Popularny i ceniony polski teolog, ks. prof. Andrzej Draguła, we wpisie na jednym z portali społecznościowych zastanowił się publicznie nad obserwowanym wśród duchowieństwa amerykańskiego (ale zapewne nie tylko tamtejszego) zwrotem w kierunku postaw konserwatywnych. Stwierdził, że w ocenie niektórych komentatorów miałby być to trend pozytywny, jednak on sam nie wie, co miałoby być w tym jednoznacznie pozytywnego.
Wyraził się w taki oto sposób:
Moim zdaniem konserwatyzm jest tak samo zły jak progresizm, by nie powiedzieć: prawactwo jak lewactwo. Oba trendy są cudzołożne z aktualnymi modami społecznymi. Jezus - bo On tu musi być punktem odniesienia - nie był ani konserwatystą, ani progresistą, a jeśli - to znaleźlibyśmy u niego znamiona obu postaw. Ewangelia idzie w poprzek, a nie wzdłuż.
Od niepamiętnych już czasów nauki o polityce stosują prosty schemat podziału na prawicę i lewicę, czyli na nurty i ugrupowania konserwatywne oraz progresywne. Zapomina się często jednak o francuskich korzeniach tego podziału. Chodzi o miejsca zajmowane przez reprezentantów „ludu” (którzy siedzieli po lewej stronie) i arystokracji (siedzących po prawej stronie) w Stanach Generalnych, w 1789 r., tuż przed wybuchem rewolucji francuskiej. Punktem odniesienia dla tamtych postaw była wówczas osoba i urząd króla Francji. Stany Generalne, czyli ówczesny parlament, został zwołany po 175 latach przerwy z powodu bankructwa państwa, doprowadzając jednocześnie do konfliktu o sposób głosowania. Przedstawiciele stanu trzeciego (gdyż w Stanach Generalnych zasiadali przedstawiciele duchowieństwa, szlachty i stanu trzeciego), ogłosili się Zgromadzeniem Narodowym, przekształcając się w konstytuantę, co zapoczątkowało wspomnianą rewolucję. Do owego stanu trzeciego zaliczali się jednocześnie wolni chłopi, mieszczaństwo i inteligencja, których potem marksiści wrzucili do jednego worka pod nazwą „burżuazja”, które to pojęcie dziś określa się w socjologii mianem „klasy średniej”. Dzieli się ją zazwyczaj na wyższą i niższą.
O podziale sceny publicznej na biednych i bogatych, czy też na rządzących i rządzonych, pisał już Arystoteles, z czego wynika, że podział ten jest stary jak świat. Katolicka nauka społeczna, od samego początku swojej emancypacji, czyli od końca XIX w., opowiada się za reformami społecznymi, które mają prowadzić świat społeczny w kierunku ukształtowania się bardziej sprawiedliwego ładu wspólnotowego. Nauka katolicka opiera się na klasycznym rozumieniu człowieka jako osoby odrzucając rewolucję i przemoc, a tym samym proponując drogę reform. Powoduje to wśród zwolenników godzenia liberalizmu i nauki katolickiej spory i kontrowersje sprowadzające się do pytania, czy katolicka nauka społeczna jest bardziej lewicowa czy prawicowa? Podręczniki do KNS odrzucają tę prostą dychotomię, gdyż nauka ta odrzuca skrajne ideologie w postaci indywidualizmu, przekładającego się na liberalizm, oraz kolektywizmu, przekładającego się na socjalizm i komunizm. Nie neguje to jednak sporów i swoistego napięcia istniejącego wśród jej twórców, które może być zarazem twórcze i kreatywne.
W drugiej połowie XX w. zaczęto podważać w ogóle sens podziału na prawicę i lewicę, gdyż trudno było określić jednoznacznie, co jest lewicą, a co prawicą. Konserwatyzm z reguły odrzuca działania rewolucyjne, jednak kiedy lewica staje się establishmentem, a konserwatyzm zostaje zepchnięty do narożnika, to ulega pokusie zorganizowania kontrrewolucji. Na kanale „Zakazane historie” dr Leszek Pietrzak zastanawiał się, czy III Rzesza była bardziej lewicowa czy prawicowa? Niewątpliwie był to system kolektywistyczny, jednak był popierany przez kapitalistów, a do czasu wejścia na ścieżkę jednoznacznie rasistowską także przez finansistów i bankierów. Był to system socjalistyczny, ale w swoim socjalizmie zawężony tylko do jednego narodu, a przecież marksistowski socjalizm miał mieć charakter uniwersalny. Uważa się, że Stalin zrezygnował z realizacji idei rewolucji światowej na rzecz industrializacji Związku Sowieckiego, czego dokonał z pomocą amerykańskich kapitalistów. Jednak nigdy nie wyrzekł się zamiaru imperialnych podbojów. Czy świat podbity przez Stalina miałby być socjalistycznym rajem dla każdego, czy raczej jedną wielką Rosją?
Kluczowym czynnikiem, powodującym odrzucenie dychotomicznego podziału na prawicę i lewicę, miał stać się postęp naukowo-techniczny i ukształtowane w wyniku jego oddziaływania nowe społeczeństwo. Już w 1941 r. James Burnham (1905-1987) opublikował „Rewolucję menadżerską” ukazując w niej, że tradycyjni kapitalistyczni właściciele w nowym systemie gospodarczym oddają swą władzę technokratycznym specjalistom od zarządzania. Już po wojnie pojawiały się wpływowe publikacje mówiące o końcu ideologii, dla przykładu „Koniec wieku ideologii” Raymonda Arona (1905-1983) z 1955 r. Wtedy także, w socjologii modnymi stały się modernizacyjne teorie konwergencji mówiące o tym, że z czasem kapitalizm i realny socjalizm zleją się w jedną uprzemysłowioną i opartą na nowoczesnej technice całość. Zwolennikiem takich poglądów był choćby Zbigniew Brzeziński (1928-2017).
Rewolucja mikroelektroniczna z lat 70. XX w., popularność libertarianizmu w ekonomii, epoka R. Reagana i M. Thatcher, a później upadek komunizmu, czy też globalizacja połączona z prywatyzacją internetu, doprowadziły do powstania nowych ideologii negujących te tradycyjne. Do tego należałoby dodać jeszcze rozwój inżynierii genetycznej oraz rozwój sztucznej inteligencji wraz z koncepcjami przemysłu 4.0. Narodziły się wówczas nowe ideologie funkcjonujące wśród elit nowoczesnego społeczeństwa sieciowego, które przecież ze swej natury miało stać się wolne od dawnych ideologii. Ewentualnie, takie nowe społeczeństwo mogłoby pogrążać się w jakąś soft ideology.
Próbą stworzenia nowego technokratycznego ładu, negującego liberalną demokrację, była koncepcja „Mrocznego Oświecenia” (The Dark Enlightenment) Nicka Landa (ur. 1962) opisana w książce z 2022 r. Ponieważ egalitarna demokracja ma prowadzić do upadku cywilizacji, to powinno się ją zanegować, a władzę przekazać w rękę jednostek oraz korporacji zdolnych zapewnić dalszy rozwój technologiczny i powszechny dobrobyt ludzkości. Czy kiedyś podobnych tez nie głosili Henri de Saint-Simon (1760-1825) oraz Thorstein Veblen (1857-1929)? Za „Ciemnym Oświeceniem” murem stoją technooligarchowie na czele z P. Thielem, którzy często są równocześnie wyznawcami nowej religii dla ludzkości kryjącej się za skrótem TESCREAL (Transhumanizm, Ekstropianizm, Singularitarianizm, Kosmizm, Racjonalizm, Efektywny Altruizm, Longterminizm). Jak na razie udało się tyle, że te trendy krytykują ostro zarówno redaktorzy „Polonii Christiana” jak i „Krytyki Politycznej”, stojący na przeciwstawnych biegunach ideowych.
Ale przecież wielu wyznawców tych nowych trendów, zarówno politycznych jak i quasireligijnych, poparło D. Trumpa, a zatem czy jego „zwycięstwo” nad Iranem nie spowoduje, że ten cały misterny plan...
/ab