaną ­− to zbyt mało, człowiek sumienia żyje, by pracować, a pracuje (z Bogiem), by naprawdę żyć, żyć dla siebie i dla innych, z innymi, czyniąc ten świat lepszym i piękniejszym.

 

Współczesność bez sumienia i bez etyki

 

Sumienie jest nadprzyrodzonym gwarantem tworzenia i rozwijania życia społecznego (państwa, ojczyzny, rodziny, przyjaźni), przez co wyznacza racje jego istnienia i kierunki rozwoju. „Ale samo sumienie nie stanowi, co jest obiektywnie dobre, a co złe, a jedynie osądza mnie, czy stanąłem po stronie dobra, czy może po stronie zła. Muszę zatem konfrontować swoje sumienie z normami i kodeksami moralnymi, niezależnymi tylko ode mnie” (Cz. S. Bartnik, Współczesny amoralizm, w: „Nasz dziennik”, 13 kwietnia 2012, Nr 87 (4322). Rozpowszechniają się dziś poglądy, dla których nie ma obiektywnych norm moralnych i etycznych: „Nie ma niejako obiektywnego lustra, w którym człowiek i cała ludzkość może się przyglądać, czy i na ile są moralni lub niemoralni. Po rozbiciu lustra ogólnoludzkiego, jednego i wspólnego, potworzyły się etyki pluralistyczne, względne i subiektywne” (Tamże).

Coraz częściej etyka i kodeksy etyczne zastępowane są prawem unijnym, stąd poszczególne czyny człowieka są wówczas dobre, o ile prawo to zachowują, są złe, gdy sprzeciwiają mu się. Robi się wszystko, za pomocą polityków i filozofów, by etykę klasyczną identyfikować bezpośrednio z daną religią, z danym poglądem religijnym, stąd ateizm, często wojujący, może być jedynym źródłem praw, chce nawet „nadawać” paradoksalnie sens prawu naturalnemu. „Naturalne” wiec jest to, czego żąda nienaturalistyczna etyka człowieka. Nie trzeba już w tym momencie sięgać do powiedzenia, że „jeśli Boga nie ma wszystko mi wolno”, gdyż: „ponieważ wszystko mi wolno, nie ma Boga”, nie ma Jego praw, nie ma naturalnych praw człowieka”.

Oto niektóre przypadki nowej „antyetyki”. 1/ Dla „moralności wyzwolonej” najwyższą normą etyczną ma być niewiara w Boga, niereligijność, zbudowany przeciw wierze ateizm. Mówiąc inaczej: dziś etyczny jest ateizm, wiara jest nieetyczna. 2/ W życiu społecznym i politycznym nie może być miejsca na etykę klasyczną, na prawo naturalne. Regułą w polityce są półprawdy, kłamstwa i manipulacje, począwszy od manipulacji prostą informacją, po manipulacje genetyczne. 3/ W etyce klasycznej znane są granice stosowne w życiu seksualnym człowieka, granice życia człowieka (od poczęcia do śmierci), dziś te granice są ustalane przez człowieka, zgodnie z interesami partykularnymi czy biznesowymi. 4/ Ideałem człowieka nie jest charakter, mądrość, odwaga czy męstwo. Nowa etyka (rewolucyjna) ideał człowieka widzi w tężyźnie fizycznej, w życiu zgodnie z popędami, w zdolnościach technicznych, korzystaniu z rozrywki i zabawy, a przede wszystkim w sztuce wyzbywania się „przesądów religijnych”. Wartości duchowe i moralne ustępują miejsca ubóstwianiu i uzdrawianiu przyrody (ekologia, sozologia), stąd upada kształcenie humanistyczne, na rzecz technicznego. „Moralność rewolucyjna, czyli z naszego punktu widzenia niemoralność − podsumowuje ks. Bartnik − niszczy każdą dziedzinę życia i samego człowieka. Media nie podają całego obrazu złej sytuacji moralnej, podają tylko zjawiska wybrane. Ale jak się analizuje dzieje dawniejszych państw, królestw, imperiów, kultur i religii – co sam czynię od wielu lat – to narzuca się wniosek, że mamy “zachód Zachodu”, że Europa i kultura euroatlantycka wkraczają w ostatnią fazę historyczną. Prawdopodobnie za lat 100, 200 z powodu tego niszczącego chaosu intelektualnego i moralnego, nie będzie już Europy, lecz jakaś Afroeurazja. Można by się temu upadkowi przeciwstawić we współpracy wielkiej myśli, Kościołów i państw. Tylko że na razie z ludźmi zaczadzonymi błędną filozofią nie da się w ogóle rozmawiać” (Tamże).

 

Według sumienia

 

Ludzkie sumienie, które konfrontuje zamysły człowieka z odwieczną prawdą i dobrem, odsłania założenia błędnych filozofii i inspiruje do poszukiwania głębszych wartości, które mogą służyć zarówno indywidualnemu, jak i społecznemu życiu człowieka. Proces uzdrawiania powinien rozpocząć się od każdego z nas, by następnie przenieść się na płaszczyznę społeczną. Pośrednim przedmiotem tego namysłu jest encyklika Jana Pawła II pt. Veritatis splendor, poświęcona właśnie zagadnieniu sumienia.

Szczególnie ważną i poważną rolę w tym procesie odkrywa Kościół i jego misja. Nie jest on autorem norm moralnych, ale ich obrońcą, ich rzecznikiem i głosicielem. „Kościół, posłuszny prawdzie, którą jest Chrystus − pisze Jan Paweł II − i którego obraz odbija się w naturze i godności osoby ludzkiej, tłumaczy normę moralną i przedkłada ją wszystkim ludziom dobrej woli, nie ukrywając, że wymaga ona radykalizmu i doskonałości” (nr 95). Kościół ze stanowczością broni uniwersalnych i niezmiennych norm moralnych. Nie chce przez to w jakikolwiek sposób zawężać pola aktywności społecznej człowieka, ale chce służyć jego prawdziwej wolności − wolności w prawdzie, nie zaś wolności w kłamstwie, gdyż taka jest tylko marną iluzją. „Posługa ta jest skierowana ku każdemu człowiekowi, postrzeganemu w jedyności i niepowtarzalności jego egzystencji: tylko w posłuszeństwie uniwersalnym normom moralnym znajduje człowiek pełne potwierdzenie swojej jedyności jako osoba oraz możliwość prawdziwego wzrostu moralnego. I właśnie dlatego posługa ta jest skierowana ku wszystkim ludziom: nie tylko ku jednostkom, ale także ku wspólnocie i ku społeczeństwu jako takiemu. Normy, o których tu mowa, stanowią bowiem solidny fundament i trwałą gwarancję sprawiedliwego i pokojowego współżycia ludzi, a tym samym prawdziwej demokracji, która może się narodzić i wzrastać jedynie dzięki uznaniu równości wszystkich obywateli, posiadających takie same prawa i obowiązki” (96).

Jan Paweł II, nawiązując do swojej wcześniejszej encykliki pt. Centesimus annus (1991), przypomina, że jeżeli „nie istnieje żadna ostateczna prawda, będąca przewodnikiem dla działalności politycznej i nadająca jej kierunek, łatwo o instrumentalizacje idei i przekonań dla celów jakie stawia sobie władza. Historia uczy, że demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm” (46).

 

Bliźni jako system podstawowy

 

Czy sumienie nie naprowadza nas także na przykazanie miłości, w świetle którego odczytujemy prawdę o swoim człowieczeństwie jako istocie społecznej, żyjącej wespół i z innymi, jako istocie pracującej? Analizy zamieszczone w ostatniej części filozoficzno-etycznego studium Karola Wojtyły Osoba i czyn, przybliżają nas do tej kwestii.

„Będziesz miłował bliźniego, jak siebie samego” − mówi przykazanie miłości. „Przykazanie <<będziesz miłował>> − czytamy w Osobie i czynie − ma na wskroś wspólnotowy charakter, mówi o tym, co kształtuje wspólnotę, ale przede wszystkim uwydatnia to, co czyni wspólnotę w pełni ludzką. Mówi o tym, co kształtuje właściwą głębię uczestnictwa” (K. Wojtyła, Osoba i czyn, Lublin 1994, s. 333). Sumienie ludzkie „widzi” bliźniego przez pryzmat miłości, przez pryzmat najwyższego Dobra, nie redukując go do jednostki, czy jedynie do elementu wspólnoty. Wspólne każdemu człowieczeństwo jest istotą tej miłosnej więzi, jej treścią i celem. Jeśli w życiu wspólnotowym chodzi najpierw o miłość, to chodzi też o moje własne ja pozostające w twórczym powiązaniu z osobowym ja drugiego człowieka − w naszym człowieczeństwie. Poza miłością i poza wolnością pozbawiamy się tej fundamentalnej dla człowieka wartości personalistycznej.

Sumienie − indywidualne i wspólnotowe − jest „okiem”, które wprowadza światło miłości w codzienność ludzką i jej sprawy, a wprowadza je nie tylko po to, by świat uczynić bardziej ludzkim i osobowym, a codziennej pracy nadać upragniony sens, ale by sam człowiek mógł spełnić się w objawiającej się „miłości do końca”, którą objawił nam sam Jezus Chrystus. Krzyż jest tego znakiem.

 

***

 

Sumienie jest duszą dobrej pracy i dobrego życia z innymi i pośród innych, to aksjologiczne centrum człowieczeństwa człowieka, bez którego kręci się on albo wokół siebie, albo wokół tymczasowego interesu. Praca i życie poza sumieniem stają się puste, bezwartościowe i beztreściowe, o nic nie dbam, nie zabiegam; sumienie bowiem nie tylko reguluje moje odniesienia do innych czy do siebie, ale „prowadzi” mój byt, moje życie we „właściwą stronę”, w tę stronę, której może w danym momencie może jeszcze nie rozpoznaję. Ta „właściwa strona” jest wpisana w mój własny byt, w rdzeń mojego bytu w postaci sumienia, które mówi mi „tego nie czyń”, „czyń to”, „czyń tak”, „tak nie czyń”, „bądź dobrym człowiekiem”, „bądź dobrym zamiataczem ulic”, „bądź dobrym jak chleb”.

 

 

ks. Ryszard Kozłowski COr

 

Dodaj komentarz