Ufać ufającym – czyli o wychowaniu słów kilka

2013/1/17

Przyszło nam żyć w takich czasach, kiedy rzeczy najbardziej oczywiste stają się przedmiotem kontestacji i krytyki, a w końcu ich obraz, dotąd jasny i oczywisty, zaciera się i trzeba przywracać mu jego właściwe barwy. Czytając Deklarację Światowego Kongresu Rodzin z Warszawy, trudno nie odnieść wrażenia, że taki właśnie cel przyświecał jej twórcom. I nic dziwnego: rodzina, dotąd ostoja życia i źródło poczucia bezpieczeństwa, stała się raczej wyspą niż lądem, a chwilami przypomina dryfującą po morzu łódź, pozbawioną steru i żagla.



Do tego coraz silniej słychać głosy tych, co złej jakości rodziny upatrują w jej tożsamości: nierozerwalnym i płodnym związku mężczyzny i kobiety opartym na wzajemnej miłości. Więc może lepiej nie skazywać tych dwojga na beznadziejną wegetację do końca ich dni? A może – jeszcze lepiej – pozwolić na możliwość wyboru płci małżonka? Czemu wszystko musi wyglądać tak jak dotąd?

Nawet tam, gdzie „tradycyjny model rodziny”, bo tak trzeba chyba teraz nazywać tatę i mamę wraz z potomstwem, póki co jeszcze się ostał. Coraz rzadziej można spotkać szczęśliwych rodziców i szczęśliwe dzieci. Jeśli już uda się uniknąć ewidentnej patologii w rodzaju problemów alkoholowych, czy przemocy w domu, to coraz częściej słychać o kłopotach wychowawczych i braku porozumienia pomiędzy pokoleniami. Zresztą jak się rzeczy mają, Czytelnicy sami wiedzą najlepiej. Wiedzą też jednak pewnie, że trudności w budowaniu szczęśliwej rodziny nie są sygnałem do zmiany jej modelu, ale raczej wyzwaniem, aby nie dać się zniechęceniu i znudzeniu naszymi niezałatwionymi sprawami.

Do takich wciąż niezałatwionych spraw trzeba chyba zaliczyć zagadnienie wychowania dzieci. Trudno oddzielić wychowanie od całości życia rodzinnego, ale ponieważ wszystko, co się zmienia dookoła, zmienia się wraz z kolejnymi pokoleniami pojawiającymi się na świecie, szczególnego znaczenia nabiera to, z czym młodzi ludzie wychodzą z domu.

A dlaczego właściwie temat jest ciągle żywy, a nawet z dnia na dzień wydaje się bardziej palący? Czemu wśród powszechnego uznania dla tzw. „wartości” i na fali pokolenia JP II, do którego przyznają się dzisiaj wszyscy – od lat 7 do 107, słychać coraz głośniejsze narzekanie na brak autorytetów? I kto ma być autorytetem: szkoła, rodzice, Kościół czy media?

Odnoszę nieodparte wrażenie, że brak skuteczności w wychowaniu i zachwianie tradycyjnych autorytetów, do niedawna jeszcze kształtujących życie młodych ludzi wynika z tego, że dla uznania jakiegoś autorytetu potrzeba zaufania, a zaufanie nie bierze się z powietrza, tylko z więzi powstających między ludźmi. Jeśli twoje dzieci spędzają więcej czasu z telewizorem niż z tobą, jeśli od kolegów, a nie od ciebie, czerpią wiedzę o życiu, jeśli Internet i pisma młodzieżowe udzielają im odpowiedzi na pytania, z którymi nie zwracają się do ciebie, to nie może być inaczej. I na nic załamywanie rąk, że „ta dzisiejsza młodzież taka bezideowa i powierzchowna”. Na nic biadolenie, że nie uznają żadnych autorytetów. Nie uznają, bo nie ufają. Nie ufają, bo nie mają komu ufać.

Skąd wziąć zaufanie własnych dzieci? – Biorąc pod uwagę doświadczenia rodzin, w których udało się ocalić powszechnie dziś brakujące autorytety, można zaryzykować tezę, że twoje dzieci ufają tobie, o ile ty ufasz swojej żonie (swojemu mężowi). Wtedy jesteś wiarygodny. Po drugie, zasługujesz na ich zaufanie, kiedy nie uczysz ich niczego, czym nie żyjesz sam. Wygląda więc na to, że pytanie o wychowanie dzieci jest pytaniem o to, komu ty ufasz i kogo uznajesz za autorytet w swoim życiu. Im kto bardziej pobożny, tym chętniej przyznaje się do wyznawania wartości chrześcijańskich. Biada jednak, jeśli go spytać „kim jest dla ciebie Jezus Chrystus”? Można sobie ściągnąć na głowę tyradę o prywatności życia religijnego, a w skrajnych przypadkach, kiedy rzecz dotyczy jakiegoś „świadomego praw i obowiązków ultra-katolika”, można też usłyszeć, że to jakieś protestanckie podejście i że „to nie ma nic do rzeczy”.

A ja myślę, że ma i to nawet sporo. Jeśli swoje życie oprzesz na najbardziej nawet uniwersalnym pakiecie zobowiązań (np. Dekalog), będziesz ich bronił przed samym sobą, a i potomstwu nie dasz spokoju, dopóki ich za swoje nie uzna. I będziesz cierpiał – ty i twoje potomstwo. Jeśli jednak uznasz, że autorytet to nie zasady, ale osoby, może zadasz sobie pytanie, ile ma do powiedzenia w moim życiu osoba Jezusa, którego w Credo nazywam panem. Czy to ma w ogóle jakieś znaczenie, co Jezus myśli o mnie i o moich sprawach? Czego się od Niego uczę? W czym staram się do Niego upodobnić? To są korzenie chrześcijańskiego wychowania. To tu, w twojej osobistej więzi z Jezusem, Panem i Zbawicielem, rozpoczyna się wychowanie twoich dzieci. Dopiero w świetle Ewangelii ożywają zasady i wartości przekazane przez rodziców. Aby więc twoje dzieci zaufały tobie, ty zaufaj Jezusowi Chrystusowi. Pomyśl o tym, czego On uczy. Weź do ręki Biblię i zaczerpnij stamtąd mądrości. Powodzenia!

Robert Hetzyg

Artykuł ukazał się w numerze 06/2007.

© Civitas Christiana 2020. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt i wykonanie: Symbioza.net
Strona może wykorzysywać pliki cookies w celach statystycznych, analitycznych i marketingowych.
Warunki przechowywania i dostępu do cookies opisaliśmy w Polityce prywatności. Więcej