Kultura instant, której doświadczamy niemal nieustannie, sprawia, że z zadziwiającą łatwością banalizujemy lub trywializujemy nawet najbardziej złożone zjawiska społeczne i gospodarcze. W efekcie rozwój gospodarki próbujemy zamknąć w jednym, wygodnym mierniku (choćby takim jak PKB), którego użyteczność, owszem, pozostaje istotna, ale którego możliwości opisu rzeczywistości są dziś coraz bardziej ograniczone. Sam wzrost lub spadek wskaźnika nie oddaje przecież skomplikowanej, wielowymiarowej struktury współczesnego świata: relacji własności, koncentracji majątku, dynamiki awansu społecznego, poziomu realnego dobrobytu czy skali wykluczenia.
Nie powinno więc dziwić, że od lat rośnie grono sceptyków traktujących PKB jedynie jako jeden z wielu instrumentów pomiaru, a nie rodzaj ekonomicznego totemu, który w sposób ostateczny rozstrzyga, czy społeczeństwo rozwija się harmonijnie, czy też pogrąża w kryzysie. Podobnie rzecz ma się zresztą w kwestiach społecznych, zwłaszcza tam, gdzie próbujemy opisać fenomeny wyjątkowo złożone i wielowarstwowe. Truizmem byłoby dziś jedynie powtarzać za Émilem Durkheimem, że społeczeństwo nie jest prostą sumą tworzących je jednostek. Problem polega raczej na tym, że mimo powszechnej znajomości tej intuicji wciąż uporczywie próbujemy opisywać rzeczywistość tak, jakby dało się ją sprowadzić do kilku prostych wskaźników, wykresów i łatwych odpowiedzi.
W rezultacie debata publiczna coraz częściej przypomina nie próbę zrozumienia rzeczywistości, ale emocjonalny targ uproszczeń. Tam, gdzie trwa dyskusja o dzietności, pojawia się najczęściej opowieść o „wygodnym stylu życia” młodszych pokoleń, które rzekomo nie chcą mieć dzieci, bo bardziej cenią podróże, samorealizację i święty spokój. Tam, gdzie powraca temat systemu podatkowego, niemal natychmiast sprowadza się go do prostego konfliktu pomiędzy „tym, co państwowe”, a „tym, co prywatne”, jakby nowoczesna gospodarka była jedynie areną ideologicznego przeciągania liny. Gdy zaś rozpoczyna się rozmowa o systemie emerytalnym (wymagająca przecież myślenia w perspektywie co najmniej kilku dekad, zmian demograficznych i odpowiedzialności międzypokoleniowej), debata bardzo szybko zamienia się albo w protest przeciwko ograniczaniu przywilejów, albo w wezwanie do całkowitej prywatyzacji.
Podobny mechanizm obserwowaliśmy choćby wokół toru wyścigowego w Poznaniu, kiedy wokół istniejącej od dekad infrastruktury zaczęły wyrastać osiedla domów jednorodzinnych. W pewnym momencie osią sporu przestało być pytanie o urbanistyczny rozsądek, planowanie przestrzenne czy odpowiedzialność inwestycyjną, a stało się nią „niezbywalne prawo człowieka do świętego spokoju we własnym ogródku”. Trudno o bardziej symboliczny obraz współczesności: rzeczywistość coraz częściej interpretujemy wyłącznie z perspektywy własnego doświadczenia, własnej wygody i własnego emocjonalnego komfortu.
Można oczywiście przypominać za Edmundem Burke’iem, że „społeczeństwo jest rzeczywiście umową (…) partnerstwem nie tylko między żyjącymi, lecz także między umarłymi i tymi, którzy mają się narodzić”. W tym jednym zdaniu zawiera się być może najważniejsza intuicja nowoczesnego życia społecznego: nasze decyzje niemal nigdy nie dotyczą wyłącznie nas samych. Ich konsekwencje rozciągają się dalej, niż jesteśmy w stanie przewidzieć, a odpowiedzialność sięga dalej, niż chcielibyśmy ją widzieć.
Dlatego racjonalny, z perspektywy konkretnej grupy, system emerytalny, który premiowałby wyłącznie wysokość indywidualnych składek lub długość aktywności zawodowej, wcale nie musi być racjonalny z punktu widzenia całego społeczeństwa. Demokratyczna reprezentacja interesów bardzo łatwo potrafi bowiem przekształcić częściową prawdę w przekonanie o prawdzie absolutnej. Im silniejsze emocjonalne zaangażowanie grupy, tym większa pokusa uznania własnego interesu za uniwersalną normę moralną.
Nieprzypadkowo Zygmunt Bauman pisał o „płynnej nowoczesności”, w której więzi społeczne stają się kruche, tymczasowe i podatne na nieustanne renegocjacje. W świecie, który z ogromną podejrzliwością patrzy na trwałość, zobowiązanie i ciągłość, niemal wszystko zaczyna mieć charakter warunkowy: wspólnota, instytucje, autorytety, a nawet sama odpowiedzialność. Coraz trudniej myśleć kategoriami dobra wspólnego, skoro kultura współczesna konsekwentnie uczy nas patrzenia przede wszystkim przez pryzmat indywidualnego doświadczenia.
I choć język praw człowieka, skądinąd fundamentalny, stale rozbudowuje swoją argumentację, warto pamiętać o gorzkiej intuicji Josepha de Maistre’a, który pisał: „Widziałem Francuzów, Włochów, Rosjan… ale człowieka nie spotkałem nigdy”. Człowiek nie istnieje przecież w abstrakcji. Zawsze jest zakorzeniony: w rodzinie, kulturze, historii, wspólnocie i konkretnym porządku społecznym. Oderwanie jednostki od tych kontekstów może dawać poczucie wolności, ale równie często prowadzi do osamotnienia i społecznej atomizacji.
Być może właśnie dlatego tak trafnie wybrzmiewają dziś słowa Josepha Ratzingera o „dyktaturze relatywizmu”, która „nie uznaje niczego za ostateczne”. Problem relatywizmu nie polega bowiem wyłącznie na sporze filozoficznym. Jego najpoważniejszą konsekwencją jest społeczna tymczasowość — życie w permanentnym zawieszeniu, w którym coraz trudniej budować trwałe instytucje, przewidywalne wspólnoty i odpowiedzialność wykraczającą poza horyzont własnych potrzeb.
/ab