Franciszek z Asyżu – święty czasu przełomu

2026/05/4
AdobeStock 1748231529
Fot. Godong Photo / Adobe Stock

Franciszek z Asyżu nie pojawił się w próżni. Nie był anachronicznym idealistą ani człowiekiem nie z tego świata. Od początku był dzieckiem swojej epoki – zanurzonym w gwałtownych przemianach politycznych, społecznych i kulturowych przełomu XII i XIII wieku.

Dorastał w świecie, który pękał w szwach: stary porządek feudalny tracił oczywistość, rodziły się miasta, pieniądz zmieniał relacje między ludźmi, a ambicje coraz częściej wykraczały poza miejsce urodzenia. Franciszek wiedział, czym są przewroty, napięcia, konflikty i złudzenia związane z próbą siłowego zmieniania świata. Wiedział, jak bolesna potrafi być konfrontacja marzeń z rzeczywistością, bo sam w tym uczestniczył.

Był synem kupca w Asyżu, mieście o rosnących aspiracjach, których nie zaspokajały dawne ramy społeczno-gospodarcze. Konflikt z Perugią nie był wyłącznie lokalnym sporem, lecz przejawem głębszego napięcia między światem feudalnym a rodzącą się komuną miejską. Franciszek stanął po jednej ze stron. Wziął udział w bitwie pod Collestradą, a w konsekwencji został pojmany i przez długie miesiące przetrzymywany jako jeniec. Przypłacił to długotrwałą chorobą. To nie była romantyczna przygoda, ale zderzenie z brutalnością historii.

Przełom osobisty

Franciszek nie był zadowolony ze swojej pozycji. Formalnie należał do niższych stanów, ale jego aspiracje były wysokie. Marzył o awansie społecznym, sławie, rycerskim splendorze. Chciał zostać kimś więcej, przekroczyć granice przypisane mu przez urodzenie. Nie był marzycielem oderwanym od rzeczywistości, ale działał, choć szybko się przekonał, że sensowne działanie potrzebuje solidnego namysłu i trwałego fundamentu.

Zrozumiał, że wcale nie musi zabiegać o pozycję społeczną, aby być kimś. Bo on już był kimś, będąc człowiekiem! Przekonał się o tym w spotkaniu z ludźmi wyrzuconymi poza margines świata, czyli z trędowatymi. Dlatego później mógł z przekonaniem mówić w Napomnieniach: „Zważ, o człowieku, w jak wielkiej wzniosłości umieścił cię Pan Bóg, bo stworzył cię i ukształtował na obraz umiłowanego Syna swego według ciała i na swoje podobieństwo według ducha”. Choć wprost nie użył terminu godność człowieka, mówił właśnie o niej.

Doszedł do wniosku, że zmianę świata zaczyna się od siebie. Jego przemiana nie była nagła ani spektakularna, wymagała czasu i kolejnych etapów. Co istotne, nie przypisywał sobie tego, co zostało mu dane z góry. Z perspektywy kończącego się życia w swoim autobiograficznym Testamencie powtarzał niczym refren: „Pan dał mi”, „Najwyższy objawił mi”. Jego zmiana była wprost związana z Bogiem, przekonał się bowiem, że jego wyimaginowane frustracje zostały pokonane dzięki łasce Bożej. W młodości już samo widzenie trędowatych uznawał za nazbyt gorzkie. Ale kiedy z woli Pana znalazł się między nimi, okazywał im miłosierdzie i właśnie dzięki temu – jak pisał – „to co uznawałem za gorzkie, zmieniło mi się w słodycz duszy i ciała”.

Świat jest taki, jaki jest. Nie da się go anulować ani wymienić na inny. Można go natomiast czytać, interpretować, rozumieć. I pytać o fundament, na którym każda zmiana mogłaby się oprzeć, a tylko jeden jest pewny i nienaruszony. „Fundamentu bowiem nikt nie może położyć innego, jak ten, który jest położony, a którym jest Jezus Chrystus” (1Kor 3, 11). Franciszek wiedział, że zmiana ma sens tylko wtedy, gdy dokonuje się na gruncie trwałym, a nie doraźnym. Rozpoczął więc swoje budowanie od Chrystusa i Jego Ewangelii. Była ona dla niego nie hasłem czy ideałem, lecz światłem do rozumienia rzeczywistości.

Kiedy zmienił swoje życie ku niezadowoleniu ojca, przekonał się, że inni dołączają do niego. Gdy przyszli do niego pierwsi bracia: Bernard Quintavalle i Piotr Cattani, pytając, co mają robić, aby dzielić z nim życie, nie miał gotowej odpowiedzi. Powiedział: „Chodźmy i poszukajmy rady u Pana”, co oznaczało skonfrontowanie się z Ewangelią. Zawsze szukał inspiracji w Słowie Bożym, bo nie ma nic trwalszego i bardziej obiektywnego, zgodnie z tym, co powiedział sam Jezus: „Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą” (Mt 24, 35).

Kryzys Kościoła

Kościół czasów Franciszka był potężny, ale uwikłany w politykę i majątek. Duchowość ludowa szukała radykalizmu, stąd ruchy heretyckie, przede wszystkim katarzy z ich manichejskimi, dualistycznymi poglądami, odrzucającymi wszystko, co materialne i cielesne. Franciszek nie wchodził z nimi w polemikę, mówił jedynie to, w co sam wierzył. I ze spokojem ducha składał Bogu dzięki za „wszystkie byty duchowe i cielesne”. Wyznawał, że Chrystus przyjął „prawdziwe ciało naszego człowieczeństwa i kruchości”. Co więcej, napisał Pochwałę stworzeń.

Odkrył harmonię świata stworzonego przez Boga, widząc, że to, co duchowe, może być w zgodzie z tym, co cielesne, jeśli tylko człowiek uwierzy, że w Chrystusie „to, co jest w niebiosach, i to, co jest na ziemi, zostało obdarzone pokojem i pojednane z wszechmogącym Bogiem”. Dlatego uwierzył w Kościół, duchowy i cielesny, święty przez świętość Boga i jednocześnie grzeszny przez ułomność człowieka. I w takim Kościele od samego początku się odnalazł. Zaufał biskupowi Asyża Gwidonowi, który udzielił mu wsparcia, i zaufał papieżowi, u którego szukał oparcia dla rodzącego się zakonu, mimo że nie był ślepy na słabości Kościoła. Nie szukał buntu przeciw Kościołowi, ale poszedł w głąb Ewangelii. To zasadnicza różnica. Nie zamierzał tworzyć alternatywnej wspólnoty „czystych”, ale poszedł do papieża.

Doskonale ujął to Benedykt XVI w przemówieniu do rodziny franciszkańskiej w 2009 roku: „Franciszek mógł był nie przyjść do papieża. W tamtej epoce powstawało wiele grup i ruchów religijnych, a niektóre z nich przeciwstawiały się Kościołowi jako instytucji lub też przynajmniej nie starały się o jego aprobatę. Z pewnością postawa polemiczna wobec hierarchii przysporzyłaby Franciszkowi niemało zwolenników. On jednak od razu pomyślał, by złożyć drogę swoją i swoich towarzyszy w ręce Biskupa Rzymu, następcy Piotra. Ten fakt ukazuje jego autentycznie eklezjalnego ducha. To małe «my», które narodziło się wraz z pierwszymi jego braćmi, widział od samego początku wewnątrz wielkiego «my» Kościoła jednego i powszechnego. A papież to uznał i docenił”.

Nowy język

W czym tkwi nowość Franciszka? Ewangelia jest niezmienna, jak niezmienny jest Jezus Chrystus. To, co zrobił Franciszek, jest nowością nie w treści, ale w formie. Umiał nadać „starej” Ewangelii język adekwatny do czasów, w których żył. Wprowadził coś, co dziś nazwalibyśmy „wiarą wcieloną”. Średniowiecze przechodziło od myślenia czysto symbolicznego do bardziej egzystencjalnego, stąd żłóbek w Greccio, braterstwo jako styl życia, ubóstwo jako wolność od siebie, szacunek dla wszelkiego stworzenia jako wdzięczność wobec Stwórcy.

To był konkret, nie idea. Tak jak miłość Boga jest konkretna, szczególnie w darze, jaki uczynił On z siebie dla człowieka. Objawił swoją miłość w ciele, w historii, wkraczając w czas człowieka, w jego słabość i zagubienie. Franciszek nie uznał, że Ewangelia nie pasuje do jego czasów. Wręcz przeciwnie, potwierdził swoim życiem, że to nie ona jest anachroniczna, ale powierzchowność i sposób jej przekazywania. Dlatego zmienił język. Nie retorykę, lecz język życia. Był to język świadectwa, braterstwa, prostoty, harmonii i uwielbienia Boga. Język, który nie segreguje ludzi, nie wartościuje według pochodzenia, statusu, preferencji politycznych.

W swojej Regule radził braciom i napominał ich, aby „nie kłócili się ani nie nadwerężali słów, ani nie osądzali innych”. Mieli natomiast być „cisi, przyjaźni i skromni, łagodni i pokorni, mówiąc uczciwie ze wszystkimi, jak należy”. To był język relacji, nie ideologii, język otwartości i szacunku dla każdego. W świecie podziałów Franciszek zaproponował braterstwo, w świecie przemocy – pokój, w świecie rywalizacji – służbę. Nie był naiwny, ale czytał rzeczywistość w świetle Ewangelii, a nie doraźnych interesów. A kiedy Ewangelia okazywała się bardzo wymagająca, znajdował zawsze powód dla podejmowanego trudu: „dla miłości Pana naszego Jezusa Chrystusa”. Tak myśli człowiek wiary, bo taka jest realna wrażliwość chrześcijańska.

Przykład Franciszka pokazuje, że realna i trwała zmiana nie dokonuje się przez modyfikację zewnętrznych form, lecz przez weryfikację fundamentów. Na czym budujesz? Ewangelia nie traci aktualności wraz ze zmianą epok. Jej jedyną „słabością” jest wolność człowieka, który może od niej odejść, dając się mamić złudnym wartościom. Franciszek oparł się na niej! Widział problemy swojego czasu. Widział niesprawiedliwości, podziały społeczne, słabości struktur kościelnych. Niczego nie burzył, niczego nie kontestował w duchu rewolucji. Nie zatrzymał biegu historii ani nie rozwiązał wszystkich problemów swojej epoki. Pokazał jednak coś znacznie ważniejszego: jak przejść przez czas przełomu, nie tracąc człowieka i Boga. Zamiast buntu, sam wrócił do Ewangelii. I to był jego prawdziwy przełom. I dlatego przetrwał dłużej niż jego epoka.

Tekst pochodzi z kwartalnika "Civitas Christiana" nr 2/2026

 

/mdk

CCH 4515 2

o. Andrzej Zając OFMConv

Teolog duchowości, nauczyciel akademicki, dyrektor Wydawnictwa Franciszkanów Bratni Zew.

Zobacz inne artykuły o podobnej tematyce
Kliknij w dowolny hashtag aby przeczytać więcej

#św. Franciszek z Asyżu #kryzys Kościoła #święty czasów przełomu #konflikty #przełom
© Civitas Christiana 2026. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt i wykonanie: Symbioza.net
Strona może wykorzysywać pliki cookies w celach statystycznych, analitycznych i marketingowych.
Warunki przechowywania i dostępu do cookies opisaliśmy w Polityce prywatności. Więcej