Ślub – to dopiero początek

2016/8/30
5046606777-f4bb1180f6-o.jpg

Kiedyś wychowywano młodych w przekonaniu, że jeśli ślub kościelny, to małżeństwo do  grobowej deski. „I nie opuszczę cię aż do śmierci” – do tego zobowiązuje przysięga małżeńska. Choć czasy się zmieniły i rozwodzimy się częściej, każdy rozwód jest porażką.

Coraz więcej par przystępujących do sakramentu małżeństwa nie zdaje egzaminu z dojrzałości. Jedna trzecia zawartych przed Bogiem związków się rozpada. Rozwodzimy się coraz szybciej, zamiast podjąć walkę o związek i trud jego naprawy. Psycholodzy twierdzą, że przez tempo narzucane nam przez życie coraz mniej się w małżeństwie staramy i trudniej nam nad związkiem pracować. „Nieznośna lekkość bytu” w naszych czasach sprawia, że prościej spakować i wystawić małżonkowi walizkę za drzwi, niż mozolnie reperować to, co się zepsuło.

Papież Franciszek zauważa, „że w  czasach relacji burzliwych i płytkich zapomina się o czułości i że owocem miłości jest ponadto miłosierdzie i przebaczenie”. Ale bywa, że nikt nas nie nauczył, jak sobie w małżeństwie radzić i jak wybaczać. Najbardziej oddziałują na nas wzorce naszych rodziców, ale i oni bywają poranieni, pogubieni w życiu, nie zawsze mogą służyć za przykład.

W czasach wszechobecnej nietrwałości i demoralizacji przez wzorce narzucane nam nachalnie przez media małżeństwo zostaje poddane wielkiej próbie. Przykłady wystawnych ślubów i szybkich rozwodów celebrytów pokazują, że słowa piosenki śpiewanej przez Ewę Bem: „wyszłam za mąż, zaraz wracam”, są aktualne, jak mało kiedy. Kolorówki żywiące się emocjami wolą pisać o tym, jak małżonkowie kłócą się o dziecko lub podział majątku, niż opisywać trudy ratowania związku po poważnym kryzysie, bo to nie dziennikarski cymes. Zamiast mądrej refleksji serwuje się nam podgrzewanie emocji.

Niczym pani Bovary
Jednak z każdym rozpadem małżeńskiego stadła wiąże się dramat, bo zwykle jedna ze stron jest bardziej przywiązana do życiowego partnera i przypłaca to poczuciem krzywdy, czasem ciężką chorobą. Rozwód zawsze jest porażką – twierdzą psycholodzy. I choć pierwszą reakcją może być dla niektórych chwilowe zadowolenie z odzyskanej wolności, często panowie i panie „z odzysku” niezbyt wiedzą, co z nią zrobić, bo dobrego rozwiązania nie ma. Dla katolików największym dramatem po rozwodzie jest to, że żyjąc potem w związkach nieregularnych, nie mogą przystępować do sakramentu Eucharystii i tkwią w konflikcie sumienia. Ich małżeństwo zawarte przed Bogiem jest wciąż ważne, o ile sąd biskupi nie orzeknie unieważnienia, co jest bardzo rzadkie i możliwe tylko w wyjątkowych przypadkach.

Kościół dostrzega problem, że ok. 30% ślubów kościelnych kończy się rozwodami i wpływa coraz więcej wniosków o unieważnienie małżeństwa. Liczba rozwodów par, które zawarły ślub kościelny, jest w Polsce – kraju UE o największej liczbie praktykujących katolików – wciąż wysoka i utrzymuje się na poziomie 61 000–70 000 rocznie. Przysięga przed ołtarzem nadal jest o wiele popularniejsza od ślubu cywilnego i na powiedzenie sakramentalnego „tak” w kościele decyduje się 70% polskich par.
Sakrament małżeństwa to wielkie przeżycie; każda panna młoda marzy, by stanąć na ślubnym kobiercu w białej sukni, okryta welonem. Potem idą już nową drogą życia – we dwoje. Nie zawsze wiedząc jak.

Niestety, dla wielu par ta droga bywa wyboista. Proza życia, która po okresie zauroczenia otwiera oczy na to, jakim rzeczywiście człowiekiem jest współmałżonek, nie zawsze jest do udźwignięcia, zwłaszcza przez młodych, nastawionych na uciechy życia i czerpanie z  niego garściami. Zapatrzeni w seriale i płyciutkie filmy z happy endem, inspirowani newsami „z życia wyższych sfer” w  tabloidach, stają się niczym Flaubertowska pani Bovary, która naczytała się romansów i nie może znieść szarej rzeczywistości.

Arcybiskup Henryk Hoser, w  którego diecezji warszawsko-praskiej jest ponad siedemdziesięciu czynnie działających doradców życia rodzinnego, w tym kilkanaście par małżeńskich, stwierdza, że ludzie, którzy zawierają małżeństwa, często nie zdają sobie sprawy, na czym polegają wszystkie wymiary ludzkiej miłości. Wydaje im się, że wszystko sprowadza się do emocji, uczuć i że gdy one są intensywne, wówczas ta miłość istnieje. Natomiast gdy słabną, nie ma miłości. – Nie na tym polega miłość człowieka – stwierdza abp Hoser. – Prawdziwa miłość jest wtedy, gdy dostrzegamy wartość drugiej osoby.

Po pomoc do Kościoła
– Z czym małżonkowie mają największy problem? – pytam dominikanina o. Mirosława Pilśniaka, który od lat prowadzi warsztaty dla tych, którzy pragną uratować swoje małżeństwo. – Sądzę, że nie uświadamiają sobie tego, iż oboje będą się zmieniać w czasie – zauważa dominikanin. – Myślą, że pozostaną takimi samymi ludźmi, jak w okresie narzeczeńskim. Terapeutka, dr Maria Gdowska-Wilińska, mówi, że ludzie często nie umieją ze sobą rozmawiać. Zdarza się nawet, że inaczej niż partner rozumieją znaczenie tych samych słów. Jej zdaniem rozwód bywa bardzo często drogą na skróty, pójściem na łatwiznę. Bo małżeństwo wymaga pracy nad związkiem, czasu dla drugiego człowieka, trudu, by go zrozumieć. Wymaga uczenia się komunikowania z partnerem i rozwiązywania konfliktów. To trudne, najłatwiej odwrócić się na pięcie i odejść.

Za przysięgą małżeńską nie zawsze idą czyny. Dlatego księża zastanawiają się, czy dłuższe niż 3-miesięczne oczekiwanie na ślub pomoże w lepszym przygotowaniu do małżeństwa, bo jednak każe się obojgu zastanowić nad powagą przysięgi, która jest zasadniczą decyzją na całe życie, a w kontekście dzisiejszego wychowania jest brana przez nich mniej poważnie, niż powinna. A przecież to przysięga przed Bogiem, który jest obecny w sakramencie małżeństwa i do którego w  trakcie ślubowania zwracają się słowami „Tak mi dopomóż Bóg!”.

Zdaniem niektórych socjologów propozycja wydłużenia narzeczeńskiego stażu i przedmałżeńskich nauk może wiele par zniechęcić do decyzji o ślubie przed ołtarzem, bo dla wielu z nich ceremonia w kościele bywa czasem bardziej „spektaklem” niż duchowym przeżyciem. Tę tendencję zauważają też księża, stwierdzając z żalem, że ślubna para podczas przysięgi małżeńskiej już ustawia się pod filmującą tę chwilę kamerę. A przecież nie o to chodzi, by grali role. Dlatego w wielu kościołach prowadzone są kursy dla operatorów, pouczające, by nie naruszali świętości przysięgi, bo nie film ze ślubu jest w życiu małżeństwa najważniejszy. Wydłużenie nauk może sprawić – ale nie musi – że część Polaków, którym się spieszy, nie będzie chciała czekać w „kolejkach” do małżeństwa w świątyni.

Postawić na profilaktykę
Kościół ma problem z nietrwałością małżeństw, bo mają go wierni. Dostrzegli to biskupi na ostatnim synodzie o rodzinie i papież Franciszek w adhortacji Amoris laetitia, w której konstatuje istniejący stan rzeczy i zachęca kapłanów do pracy na rzecz trwałości małżeństwa i rodziny. Bije się też w piersi w imieniu Kościoła, gdy stwierdza: „Nie wsparliśmy dostatecznie młodych małżeństw w pierwszych latach ich wspólnego życia. (…) Niekiedy przedstawialiśmy ideał teologiczny małżeństwa zbyt abstrakcyjnie, skonstruowany niemal sztucznie, daleki od sytuacji i rzeczywistych możliwości rodzin takich, jakie są. (…) Ta nadmierna idealizacja, zwłaszcza gdy nie obudziliśmy ufności w działanie łaski, nie pozwoliła na to, aby małżeństwo było bardziej pożądane i atrakcyjne, wręcz przeciwnie”. Zauważa również: „Przez długi czas byliśmy przekonani, że jedynie kładąc nacisk na kwestie doktrynalne, bioetyczne i moralne, nie pobudzając do otwartości na łaskę, dostatecznie wsparliśmy rodziny”.

W sytuacjach konfliktowych małżeństwa coraz częściej szukają pomocy nie tylko u psychoterapeutów, ale i na spotkaniach małżeńskich przy kościołach. Można się tam wiele dowiedzieć, bo pary małżeńskie dzielą się swoimi doświadczeniami w przezwyciężaniu kryzysów, które są naturalnie wpisane w tak bliskie relacje. W minionym roku akademickim Papieski Wydział Teologiczny Collegium Joanneum po raz pierwszy wypuścił absolwentów podyplomowego Studium Animatorów Małżeństw w Parafii. Absolwenci twierdzą, że skorzystali bardzo dużo. Zrozumieli, jak ogromną rolę odgrywają emocje, jak funkcjonują, skąd się biorą, jak ważne są w konflikcie i w jaki sposób sobie z nimi radzić. Zyskali też pogłębioną świadomość tego, jak bardzo małżeństwo musi być oparte na duchowości. Rektor uczelni ks. prof. Krzysztof Pawlina mówi: – Bardzo często traktujemy ceremonię ślubu jako punkt docelowy, kończący, a to dopiero początek. Stąd wielu katolików ma problem.

Uczelnia wychodzi naprzeciw tym problemom. Od nowego roku akademickiego otwiera Studium Małżeństwa i Rodziny, które przygotuje ludzi do pomocy w prowadzeniu kursów przedmałżeńskich i pracy w poradniach rodzinnych, a także organizuje kurs dla asystentów małżeństw, których zadaniem będzie wspomaganie nie tylko związków przeżywających trudności. Mocniejszy akcent kładzie się w tym przypadku na profilaktykę zapobiegania kryzysom.
Bo fascynacja i zakochanie po pewnym czasie mijają, a małżeństwo trwa. Ludzie często nie zdają sobie sprawy, że tak jak oni, również ich związek będzie ewoluował. I że trzeba go urealnić. A problemy są po to, żeby je rozwiązywać.

Alicja Dołowska

pgw

Zobacz inne artykuły o podobnej tematyce
Kliknij w dowolny hashtag aby przeczytać więcej

#małżeństwo #religia #rodzina #rozwód #ślub #wiara
© Civitas Christiana 2021. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt i wykonanie: Symbioza.net
Strona może wykorzysywać pliki cookies w celach statystycznych, analitycznych i marketingowych.
Warunki przechowywania i dostępu do cookies opisaliśmy w Polityce prywatności. Więcej