Pytanie zadane w tytule – jakże śmiałe, czyż nie? – w istocie nie kryje w sobie ani szczególnej finezji, ani tym bardziej intelektualnej prowokacji. Nie jest również clickbaitem, tak chętnie wykorzystywanym w przestrzeni Internetu do przyciągania uwagi. Stanowi raczej wyraz pewnej obawy, połączonej z zaproszeniem do refleksji: czy ktoś poza samym autorem oraz redaktorem – któremu należą się osobne podziękowania – sięgnie po ten tekst? Wątpliwość ta nie wynika z poczytności portalu, na którym artykuł został opublikowany, lecz z samego tematu, który próbuje on podjąć – katolickiej nauki społecznej.
Od ważnego, ponieważ nie rozpaczliwego, lecz raczej przynaglającego do działania, artykułu prof. Anieli Dylus pt. „Najpilniej strzeżona tajemnica? O kondycji katolickiej nauki społecznej w Polsce”, opublikowanego na łamach kwartalnika Społeczeństwo, minęło już pięć lat. Upływ czasu sam w sobie nie byłby może szczególnie niepokojący, gdyby nie to, że kalendarz nie oddaje rzeczywistej dynamiki zmian, jakie dokonały się w tym okresie w otaczającym nas świecie.
To, co przez niektórych bywa określane mianem „przyspieszenia historii”, zdaje się dziś nie tylko trafną diagnozą, lecz także wygodnym usprawiedliwieniem – odciążającym sumienia i umysły tych, którzy za rozwój katolickiej nauki społecznej odpowiadają lub przynajmniej odpowiadać powinni. Z różnych powodów – najczęściej niewyartykułowanych, a niekiedy być może trudnych do jednoznacznego rozpoznania – odpowiedzialność ta pozostaje jednak niepodjęta. W efekcie, w świecie coraz bardziej turbulentnym, naznaczonym nowymi konfliktami, napięciami oraz gwałtownym rozwojem technologii – niosącej ze sobą zarówno potencjał rozwoju, jak i destrukcji – to, co miało „porządkować naszą obecność w sferze publicznej”, zdaje się tracić swoją żywotność. Nie chodzi przy tym o proste stwierdzenie kryzysu. Bardziej adekwatne wydaje się pytanie o obecność – a może raczej nieobecność – języka, kategorii i narzędzi, które pozwalałyby opisywać i rozumieć rzeczywistość społeczną z perspektywy zakorzenionej w katolickiej refleksji. Jeśli bowiem coś przestaje być używane, przestaje też realnie oddziaływać. A to, co nie oddziałuje, z czasem przestaje być dostrzegane.
Nie tylko co, ale jak
W ostatnim akapicie przywoływanego już tekstu prof. Anieli Dylus pojawia się kategoria napięcia – trudnego do usunięcia, a może wręcz konstytutywnego – pomiędzy „niedoskonałym światem polityki (…) a chrześcijańskim sumieniem”. Nie sposób odmówić tej diagnozie trafności. A jednak byłoby uproszczeniem uznać, że to właśnie ono stanowi najpoważniejsze wyzwanie dla współczesnej katolickiej nauki społecznej. Istnieje bowiem napięcie głębsze, mniej spektakularne, a przez to rzadziej podejmowane – dotyczące samego sposobu jej uprawiania. Innymi słowy: nie tylko tego, co katolicka refleksja społeczna mówi, ale jak dochodzi do swoich wniosków.
W tym kontekście warto przywołać dwa zasadnicze modele obecne w refleksji nad katolicką nauką społeczną. Pierwszy z nich – określany niekiedy jako klasyczny lub integralny – ma charakter dedukcyjno-normatywny. Jego punktem wyjścia pozostaje Objawienie: Pismo Święte i Tradycja Kościoła, uzupełnione przez refleksję filozoficzną, zakorzenioną najczęściej w realizmie klasycznym, oraz koncepcję prawa naturalnego. W takim ujęciu refleksja społeczna nie ogranicza się do opisu rzeczywistości, lecz od początku ma charakter normatywny – mówi nie tylko, jak jest, ale przede wszystkim, jak być powinno. Za tym sposobem myślenia stoi określona wizja człowieka i świata: przekonanie o istnieniu obiektywnej prawdy, o ludzkiej naturze posiadającej swoją wewnętrzną strukturę oraz o dobru, które nie jest wyłącznie wytworem społecznego konsensusu. Społeczeństwo – wraz z jego instytucjami, praktykami i napięciami – podlega zatem ocenie w świetle tej prawdy, a nie odwrotnie. To właśnie ten model odnajdujemy w klasycznych dokumentach nauczania społecznego Kościoła – od pontyfikatu Leona XIII aż po refleksję Jana Pawła II.
Obok niego funkcjonuje jednak podejście odmienne – określane jako socjologiczno-indukcyjne. Tutaj punktem wyjścia nie jest Objawienie, lecz doświadczenie społeczne: badania, obserwacje, analiza danych. Metoda ma charakter indukcyjny – prowadzi od faktów do uogólnień, od opisu do interpretacji. Inspiracje czerpane są przede wszystkim z nauk społecznych, które uczą wrażliwości na kontekst, zmienność oraz historyczność zjawisk. W takim ujęciu akcent zostaje przesunięty: zamiast wychodzić od uprzednio przyjętej wizji człowieka i dobra, refleksja koncentruje się na tym, co uchwytne empirycznie.
Pojawia się tym samym pokusa, by normy moralne – przynajmniej w pewnym zakresie – wyprowadzać z doświadczenia społecznego, a nie odnosić je do trwałego, uprzedniego fundamentu. I właśnie w tym miejscu ujawnia się zasadnicze napięcie. Nie dotyczy ono bowiem samego korzystania z danych czy badań – te są potrzebne w każdym poważnym namyśle nad rzeczywistością społeczną – lecz tego, co stanowi punkt odniesienia dla ich interpretacji. Czy rzeczywistość społeczną oceniamy w świetle prawdy o człowieku, czy też – mniej lub bardziej świadomie – dostosowujemy rozumienie tej prawdy do obserwowanych zjawisk? Konsekwencje wyboru nie są jedynie metodologiczne.
W pierwszym przypadku katolicka nauka społeczna zachowuje swoją tożsamość: pozostaje zakorzeniona w teologii, spójna antropologicznie i zdolna do formułowania sądów wykraczających poza doraźność kontekstu. W drugim – ryzykuje redukcję do jednej z wielu teorii społecznych, podatnej na zmienne nurty ideologiczne i presję aktualnych trendów interpretacyjnych. Być może jednak alternatywa ta – choć realna – nie musi przyjmować formy prostego wyboru „albo–albo”. Pojawiają się bowiem próby ujęcia integralnego, w którym wrażliwość empiryczna i analiza danych nie zostają odrzucone, lecz podporządkowane głębszemu, normatywnemu fundamentowi. W takim modelu rzeczywistość społeczna jest uważnie „widziana”, następnie „oceniana” w świetle określonej wizji człowieka, by wreszcie stać się przestrzenią odpowiedzialnego działania.
Pozostaje jednak pytanie, czy taka synteza jest dziś rzeczywiście realizowana, czy też pozostaje raczej postulatem – kolejną dobrze brzmiącą formułą, która nie przekłada się na praktykę. A jeśli to drugie, to trudno się dziwić, że katolicka nauka społeczna – choć formalnie obecna – coraz rzadziej bywa realnym punktem odniesienia dla życia społecznego.
/ab