Przeglądając niedawno wiadomości ze świata i tocząc w głowie cichą dyskusję z samym sobą, złapałem się na pewnym paradoksie, który dotyka chyba każdego z nas, ludzi wierzących. Jako katolicy z pełnym przekonaniem wyznajemy w Credo, że Chrystus przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Zgadzamy się, że historia zbawienia ma swój początek i będzie miała swój kategoryczny, ziemski koniec. A jednak, gdyby ktoś zapytał nas wprost: „Czy uważasz, że to właśnie twoje pokolenie doświadczy końca świata?”, większość z nas z uśmiechem politowania popukałaby się w czoło. W zasadzie jest to zdumiewające, jak bardzo ciężko nam uwierzyć, że to moglibyśmy być my.
Żeby była jasność
Nie mam najmniejszego zamiaru występować tu w roli domorosłego eschatologa i ogłaszać, że apokalipsa już trwa. Nie zakładam tego. Ale z drugiej strony… dlaczego właściwie miałoby jej nie być w naszym czasie? Myślę, że jako chrześcijanie musimy zgodzić się co do jednego podstawowego faktu: każdego kolejnego poranka, gdy otwieramy oczy, jesteśmy dokładnie o jedną dobę bliżej do końca świata i powtórnego przyjścia Zbawiciela. Skoro czas nieubłaganie biegnie do przodu, dlaczego ten finał nie miałby nastąpić w naszych czasach? Dlaczego nie dzisiaj?
Czemu tak usilnie wypieramy tę perspektywę? Diagnoza jest niestety dość bolesna: wpadliśmy w pułapkę własnego dobrobytu. Jesteśmy uwikłani w kredyty hipoteczne, plany wakacyjne, rozwój kariery i staranne budowanie swojego małego, ziemskiego bezpieczeństwa. Podświadomie traktujemy powrót Chrystusa nie jako wyczekiwane wybawienie, ale jako nieproszoną przerwę w naszych precyzyjnie ułożonych życiorysach. Zapominamy o tym, że chrześcijaństwo jest religią głębokiej nadziei eschatologicznej. My tymczasem redukujemy ją do ciepłej posady i stabilnej emerytury.
Ale spójrzmy szerzej, poza nasze własne podwórko
Apokalipsa św. Jana, oprócz kataklizmów fizycznych, mówi wiele o kondycji duchowej ludzkości. Czyż nie żyjemy w czasach wielkiego pomieszania? To, co przez wieki stanowiło fundament naszej cywilizacji – rodzina, tożsamość płciowa, prawo naturalne – jest dziś nie tylko kwestionowane, ale wręcz systemowo zwalczane. Mamy do czynienia z duchowym trzęsieniem ziemi, które w moim odczuciu jest groźniejsze niż pęknięcia tektoniczne. Jeśli Biblia mówi o „ohydzie spustoszenia”, to czy nie widzimy jej w pustoszejących kościołach Europy Zachodniej, zamienianych na dyskoteki czy sklepy? Czy nie widzimy jej w prawie, które zbrodnię nazywa prawem człowieka, a cnotę wyśmiewa jako zacofanie? To są znaki, których nie wyczytamy z sejsmografów, ale które krzyczą do nas z nagłówków liberalnych gazet.
Do tego dochodzi wymiar technologiczny, o którym św. Jan nie mógł pisać wprost, ale którego ducha oddał idealnie. Żyjemy w epoce, która z jednej strony laicyzuje się na potęgę, a z drugiej – tworzy swoje własne eschatologie. Nie znajdziemy w nich dnia gniewu. A przynajmniej nie będzie to gniew Pana, a gniew planety czy też natury, która zmęczona złym traktowaniem odpowiada ludzkości pięknym za nadobne. Równocześnie technologia pozwala szerzyć Ewangelię i eschatologię „właściwą” – chrześcijańską. „Właściwą” umieściłem w cudzysłowie, bo o ile zgadzam się z tym, że eschatologia powinna nam się kojarzyć tylko z chrześcijaństwem, o tyle jej jakość – w dobie „katoinfluencerów” i niezweryfikowanych internetowych proroków – bywa wątpliwa. W internecie, zwłaszcza w mediach społecznościowych, roi się od profili, które ścigają się w publikowaniu „dowodów” na rychły koniec. Raz po raz algorytmy podrzucają nam apokaliptyczne rolki: a to o wyschnięciu rzeki Eufrat, a to o anomaliach pogodowych, a to o opisywaniu, które kraje kryją się pod apokaliptycznymi bestiami. Równocześnie, co widać szczególnie ostro w Stanach Zjednoczonych, rośnie niepokojące zjawisko wysypu fałszywych proroków. To ludzie, którzy w świetle jupiterów i przy oklaskach zagubionych tłumów, bez cienia zażenowania ogłaszają się nowymi wcieleniami Jezusa Chrystusa.
Jest w tym jednak głębsze dno
Czy nie jest znakiem czasu to, jak łatwo oddajemy naszą wolność w zamian za cyfrową wygodę? Budujemy systemy totalnej inwigilacji, a nasze smartfony stały się nowymi bożkami, którym składamy ofiarę z naszego czasu i uwagi. Może to celowy proces, w którym technologia zamiast służyć, zaczyna nas formatować tak, byśmy przestali zadawać pytania o prawdę, a zadowolili się wirtualną „papką”? Już nie pamiętam gdzie, ale czytałem kiedyś bardzo celną opinię, że jak nadejdzie apokalipsa, to nie trzeba będzie morzyć głodem, aby ludzie przyjęli znamię bestii. Wystarczy, że brak znamienia oznaczać będzie odcięcie od Internetu…
Tymczasem nie musimy wcale gorączkowo weryfikować „tiktokowych” newsów ani szukać znaków u amerykańskich hochsztaplerów. Przecież w samej Biblii mamy jasno opisane konkretne znaki: wojny i pogłoski wojenne. Jeszcze do niedawna, jako szeroko pojęty Zachód, żyliśmy w wygodnej ułudzie. Wydawało nam się, że pokój będzie trwał wiecznie, a w wielkiej polityce międzynarodowej liczą się przyjaźń, dyplomatyczne uśmiechy i dobre maniery. Przebudzenie okazało się brutalne. Gdy na światową scenę wkroczył prezydent Donald Trump, bezceremonialnie pokazał to, o czym polityczni realiści wiedzieli od dawna: polityka mocarstw to nie kółko wzajemnej adoracji, ale bezwzględna, twarda gra interesów. Do tego doszła wojna tuż za naszą wschodnią granicą i rosnące napięcie na Bliskim Wschodzie – w kontekście Strefy Gazy oraz Iranu. Ludzka natura się nie zmienia, a zapowiedzi globalnych konfliktów są dziś przerażająco aktualne.
Kłopot polega na tym, że nawet gdybyśmy to wszystko widzieli za naszymi oknami – gdyby wszystkie te znaki uderzyły w nas naraz – obawiam się, że wielu z nas, ludzi wierzących, i tak by ich nie zrozumiało i nie przyjęło. Ba! Wracając o trzy akapity do góry: może faktycznie Eufrat wysycha, a ja nieco prześmiewczo podałem ten fakt, bez dogłębnego rozeznania? Takich przykładowych anomalii i tragicznych wydarzeń mogą być dziesiątki i setki, a my znajdziemy sobie tyle samo dziesiątek i setek logicznych, socjologicznych czy geopolitycznych uzasadnień. Powiemy sobie: „Przecież wojny były zawsze”, „Ziemia trzęsła się i tysiąc lat temu”, „Kryzys rodziny to tylko przemiana kulturowa”. Zracjonalizujemy każdy cud i każdy znak.
Sam Chrystus na kartach Ewangelii zadaje dramatyczne i bardzo konkretne pytanie: „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?”. Może być tak, że On przyjdzie pośród wszystkich zapowiedzianych znaków, w blasku chwały, przed którą nie da się już uciec, a my – pochłonięci analizowaniem codzienności, „scrollowaniem” ekranów i politycznymi sporami – do samego końca nie będziemy chcieli w to uwierzyć.
Co zatem nam pozostaje?
Czy jako katolicy mamy z bezradności zamknąć się w bunkrze ze strachu przed nadchodzącym końcem? W żadnym wypadku. Chrześcijańskie oczekiwanie na paruzję to nie bierność, lecz aktywne budowanie dobra tu i teraz. Naszym obowiązkiem jest nie panika, ale wierność – wierność zasadom, rodzinie i wspólnocie. Skoro koniec może nadejść jutro, naszym zadaniem na dzisiaj jest po prostu zrobienie tego, co do nas należy – w pracy, w życiu społecznym i obywatelskim. Nie jako uciekinierzy z tego świata, ale jako ci, którzy do ostatniej chwili próbują go naprawiać. Skoro każdego dnia jesteśmy o krok bliżej ostatecznego spotkania, warto z pokorą dopuścić do siebie myśl, że ten krok może należeć właśnie do nas. Wszak któraś generacja mieszkańców ziemi będzie mogła dosłownie odnieść do siebie słowa: „Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie”.
Tekst pochodzi z kwartalnika "Civitas Christiana" nr 2/2026
/ab