Od lat 90. Polska się kurczy. Najpierw w metrykach urodzeń, dziś – w aulach. W drugiej dekadzie XXI wieku uderza nas to już nie jako abstrakcyjna krzywa demograficzna, lecz jako codzienność dziekanatów i sal wykładowych. Oprócz spadku dzietności narasta zjawisko drop-outu – rezygnacji ze studiów przed uzyskaniem dyplomu. Według danych systemu POL-on w latach 2012–2020 ponad 1,3 mln osób porzuciło studiowany kierunek i w ciągu roku nie wróciło na niego, a niemal dwie trzecie skreślonych w tym czasie w ogóle nie podjęło ponownie nauki. To nie jest statystyka – to zmiana reguł gry.
Zmiana podejścia
Zmienia się bowiem sama logika wejścia w dorosłość. Dla wielu młodych ważniejsza staje się płynność finansowa „tu i teraz” niż odroczona korzyść dyplomu „kiedyś”. Rynek pracy – głodny rąk i gotowy płacić od pierwszego dnia – wchodzi w konkurencję z uczelnią o czas, uwagę i lojalność. Kiedy pierwsza poważna wypłata pojawia się szybciej niż pierwszy poważny egzamin, motywacja do trwania na ścieżce akademickiej słabnie. Nie chodzi tylko o „lenistwo pokolenia” – chodzi o racjonalny rachunek kosztów i zysków, w którym studia przegrywają z natychmiastową pracą, jeśli programy są sztywne, wsparcie słabe, a sens niedostatecznie widoczny. Zmiana reguł gry oznacza też koniec pewnej umowy społecznej. Przez lata obiecywaliśmy, że edukacja wyższa jest windą: wjeżdżasz na górę i zostajesz tam dzięki kompetencjom. Dziś ta winda częściej zatrzymuje się między piętrami: zderza się z realiami mieszkaniowymi, kosztami dojazdów, opieką nad bliskimi, pracą zmianową. Uczelnia, która nie rozpoznaje tych barier i nie daje elastycznych przejść, traci studentów nie dlatego, że są „słabsi”, ale dlatego, że żyją w innym rytmie, niż przewiduje to plan studiów sprzed dwóch dekad.
Puste ławki, pełne grafiki w pracy
Ujemny przyrost naturalny i słabnąca wola studiowania wśród młodych tworzą sprzężenie zwrotne: mniej kandydatów, mniej absolwentów, mniej kadr dla gospodarki. Coraz częściej wybór przedstawia się następująco: zamiast pięciu lat edukacji młodzi preferują szybsze wejście na rynek pracy, ewentualnie kompromis w postaci trzyletnich studiów niestacjonarnych łączonych z etatem. W efekcie uczelnie tracą ciągłość kształcenia, a pracodawcy zyskują pracowników szybciej, lecz często z węższym warsztatem teoretycznym i praktycznym.
Rynek w krótkim terminie korzysta z dopływu rąk do pracy. W długim zaś płaci rachunek: mniejsza podaż specjalistów, większy popyt na kosztowne szkolenia wewnętrzne, wąskie gardła w sektorach wymagających solidnych podstaw teoretycznych (inżynieria, analityka, nauczyciele, pielęgniarstwo). Kraj, który szybko pracuje, ale wolniej się uczy, zaczyna hamować innowacje.
Powody są różne, ale układają się w czytelny i spójny konglomerat. Praca od ręki i możliwość zarabiania pieniędzy stają się bardziej atrakcyjne od zdobywania wiedzy. Pojawia się element niedopasowania programów do rytmu życia i oczekiwań (sztywne siatki godzinowe, mało elastyczne formy zaliczeń). Efektem tego stanu rzeczy jest sytuacja, w której pierwszy rok studiów jest sitem do zidentyfikowania talentów i przeniesienia ich na rynek pracy. Szansą na zminimalizowanie działalności ,,łowców talentów” (headhunterów) jest proaktywna postawa akademii, np. poprzez organizację tutoringu, doradztwa czy pomocy psychologicznej. Wreszcie forma komunikacji na uczelni jest zgoła inna aniżeli w biznesie. Język biznesu i język świata akademickiego bardzo często nie budują wspólnych mostów, lecz tworzą bariery, zaś atuty finansowe stają się głównym katalizatorem rezygnacji ze studiowania.
Egalitaryzm studiów doprowadził do zaniku prestiżu przynależności do świata akademickiego. Bez względu na to, czy chcemy się związać z uniwersytetem na trzy, pięć czy więcej lat. Wszechnice stają się miejscem produkcji dyplomów, a nie wspólnotą uczących się i uczonych. Zdobywanie wiedzy przestało być wartością samą w sobie, stało się jednym z wielu sposobów na podniesienie własnego statusu zawodowego. Myślenie w takich kategoriach o akademii jest niebezpieczne, gdyż misja uniwersytetu polegająca na odkrywaniu prawdy jest od setek lat niezmienna. Ważne, aby społeczność akademicka umiała ją pielęgnować i przekazywać kolejnym pokoleniom.
Uczelnie w potrzasku
Dynamika zmian społeczno-gospodarczych sprawiła, że mamy do czynienia z rewolucją bez fajerwerków. Gdy odpływ studentów staje się stały, przestaje się domykać model: mniej grup, mniej godzin, mniej etatów. Część wykładowców – zwłaszcza młodszych – musi na nowo zdefiniować swoją rolę na rynku pracy. Nie chodzi tylko o redukcje. Chodzi o pytanie, po co i dla kogo organizujemy dziś studia: czy dla reprodukcji tradycyjnych struktur, czy dla realnej mobilności społecznej i rozwoju kompetencji, których firmy nie są w stanie przekazać w ramach wdrożenia pracownika do wykonywania obowiązków służbowych.
Wracając do odpowiedzi na tytułowe pytanie: tak, z drop-outem da się coś zrobić – pod warunkiem, że zamiast doraźnych kampanii wybierzemy systematyczną, wieloletnią pracę u podstaw. Potrzebna jest architektura powrotów i prostota procedur: każdy, kto przerwał studia, powinien móc bez labiryntu pism wrócić dokładnie tam, gdzie skończył, z uznaniem wcześniej zaliczonych efektów, wsparciem doradcy i jasno wyznaczonymi „oknami powrotów” w kalendarzu. Administracja powinna uwzględnić inteligentne rozwiązania: automatyzacja obiegu wniosków, e-indeks, przypomnienia i proste narzędzia komunikacji – tak by system służył studentom i dydaktyce, a nie odwrotnie. Hybryda może działać, ale z głową: część zajęć online pod warunkiem, że nie obniża jakości, laboratoria, warsztaty i kliniki wyłącznie stacjonarnie. Włączona kamera na zajęciach online sprawia, że proces dydaktyczny jest realny, nie pozorny.
Równolegle trzeba uruchomić stypendia, które rozumieją życie: atrakcyjne wsparcie finansowe oraz programy celowane dla osób łączących naukę z opieką nad bliskimi czy pracą zmianową. Jest to inwestycja w równość szans i prawdziwe uczenie się przez całe życie (life long learning). Skuteczność działania zapewni system wczesnego ostrzegania – progi alertowe oparte na frekwencji i pierwszych zaliczeniach, tutoring na pierwszym roku, szybka pomoc psychologiczna oraz odpowiedzialność uczelni za wynik, nie tylko za rekrutację: publikowanie wskaźników retencji i powrotów studentów na uczelnie, a w finansowaniu premiowanie tych, którzy potrafią prowadzić studentów do dyplomu, także po życiowych zakrętach.
W relacji z rynkiem pracy potrzebny jest sojusz, nie kapitulacja: programy dualne, elastyczne siatki, uznawanie doświadczenia zawodowego w ECTS bez rezygnacji z formacji intelektualnej – krytycznego myślenia, argumentacji, debaty. Drop-out nie jest wyrokiem demografii, lecz testem zdolności systemu do dawania drugich szans. Jeśli zbudujemy kulturę powrotów, uprościmy administrację, ucywilizujemy hybrydę i wdrożymy stypendia widzące człowieka, będziemy mniej tracić, a więcej odzyskiwać – i będzie to wreszcie strategia przyszłości, a nie PR. Nie bez znaczenia jest postawa wykładowców, którzy powinni zadbać o podtrzymywanie i szerzenie etosu akademickiego.
Kończąc, chciałbym przytoczyć sytuację, która spotkała mnie na mojej uczelni. Po wykładzie ze wstępu do prawoznawstwa podchodzi studentka pierwszego roku prawa studiów niestacjonarnych: „Panie Doktorze, iść na rozmowę do kancelarii? Odwołać?”. Oczywiście nie mogę zdecydować za nią, ale stwierdzam, że warto już teraz sprawdzić się w sytuacji rekrutacyjnej i przetestować kompetencje interpersonalne. Ten drobny epizod odsłania jednak większą zmianę: uniwersytet coraz częściej bywa przystankiem na drodze do kariery, a coraz rzadziej miejscem, w którym szuka się prawdy i ćwiczy umysł. Jeśli akademia odda pole wyłącznie pragmatyce rynku, stanie się administratorem dyplomów. A przecież jej sens to nie tylko „kwalifikacje”, lecz formacja: poszerzanie horyzontów, kształcenie krytycznego myślenia, sztuki argumentacji, umiejętności prezentowania racji i prowadzenia sporów w ramach debaty, która nie kończy się wraz z ostatnim slajdem. To kompetencje, które pozwalają rozumieć ważne dziedziny życia społecznego, a nie tylko je stosować; widzieć konsekwencje decyzji, a nie tylko ich paragrafowe uzasadnienia.
Uniwersytet musi podołać nowym wyzwaniom
Uniwersytet nie powinien uciekać od współpracy z rynkiem – przeciwnie, musi budować mosty, nie tunel. Mosty, które pozwalają wchodzić na rozmowy kwalifikacyjne bez kompleksów, ale wracać na seminaria z nowymi pytaniami. Mosty między praktyką a refleksją, między tempem kancelarii a rytmem debaty akademickiej. Warunkiem sine qua non jest pielęgnowanie etosu. Jeśli decydenci uznają, że wystarczy zapewnić „odpowiednią liczbę punktów ECTS”, to kolejne roczniki będą jedynie posiadaczami dyplomów. Jeżeli jednak obronimy ideę uniwersytetu – jako wspólnoty sporu o argument, a nie jedynie fabryki CV – wychowamy depozytariuszy klasycznej i ponadczasowej idei. Ludzi, którzy potrafią myśleć, mówić i działać odpowiedzialnie. Rozmowa do kancelarii? Oczywiście – idź, sprawdź się. Ale pamiętaj: najważniejsza rozmowa kwalifikacyjna to ta, którą uniwersytet przeprowadza każdego dnia sam ze sobą. Czy nadal kształci do zawodu i do rozumienia świata? Jeśli odpowie „tak”, dyplom będzie tylko potwierdzeniem czegoś o wiele cenniejszego.
Tekst pochodzi z kwartalnika nr 1/2026
/mdk