Opowiedziana historia jest jak najbardziej prawdziwa. Została wzięta z życia, a zdarzyła się jakiś czas temu, kiedy psy jeszcze nie były „psieckami”. Były po prostu psami. Nie potrzebowały jak dziś ubranek w wyjątkowych wzorach z najlepszej jakości materiałów: kombinezonów, kubraczków, sweterków, dresów i czego tam jeszcze… Wózków spacerowych też nie znały.
Kiedyś tak nie było, aby psi opiekunowie lubili, gdy ich pupile dobrze wyglądają w wyróżniających się, modnie skrojonych ubrankach. Pieska dola takiego psiego opiekuna. Musi to być żywot pełen wyrzeczeń, gdyż utrzymanie czworonożnego członka rodziny niemało kosztuje. Dwunożnego członka rodziny trudno utrzymać, a co dopiero czworonożnego, zapewniając elementy stylizacji stroju dopasowane do pory roku, a więc latem zwiewność, a zimą ciepło. A cóż dopiero, gdy w domu są dwa „psiecki” lub więcej?
Zapewniam, niegdyś psi opiekunowie mieli inne problemy ze swoimi pupilami. Sami zresztą przeczytajcie…
Strata
Zdarzyło się pewnego razu, że zachorował pies i należało coś z nim zrobić. Właściciel, chcąc nie chcąc, uwiązał psa na smyczy i zaprowadził do weterynarza. Tenże, po szczegółowych oględzinach, bez zbędnych ceregieli orzekł, że psu nic już nie pomoże i należy go uśpić. I niezwłocznie to uczynił. Zapytał następnie byłego właściciela psa, czy ma wystawić stosowne zaświadczenie. Ten, mocno zafrasowany utratą czworonożnego przyjaciela, zrezygnował z urzędniczej gorliwości.
I tu został pies pogrzebany…
Traf chciał, że po upływie pół roku przyszło do domu urzędowe wezwanie do zapłaty podatku za psa. Były właściciel pomyślał, że jeśli pół roku nie ma psa, to nie musi już wnosić opłaty. Ale do urzędu poszedł.
W okienku urzędu panienka, pobłyskując białymi ząbkami (właśnie o tej porze spożywała lunch), stanowczo orzekła, że nic nie wie, że petent nie ma psa. W związku z tym opłata winna być wniesiona. Gdyby okazał zaświadczenie weterynarza, wówczas zostałby z opłaty zwolniony.
Były właściciel psa oniemiał! – Dokąd teraz mam pójść? – myślał gorączkowo, rozumiejąc popełniony pół roku temu błąd. – Do komitetu blokowego? A było to jeszcze w czasach „radosnej ludowej twórczości”, gdy funkcjonowało sporo przeróżnych „komitetów”. – Sąsiedzi! – pomyślał. – Widzieli go wiele razy z psem, a teraz nie widzą, bo go przecież nie ma!
Kłopotów ciąg dalszy
Komitet blokowy, owszem, jednak urzędowo zajmował się psami i ich właścicielami wówczas, gdy na chodniku, trawniku, bądź w piaskownicy pojawiały się znajome wyglądem i zapachem „kupki”. Również wtedy, gdy co niektóre dziecko próbowało smaku posypanego piaskowym „lukrem” przedmiotu. Srogie były za to represje i długo zapamiętane. Swojej sprawy nie załatwił.
Poszedł więc zawiedziony do weterynarza, aby ten wystawił mu owo zaświadczenie, z którego pół roku temu zrezygnował. Weterynarz jednak na to: – Chłopie! Nie wystawię ci zaświadczenia. Nie pamiętam tego, co było pół roku temu!
Zrezygnowany były właściciel owczarka machnął z rezygnacją ręką i poszedł znów do urzędu, aby zapłacić podatek za psa i mieć z tym wreszcie święty spokój.
– Oszust przyszedł! – powiedziała urzędniczka do siedzącej obok koleżanki. – A jednak pies się znalazł! Po czym urzędniczka, z marsowym obliczem, zażądała zaświadczenia o szczepieniu psa przeciw wściekliźnie.
– !?!?!? – Tego było już za wiele… Zdesperowany, w geście rozpaczy zamierzał wezwać siły porządkowe. A gdy w końcu opuścił mury nieprzyjaznego urzędu, gotów był udać się do miejscowego schroniska dla zwierząt, wziąć nowego psa, zaszczepić go i w ten sposób zdobyć niezbędne do opłaty zaległego podatku zaświadczenie. Jak myślał, tak… tego nie uczynił… Dlaczego nie doszedł do schroniska? – Nikt tego dziś już nie pamięta. On sam już też nie, bowiem…
Następnego roku… listonosz ponownie przyniósł urzędowe wezwanie do dokonania opłaty podatku za psa…
Co my tu teraz mamy?… Hmm… Pies, owszem, od roku nie żyje, ale i z panem źle się ostatnio dzieje…
/ab