W Wielkim Poście 2026 na polskie ekrany wszedł amerykański film „Ostatnia Wieczerza”. To najnowsze (AD 2025) dzieło twórców „Sprawy Chrystusa” i „Bóg nie umarł”. Byłam ciekawa, jak poradzili sobie z opowieścią o ostatnich godzinach życia Jezusa i czy film będzie mi się podobał tak samo, jak historia o dziennikarzu, który chciał udowodnić, że Bóg nie istnieje.
Warto zaznaczyć, że bez wątpienia nie jest łatwym zadaniem opowiedzieć o wydarzeniach, które każdy chrześcijanin zna w szczegółach, a do takich należą te podczas najsłynniejszej paschalnej uczty Pana Jezusa i Jego uczniów. Tematu podjęli się filmowcy pod kierunkiem Mauro Borellego, reżysera i scenarzysty „Ostatniej wieczerzy” i – w mojej opinii – nie do końca podołali zadaniu.
Film oparty jest na skonfrontowaniu ze sobą postaw Piotra i Judasza – apostołów, którzy mieli swoją wizję misji Jezusa i narastające wątpliwości i lęki, gdy atmosfera wokół ich Mistrza gęstniała, aż do finalnych wydarzeń w Jerozolimie. I tu pierwsze pęknięcie. Robert Knepper w roli Judasza jest po prostu znakomity – widać jak zmaga się ze sobą, gdy wszystko wokół Jezusa idzie w odwrotnym kierunku, niż miało zgodnie z Judaszowym planem. Pokusy, z którymi walczy, szatańskie podszepty, od których nie ma wytchnienia, są dla niego udręką, której odbicie widz dostrzeże w jego twarzy, spojrzeniu i mowie całego ciała. Niestety James Oliver Wheatley w roli Piotra wypada przy nim blado. Chce zapewnić Nauczycielowi bezpieczeństwo, niepokoi się, nie jest wolny od dylematów, a kiedy trzykrotnie zaprze się swojego Mistrza i jemu szatan zaproponuje „najprostsze rozwiązanie”. Jednak brak mu autentyzmu, wyrazistości i pasji, z jaką Knepper zagrał Judasza.
Jak już jestem przy braku pasji, to zaskoczył mnie Jamie Ward w roli Jezusa. Jego Chrystus jest bardzo piękny wizualnie, ale brak mu charyzmy. Nie ma w sobie energii, nie idzie, ale kroczy i to niekiedy niepewnie, a kiedy wypędza kupców ze świątyni, to trudno uwierzyć, że to się udało. Odniosłam wrażenie, że aktor wystraszył się swojej roli, a może została tak rozpisana? Nie wiem, ale nie wyszło to dobrze. W kontrze (zarówno narracyjnie, jak i aktorsko) do Jezusa stoi Kajfasz – w tej roli James Faulkner i jest to druga znakomita kreacja w „Ostatniej Wieczerzy”. Kajfasz jest zazdrosny, podstępny i bezwzględny. Faulkner doskonale oddaje uczucia zdziwienia i zawiści nurtujące arcykapłana, wobec faktu, że taki „nikt” jak Jezus, pociągnął za sobą tłumy. To drugie zestawienie postaw, którego zobrazowanie z racji na różnicę w kunszcie wykonawców poszło raczej nie po myśli twórców.
Do elementów, które są zdecydowanie na plus dla produkcji, należy zilustrowanie paschalnej wieczerzy, jaką przeżywa rodzina właściciela Wieczernika, wraz ze służbą i zaproszonymi gośćmi. Wielopokoleniowa familia siedzi na podwórzu, dzieci zadają tradycyjne pytania dziadkowi. Ze sceny tchnie spokój i ciepło, mamy też wgląd w kulinarną odsłonę tej wyjątkowej kolacji. W filmie jest też więcej ładnych, przemyślanych scen, jednak całość jest statyczna, miejscami teatralna, nieco „plastikowa”, a całość trwa długo – blisko dwie godziny. Ponieważ twórcy są protestantami, to wielką nieobecną w filmie jest Maryja. Mimo zapisów ewangelicznych nie zobaczymy Jej na ekranie, nie usłyszymy o Niej ani jednej wzmianki. Razi mnie to przekłamanie.
No cóż, nie jest to film, który chciałabym zobaczyć ponownie. Po obejrzeniu go zastanawiałam się, do kogo tak naprawdę jest adresowany – do młodzieży? Do niewierzących, którzy po raz pierwszy poznają tę historię? Do wierzących, którym ma pomóc w lepszym zrozumieniu historii opisanej na kartach Ewangelii? Do dziś nie znalazłam na swoje pytanie odpowiedzi.
Zwiastun filmu:
/mdk