Niestety, zgodnie z pesymistycznymi oczekiwaniami, minione Święta Zmartwychwstania Pańskiego minęły w cieniu wojen na Bliskim Wschodzie oraz Ukrainie. Historia uczy, że jeśli już dojdzie do rozpętania wojny, to rządzi się ona własnymi prawami i wszelkie, często bardzo szczegółowe i precyzyjne plany oraz obliczenia dokonywane przed wojną okazują się szybko całkowicie bezwartościowymi.
Nie czekając na zakończenie trwających konfliktów, ani też na wybuch nowych, warto się pochylić nad religijnym wymiarem wojen. Zgodnie z poglądem Maxa Webera o „odczarowaniu świata” i nieuchronnej sekularyzacji oraz racjonalizacji sfery publicznej, także konflikty zbrojne miały zostać pozbawione jakiegokolwiek wymiaru religijnego. Światowe konflikty zbrojne XX w., mimo istnienia w nich licznych ideologii uzasadnianych religijnie, są postrzegane głównie w kategoriach imperialnych starć mocarstw oraz racjonalnych walk o interesy i strefy wpływów w celu zaprowadzenia nowego, korzystniejszego dla wywołujących wojny, porządku globalnego.
Jeśli postrzega się wojny w kategoriach starcia cywilizacji, to wtedy przyjmuje się założenie, że jeśli religia jest jednym z najważniejszych czynników konstytuujących daną cywilizację (a może nawet najważniejszym!), to wtedy też nieuchronne staje się wejście na kurs kolizyjny zarówno danej religii, jak i ukształtowanej przez nią cywilizacji z jakąś inną cywilizacją opartą na innej religii. Pisali o tym tak znamienici teoretycy jak Arnold Joseph Toynbee (1889-1975), Samuel Phillips Huntington (1927-2008), czy Feliks Koneczny (1862-1949). Na przeciwstawnym biegunie można umieścić idealistyczne, czy wręcz utopijne dążenia do porozumienia wszystkich światowych religii w postaci „Parlamentu Religii Świata” (Parliament of the World's Religions) oraz „Etosu światowego” (Weltethos) autorstwa szwajcarskiego teologa Hansa Künga (1928-2021). Warto jednak zawęzić niniejsze rozważania do konfliktów religijnych w łonie samego chrześcijaństwa, które papież Jan Paweł II postrzegał jako szczególnie gorszące dla świata, gdyż Chrystus przyszedł na świat jako dawca pokoju (J 14, 27-31a), a walkę ujmował w kategoriach duchowych rozumianych jako wewnętrzne zmagania na polu własnej duszy.
Jednak historia, nawet tylko zachodniego chrześcijaństwa, obserwowana od początków ery nowożytnej, to niestety historia ciągłych wojen religijnych związanych z ruchami reformatorskimi. Zanim w 1517 r. wystąpił Marcin Luter (1483-1546), to znacznie wcześniej miało miejsce wystąpienie Johna Wyclife’a (1329-1384) w Anglii, które miało zasadniczy wpływ na wojny husyckie w Czechach (1419-1436). Zarówno czeski husytyzm, jak i niemiecka reformacja były przedstawiane w czasach komunistycznych jako rewolucyjne ruchy społeczne. Zaskakujące, że kaplicę w Pradze (Betlémská kaple), w której kazania głosił Jan Hus (1370-1415), zrekonstruowano dopiero w apogeum czasów stalinowskich, bo w latach 1948-53, a schyłkowa faza istnienia NRD (1949-1990), to czas gloryfikacji zarówno Lutra jak i Tomasza Müntzera (1490-1525) jako prekursorów socjalizmu. Zanim w XVII w. rozgorzała na dobre wojna trzydziestoletnia (1618-1648), czyli największe zbrojne pokłosie reformacji i jednocześnie najkrwawsza wojna religijna, która zmieniła oblicze nowożytnej Europy, to w Rzeszy Niemieckiej wybuchły wojny chłopskie (Bauernkrieg 1524-1526), które miały na celu wprowadzenie socjalistycznych reform społecznych i gospodarczych. Niewiele później, bo w 1555 r. w Augsburgu, przyjęto zasadę Cuius regio, eius religio (czyja władza, tego religia), którą papież Jan Paweł II uznał za fundamentalnie nieludzką.
Samo zakończenie wojny trzydziestoletniej stawia się w historii za wzór rozwiązywania konfliktów religijnych, który w konsekwencji ukształtował nowoczesną Europę. Pokój westfalski zawarty w 1648 r. oddzielnie przez protestantów w Osnabrück, a przez katolików w Münster, między Cesarstwem Habsburgów, Szwecją i Francją, zakładał suwerenność państwową na terenie panowania danego władcy oraz dyplomatyczną drogę rozwiązywania sporów między suwerennymi państwami. Na zasadach przyświecających ideom pokoju westfalskiego oparta została Karta Narodów Zjednoczonych (1945) mająca w założeniach umożliwiać pokojowe współistnienie różnych narodów wyznających odmienne przekonania religijne.
Światowe mocarstwo, obchodzące w bieżącym roku 250. rocznicę uchwalenia konstytucji, czyli Stany Zjednoczone, wzięło swój początek od rebeliantów religijnych, którzy „nie mieścili się” w ówczesnej Europie. Nie odpowiadał im zarówno Kościół katolicki, jak i też główne kościoły protestanckie (ewangelicki i reformowany), chcieli założyć nowy świat bez arystokracji i zhierarchizowanego kleru, w którym każdy mógłby poczuć się wolnym, zarówno gospodarczo, politycznie, jak i religijnie. Mimo, że konstytucja Stanów Zjednoczonych z 1776 r., uznana jako wzór nowoczesnej demokracji, zakłada świecki charakter państwa, to wpływ chrześcijańskich kościołów, denominacji i sekt na politykę w historii tego kraju był (i nadal jest) bardzo duży. Socjolog religii, a przy tym działacz ruchu komunitariańskiego, Robert Neelly Bellah (1927-2013) ukuł pojęcie „religii obywatelskiej” (Civil Religion), które zakłada twórczą wartość religii postrzeganej socjologicznie jako ważne spoiwo społeczne, bez wnikania w to, w co kto wierzy i jakie przestrzega normy oraz wartości moralne. Wyraża się to choćby w odniesieniu do Boga (rozumianego jako bliżej nieokreśloną „istotę najwyższą”) w oficjalnych przemówieniach polityków, czy w haśle „In God We Trust” umieszczanym na wszystkich monetach i banknotach dolarowych. Zamach terrorystyczny na WTC 11.09.2001 r. oraz popularność tez zawartych w książce „Zderzenie cywilizacji” S. P. Huntingtona zapoczątkowały nową erę, tym razem nowoczesnych wojen religijnych z islamem, określonych mianem „wojen z terroryzmem”, prowadzonych pod szyldem neokonserwatystów, „z błogosławieństwem” autorów publikujących w piśmie „First Things”. Również prawosławna Rosja określiła swoją inwazję na Ukrainę z 2022 r. mianem „wojny metafizycznej”.
Wiele się dziś mówi i pisze w Polsce o „chrześcijańskim syjonizmie”, głównie za sprawą książki red. Pawła Lisickiego „Mesjasz i Trzecia Świątynia”, a w otoczeniu prezydenta D. Trumpa niewątpliwie bardzo silną pozycję wydaje się posiadać frakcja ewangelikanów uznających, że dobro USA równa się dobru państwa Izrael. Przed świętami w Białym Domu odbyło się kuriozalne spotkanie modlitewne prowadzone przez pastorkę Paulę White-Cain, która porównała na nim Trumpa do Pana Jezusa. Co gorsza obecny na tym spotkaniu był także bp Robert Barron z diecezji Winona-Rochester w stanie Minessota, sympatyk ruchu MAGA, członek prezydenckiej komisji ds. wolności religijnej, założyciel wspólnoty „Word on Fire”, stawiany często za wzór odnowy amerykańskiego katolicyzmu. Ostatnio stara się on w mediach amerykańskich łagodzić sprzeciw papieża Leona XIV wobec wojny w Iranie. Nie widać jednak na udostępnionych nagraniach, aby jakoś specjalnie przeszkadzały mu nauki p. White-Cain. No cóż, w historii byli bardzo różni biskupi, ale przy tak rozgrzanym jak dziś internecie, tylko czekać, aż ktoś porówna bpa R. Barrona z bpem Aloisem Hudalem.
/mdk