Jednym z najsławniejszych spowiedników w całej historii był kapucyn, święty ojciec Pio z Pietrelciny. Dzieje stygmatyka z Gargano były burzliwe, ale ostatecznie nikt się chyba zbytnio nie dziwił, że z okazji jubileuszu miłosierdzia, w lutym 2016 roku, jego ciało zostało na pewien czas uroczyście przewiezione do watykańskiej Bazyliki św. Piotra. Jednak ojcu Pio towarzyszył tam także inny święty kapucyn – żyjący niemal dokładnie w tym samym czasie i będący niemniejszym aniżeli ojciec Pio spowiednikiem. Leopold Mandić pozostaje jednak nieporównanie mniej sławny niż jego współbrat z San Giovanni Rotondo.
Bogdan Mandić przyszedł na świat 12 maja 1866 roku w Herceg Novi (dzisiejsza Czarnogóra), portowym mieście Królestwa Dalmacji, będącego jednym z krajów koronnych Cesarstwa Habsburgów. Niespokojna to była epoka i niespokojna okolica! W czasie gdy rodzina Mandiciów witała z radością dwunastego potomka, trwała wojna austriacko-pruska, której kulminacyjnym punktem była klęska Austriaków pod Sadową niespełna dwa miesiące później. Zaowocowało to transformacją państwa i powstaniem Austro-Węgier. W ciągu kolejnych dekad życia naszego bohatera Bałkany coraz bardziej stawały się sławnym kotłem, którego wrzenie miało doprowadzić do wielu wojen i cierpień. Historia kolejnych dekad w tamtym regionie naznaczona była nienawiścią i pragnieniem zemsty. Opatrzność uchroniła chłopca od tych uczuć, nie uczyniła go jednak obojętnym na losy ojczystej ziemi.
Pragnienie łagodności
Podczas jednej ze swoich pierwszych spowiedzi ośmioletni Bogdan został nadzwyczaj surowo potraktowany przez kapłana i chyba właśnie wtedy zaświtała mu myśl, by w przyszłości stać się łagodnym i pełnym dobroci spowiednikiem. Krótko później chłopiec po raz pierwszy spotkał ojców kapucynów i szybko uznał, że sam zostanie jednym z nich. Do zakonu wstąpił w wieku szesnastu lat i przeniósł się do Włoch, początkowo do Udine, a w roku 1884 rozpoczął nowicjat w należącym do weneckiej prowincji klasztorze w Bassano del Grappa, otrzymując imię zakonne Leopold. Kapłanem został w 1890 roku, przez kilkanaście lat posługiwał w kilku różnych klasztorach. Z powodu bardzo niskiego wzrostu oraz wady wymowy przełożeni uznali, że nie nadaje się na kaznodzieję. Głównym polem jego kapłańskiej działalności stał się więc konfesjonał.
Kiedy w roku 1906 trafił do Padwy, otaczała go już sława bardzo dobrego spowiednika. W mieście św. Antoniego pozostał do końca życia (1942), nie licząc krótkiej przerwy podczas I wojny światowej: Mandić odmówił przyjęcia włoskiego obywatelstwa („krew nie woda!” – odpowiedział nagabującym go w tej sprawie urzędnikom) i po przystąpieniu Włoch do wojny jako obywatel wrogiego mocarstwa musiał przenieść się na dwa lata do Kampanii.
Obywatelstwo austro-węgierskie było czymś wtórnym. Ojciec Leopold nie chciał stać się Włochem, ponieważ był Chorwatem. Rodacy, i szerzej – wszystkie narody zamieszkujące bałkański „kocioł” – darzyli wielką miłością ojca Leopolda. Żywił nadzieję, że będzie mógł wrócić nad Sawę oraz Drawę i przysłużyć się powrotowi prawosławnych do jedności z Rzymem. Co najmniej od roku 1905 często ponawiał ślub ofiarowania własnego życia i zasług w tej intencji. Tymczasem jednak nieustannie rosła sława niziutkiego (135 cm!) i niewyraźnie mówiącego pokornego spowiednika. Czas spędzany w konfesjonale wydłużał się – stopniowo zaczął w nim przesiadywać po 8, 10, a nawet 12 i więcej godzin.
Maryja w teorii i praktyce
Ogromne było nabożeństwo maryjne o. Leopolda. Czas, którego nie spędzał w konfesjonale albo na adoracji eucharystycznej, najchętniej przeznaczał na lekturę dzieł mariologicznych. Był przeszczęśliwy, kiedy w 1928 roku ukazało się drukiem Mariale jego wielkiego współbrata (również należącego do weneckiej prowincji kapucynów), św. Wawrzyńca z Brindisi.
Co szczególnie interesujące, także w kontekście aktualnych dyskusji na temat roli Maryi w dziele odkupienia, św. Leopold przez wiele lat żywił pragnienie napisania książki dowodzącej trafności tytułu Współodkupicielki. Złożył ślub obrony tezy o współodkupieniu, podobny do ślubu obrony niepokalanego poczęcia, jaki dość często składano dwa wieki wcześniej. Własnoręcznie napisał także deklarację w brzmieniu: „Ja, brat Leopold Mandić Carević, niezachwianie wierzę, że Najświętsza Dziewica, jako Współodkupicielka rodzaju ludzkiego, jest moralnym źródłem wszystkich łask, ponieważ wszyscy otrzymaliśmy z Jej pełni [łaski]”.
Podobnie jak nie dane mu było stać się kaznodzieją jedności chrześcijaństwa wśród braci odłączonych (on, Mandić, najlepiej rozumiał i miłość, i dramat zawarty w tych dwóch słowach – nawet jeśli sam częściej mówił o „wschodnich dysydentach”), tak nie napisał tejże książki. O Maryi mówi się, że otrzymała od Chrystusa połowę Jego królestwa: królestwo miłosierdzia. Słodycz Maryi udzielała się siedzącemu w konfesjonale ojcu Leopoldowi. Jego styl spowiadania odpowiadał postanowieniu powziętemu w wieku ośmiu lat. Był prawdziwym miłosiernym Samarytaninem, gotowym nieść na własnych plecach biednego grzesznika i opatrywać go na własny koszt. Penitentów przyjmował z serdecznością, jak najmilszych gości. Żegnał z wdzięcznością, że mógł im pomóc. Dla każdego miał dobre serce i dobre słowo. W ten sposób mariologia o. Leopolda, która nie mogła zostać przekuta w książkę, nie pozostała porzuconym projektem intelektualnym, ale codziennie wcielała się w życie poprzez jego posługę. Prowadził dusze ścieżką Matki Miłosierdzia i Ucieczki grzeszników, w duchu hasła per Mariam ad Jesum.
Łaska triumfująca
Całe życie ojca Leopolda jest wyrazem prymatu łaski. Zrezygnował z misji na rzecz najbardziej ukrytej i, po ludzku, najmniej satysfakcjonującej z posług kapłańskich: bo rozumiał wartość i tego wyrzeczenia, i tej służby. Zamknięty w ciasnym konfesjonale malutki kapucyn mógł być pewien, że pełniąc wolę Bożą, pracuje w najlepszy sposób dla wywyższenia Maryi, jak i dla nawrócenia Wschodu. Ale ta pewność była zwycięstwem wiary i łaski. Łaska triumfowała także nad naturą. Czy bowiem Leopold Mandić był z urodzenia człowiekiem o gołębim sercu? Można o tym wątpić, biorąc pod uwagę krew, jaka płynęła w jego żyłach. Parce mihi, Domine, quia Dalmata sum! – modlił się jego ukochany krajan i szczególny patron, św. Hieronim ze Strydonu na Istrii, tłumacząc krewki temperament właśnie pochodzeniem z Dalmacji.
Święty, który najbardziej kojarzy się z łagodnością i słodyczą, Franciszek Salezy, okupił dojście do heroicznego stopnia tych cnót bardzo ciężką walką. Tak zapewne było także w wypadku o. Leopolda. Ten malutkiego wzrostu człowiek był gigantem ducha. I prawdziwym wojownikiem. Zarówno pragnienie stoczenia wielkiej bitwy na rzecz tytułu Współodkupicielki, jak i jego gorliwość misyjna ukazują rycerski temperament. W paradoksalny sposób ten sam rys widoczny jest także w heroicznej cierpliwości wobec penitentów. „To są twoje Bałkany” – powtarzali mu przełożeni, pokazując konfesjonał. Tam toczył swoją wielką bitwę o nawrócenie dysydentów. Tam, jednocząc się z Maryją, szafował darami odkupienia, udzielając niezliczonych Bożych łask najgorszym nawet grzesznikom. Jego zaproszenie „venga, venga” (wł. „proszę przyjść”) i serdeczne podziękowanie penitentowi, któremu udzielił rozgrzeszenia (bo jak wielką radością jest móc przekazać komuś życie łaski!), wymagało niekiedy zwycięstwa nad sobą samym. Nawet najniższy spowiednik ma przecież plecy, które po paru godzinach siedzenia w konfesjonale bolą. On zaś siedział dzień w dzień – cały dzień. Przyjmował na siebie niekończący się potok ludzkich nędz, grzechy najobrzydliwsze, grzechy powtarzane, grzechy lekceważone, grzechy ukrywane czy usprawiedliwiane. Obcował na co dzień z tym, co w człowieku najgorsze. I budził w ludziach to, co najlepsze, dając im to, co Boskie.
Dwa oblicza sprawiedliwości
Warto na koniec wrócić do zestawienia dwóch wielkich kapucyńskich spowiedników. Ojciec Leopold i ojciec Pio byli jak gdyby dwiema stronami tego samego medalu Bożego miłosierdzia i sprawiedliwości. Ojciec Pio słynął z surowości. Zdarzyło się, że do San Giovanni Rotondo przyjechał autokar związanych z Akcją Katolicką pielgrzymów. Wszyscy poszli wyspowiadać się u ojca Pio – i żaden nie dostał rozgrzeszenia. Niekiedy wyrzucał ludzi z konfesjonału z krzykiem „Precz, precz, nieszczęsny!”. Zarazem jednak napominał swoich niewczesnych naśladowców, mówiąc im: „nie jesteście ojcem Pio, dawajcie rozgrzeszenie!”.
Kapucyn z San Giovanni Rotondo wiedział, że ci, którym nie udzieli rozgrzeszenia, powrócą do jego konfesjonału. Stosował terapię szokową, ale z maestrią wytrawnego lekarza. Jego chorwacki współbrat w Padwie dochodził do tego samego celu w sposób jeszcze bardziej zdumiewający. Pio z Pietrelciny odmawiał rozgrzeszenia tym, którzy nie byli dostatecznie skruszeni. Leopold z Herceg Novi potrafił w najbardziej zatwardziałych grzesznikach wzbudzić szczery żal, doprowadzając ich do punktu, w którym mógł z niewypowiedzianą radością udzielić im tego największego daru.
Tekst pochodzi z kwartalnika "Civitas Christiana" nr 2/2026
/mdk