Tytuł niniejszego tekstu starszym czytelnikom skojarzy się z filmem z 1984 roku z Tomaszem Stockingerem i Grażyną Szapołowską w rolach głównych. W siermiężnych latach osiemdziesiątych oglądany był z pewnością przez wielomilionową publiczność, najpierw w kinach, a następnie w telewizji. Zresztą i dziś wspomniany przeze mnie starszy czytelnik, który na tę okoliczność staje się starszym widzem, ogląda go z przyjemnością, gdy ma okazję.
Po co to przypominam?
Zabiegi twórców tego filmu, jak i o kilka lat wcześniejszego „Hallo Szpicbródka”, pokazywały lata międzywojnia z oryginalnej perspektywy. Pewnie każdy mężczyzna chciał być Adamem Dereniem bądź Fredem Kampinosem, także ze względu na filmowe partnerki bohaterów, a panie marzyły, by być Grażyną Szapołowską czy Gabrielą Kownacką. Niemniej cel, jaki sobie postawiłem, nie polega na wspominaniu starych, dobrych filmów; chciałbym postawić tezę, iż historia zatacza koło i wracamy do rzeczywistości lat dwudziestych i trzydziestych, ale w innym niż filmowy wymiarze. W czym rzecz? Rzeczywistość wrocławska, całkiem niedawna, teraźniejsza, która mogła też zaistnieć wszędzie indziej. Tablica ogłoszeń na jednym z uniwersyteckich wydziałów: „Marksistowskie Koło Naukowe zaprasza…”, a treścią spotkania ma być kwestia walki z… faszyzmem.
Tak, na tablicy ogłoszeniowej pojawiły się określenia dwóch wielkich narracji z lat dwudziestych i trzydziestych. Nie wiem, czy organizatorzy owego koła wiedzą, czym tak naprawdę był faszyzm, wydaje mi się, że nie, ale… życzę im, by się czegoś o tej włoskiej ideologii politycznej dowiedzieli. Aby jednak trzymać się jakichś ram, założę, że wiedzą co nieco o marksizmie i potrafią określić metodologię walki klas, tudzież główne postulaty wynikające z Manifestu komunistycznego. Ciekawi mnie, do czego są im one potrzebne w dzisiejszym świecie i jak je reinterpretują.
Być może ów urojony faszyzm dla grupy studentów jest niczym innym jak dziejową koniecznością, wszak walka klas wymaga przeciwnika. Wydaje mi się też, że rzeczywistość szybko podąży za owym zapotrzebowaniem. W końcu marksizm, jako sposób analizy rzeczywistości połączony z założeniami ustrojowymi, nie wszystkim się podoba, żeby nie było – mnie też nie, a więc znajdą się ludzie, którzy będą z nim polemizować. Skoro marksiści oczekują, że ową klasą społeczną, czy też wyobrażeniem klasy, z którą się walczy, są „osoby faszystowskie”, to i faszyści się znajdą. Od tego tylko krok do eskalacji, czyli końca pewnego konsensusu, który roboczo możemy nazwać demokratyczno-liberalnym fundamentem ładu, który najwyraźniej dogorywa. Zakładał on, że spory polityczne i ideologiczne ograniczone są linią od-do, czyli w przestrzeni medialnej nie istnieje nic poza tym; społeczny udział w życiu publicznym załatwia się za pomocą kartki wyborczej, tzw. elity resztę rozgrywają między sobą, a jak elektoratom trzeba dostarczyć większych emocji, to wychodzi się na ulicę. Żeby nie było, na długo przed społeczną encykliką Leona XIII, biskup moguncki Wilhelm Emmanuel von Ketteler ostrzegał przed taką swoistą „dyktaturą”. Zdaje się, że to też mógł mieć na myśli św. Jan Paweł II, który przestrzegał przed demokracją przeradzającą się w „jawny lub zakamuflowany totalitaryzm”.
Stare, mocne założenia
Dla potrzeb mojego tekstu założyłem już, że twórcy programu walki z faszyzmem, skupieni we wspomnianym kole naukowym, zbyt wiele o tej doktrynie nie wiedzą, że pod to pojęcie podkładają różne rzeczy, z którymi walczą. Z tym że z konieczności muszą być do faszystów niestety podobni. Powinni odrzucać demokrację parlamentarną narzuconą społeczeństwom w celu ich kontroli i ochrony przed uciskiem przez burżuazyjną klasę panującą. Muszą konsekwentnie dążyć do obalenia tego przeszkadzającego w rewolucji ładu, dokładnie tak samo jak faszyzm, który nie zamierzał być ani liberalny, ani konserwatywny. Faszyzm był z gruntu republikański, ale w specyficznej formie. W odróżnieniu od marksizmu – bardzo propaństwowy i jednak narodowy. Odrzucał kapitalizm, a ratunek przed nim widział w średniowiecznych formach ustrojowych. Zresztą jego śladem szły inne radykalne ruchy polityczne w Europie, które z zainteresowaniem obserwowały te propozycje. W latach dwudziestych i trzydziestych również w Polsce dyskusja na tematy gospodarczo-ustrojowe była niezwykle żywa, ostra i – co istotne – prowadzona niekiedy na wysokim poziomie intelektualnym, czego o czasach dzisiejszych powiedzieć się nie da.
O co więc chodzi? Żeby nie trzymać się kwestii jakiegoś jednego kółka studenckiego, co do którego tak naprawdę żywię przekonanie, że myli faszyzm z nazizmem bądź oba systemy ze sobą identyfikuje – i na tej pomyłce buduje schemat walki. Otóż w młodym pokoleniu zaczęło się dziać coś ciekawego. Pomijając braki intelektualne i nawiązania niekiedy na rympał, widzę w infosferze, głównie w social mediach, dużą chęć powrotu do wielkich narracji, do czegoś, czego brakuje; to dążenie związane z chęcią zerwania z tym, co jest obecnie. Coraz większej liczbie ludzi, pewnie głównie w młodszym pokoleniu, rzeczywistość społeczna się nie podoba, dostrzegają jej miałkość i poszukując, zwracają się ku temu, co już było. Narracje proponowane Europejczykom, a szerzej ludziom żyjącym w świecie Zachodu, przez polityczno-kulturalno-dziennikarskie elity przestały poruszać masy, doprowadziły co najwyżej do zachowań w stylu Ostatniego Pokolenia, które raczej należy zaliczyć do kategorii zjawisk chorobowych niż akcji społecznych (chyba że uznamy, że to część procesów dziejących się na tzw. lewicy). Możliwe zresztą, że ci, którzy chcą być marksistami, i ci, którzy walczą o pozbawioną ludzi Ziemię, w końcu się spotkają; nie wykluczam tego, ale na potrzeby dzisiejszej analizy nie będę ciągnął tego wątku. Dla mnie sprawa rysuje się jasno: zaczynamy żyć w rzeczywistości, w której coraz więcej z nas odrzuca polityczną poprawność i chce nowego ustroju – z tym że nie wiadomo, jakiego.
Upadek wiary w ład międzynarodowy
Już pod koniec I wojny światowej pojawiły się pomysły, że uznane międzynarodowe instytucje mogą zapewnić pokój. Gdzieś tu lokujemy Ligę Narodów, której pomysłodawcą był zdaje się Woodrow Wilson. Wiemy z historii, jak się to skończyło. Instytucja stawała się w coraz większym stopniu fasadowa i „umarła” w zapomnieniu, formalnie w 1946 roku, choć wiemy, że faktycznie nastąpiło to wcześniej. Jej kontynuacją miała się stać Organizacja Narodów Zjednoczonych, która podobnie jak ongiś Liga, od dawna jest raczej narzędziem w rękach wielkich mocarstw, które tak jak te z lat trzydziestych, honorują istnienie ONZ-owskiego parasola pod warunkiem, że akceptuje on ich politykę, zresztą za to też poszczególne agendy organizacji mają płacone. To, że zaufanie społeczne do tej instytucji od dawna spadało, to jedno. Niektóre kraje, które miały interesy sprzeczne z wytycznymi ONZ, w taki czy inny sposób wyrażały niezadowolenie, co nieraz kończyło się dla nich „wprowadzaniem demokracji” (ale nie zawsze, bo zależało to od siły podmiotu). W warstwie publicystycznej krytyka szła poprzez media konserwatywne i religijne, czy to katolickie, czy nawet muzułmańskie; mowa tu przede wszystkim o krytyce pomysłów obyczajowo-moralnych lansowanych właśnie przez ONZ. Ostatnio rzecz się nasiliła, a wraz z objęciem władzy przez nową administrację w USA, przybrała rozmiary całkiem spore. Czy obecny kryzys instytucji okaże się tylko epizodem, czy ONZ właśnie wchodzi w etap, na którym Liga Narodów znalazła się mniej więcej w roku 1939? Zobaczymy.
ONZ to nie jedyny przykład. Za mojego życia odbyło się referendum na rzecz przystąpienia Polski do Unii Europejskiej; liczba głosów oddanych „za” była przygniatająca (dla jasności – głosowałem „przeciw” i moje wypowiedzi z tamtego czasu dadzą się gdzieś odnaleźć). Dziś głosy przeciwne istnieją w tzw. establishmencie. To, że są odrzucane i piętnowane, jest faktem, ale jest ich całkiem sporo. Gdyby dziś eurosceptycyzm decydował o sile politycznej, to głos przeciwników członkostwa Polski w UE powinien być reprezentowany w ławach rządowych. Czy to tylko epizod? Przyszłość pokaże, ale na razie mamy ewidentny kryzys, widać odrzucenie wielu aksjomatów, które przyniosły ostatnie dziesięciolecia. Czy rzeczywiście wraz z uwiądem postdemokracji powinniśmy się liczyć z „Powrotem do przeszłości”, że pozwolę sobie przytoczyć tytuł innego filmu? Trudno powiedzieć. Coś się dzieje i lepiej być przygotowanym na chwilę dziejowego przełomu, który może się nie wydarzy, niż próbować nie dostrzegać czegoś nieuchronnego.
Tekst pochodzi z kwartalnika "Civitas Christiana" nr 2/2026
/mdk