...Ażeby odtąd utrapione pospólstwo wolne było od wszelkiego okrucieństwa”
...Aby wśród nas nie było nienawiści, przemocy i wyzysku”
370 lat temu 1 kwietnia 1656 roku Jan Kazimierz w Katedrze Lwowskiej złożył historyczne ślubowanie. Uczynił to względem Matki Bożej w imieniu narodu polskiego, takiego jakim go wtedy pojmowano. Śluby były odważnym aktem, stanowiskiem społecznym opartym o najbardziej elementarne poczucie sprawiedliwości. 300 lat później, 26 sierpnia 1956 roku na Jasnej Górze, Naród Polski pod przywództwem nieobecnego podczas samego aktu prymasa Wyszyńskiego – bo przecież ciągle uwięzionego – złożył śluby niejako na nowo, ale w zasadzie te same. Inne, bo zmieniły się czasy i postrzeganie spraw, inaczej rozumiano pojęcie narodu, niemniej jednak pozostały rzeczy trwałe, przede wszystkim te, które nie zostały zrealizowane.
Oczywiście zawsze można powiedzieć, że oba dokumenty są pewnym manifestem przedstawiającym stan idealny, ale wypowiedzi takie są poniekąd ucieczką od tematu. Pojęcie sprawiedliwości nie jest pustą ideą. Ona albo jest, albo jej nie ma. Ucisk i okrucieństwo, które obiecywał ukrócić Jan Kazimierz jest dziś przez historyków szeroko opisywane, król składający przysięgę, też wiedział o co chodzi. To, że nie zrealizował swoich obietnic, że naród ich nie wypełnił, jest faktem obiektywnym – gdyby było inaczej w roku 1956 nie trzeba by było składać owych nowych ślubów.
Czasy się zmieniły, nie było pańszczyzny, ale państwo komunistyczne, właśnie kilka miesięcy przed ślubami, dokonało legalizacji aborcji, która stała się przekleństwem czasów powojennych. Była ona czymś gorszym od ucisku pańszczyźnianego, bo skazanym na śmierć ofiarom, niczemu niewinnym ofiarom narodu, nie dawała możliwości ucieczki, ani obrony. Legalność aborcji stała się klątwą ciążącą na społeczeństwie i obciążającą cały naród. Uwięziony Prymas miał świadomość ogromu zbrodni jaka się dokonuje. Aby ukrócić okrucieństwo państwa wezwał do pomocy wszystkie siły narodu: „wszyscy staniemy na straży budzącego się życia”, brzmiała fraza ze ślubów, ale tak jak i za czasów Jana Kazimierza, tego okrucieństwa nie udało się zniwelować. Felieton nie jest miejscem do przytaczania statystyk, ale są one porażające. Państwo rękami i za zgodą obywateli zamordowało miliony Polaków. Niektóre roczniki urodzone w rygorach ustawy można określić mianem „ocaleńców”. W tym kontekście krzyki środowisk proaborcyjnych, jakie podniosły się w ostatnich latach, wywołują konieczność wołania o pomstę do nieba. Oczywiście czasy tak jak te, które upłynęły pomiędzy Ślubami Królewskimi a tymi z Jasnej Góry postąpiły do przodu. Aborcja, taka jaką znamy z przeszłości, nie jest procederem powszechnym, są inne „nowocześniejsze” sposoby zagłady narodu, ale z jakiegoś powodu jest ona dla wielu ważna, tak jakby miała być specyficzną ofiarą złożona „złemu”. W tym kontekście mogę przytoczyć choćby, głośną w 2025 roku, sprawę zabicia dziecka w szpitalu w Oleśnicy. Jednym słowem, w jednym i drugim ślubowaniu podjęte zobowiązanie nie zostało wykonane i …czeka.
Żeby być ścisłym, w 1956 roku sprawa zabijania dzieci nienarodzonych była wierzchołkiem góry lodowej, która ze sprawiedliwości, tą dekretowaną dekretami, nie miała nic wspólnego, a tym samym cała reszta była tylko konsekwencją.
Idąc dalej, Prymas chciał, i wyraził to w Ślubach, sprawiedliwości społecznej w życiu doczesnym, wyrastającej najpierw z relacji międzyludzkich a potem przenikających również do struktur państwa: naród żyjący zapisami Ślubów stworzy relacje oparte na miłości społecznej, a one przenikną państwo, które stanie się dobrem wspólnym suwerennego narodu. Czy tak się stało? Tu znowu wraca ta sama kwestia. Społeczeństwo, które tego nie rozumie, które marnuje wszystkie swoje żywotne siły na jałowe spory polityczne, daje się wodzić za nos zagranicznym ośrodkom wpływu. Jak szlachta w XVIII wieku nie podoła bardzo wysokim wymaganiom ślubów, one mogą się spełnić jeśli zaczniemy od siebie, od modlitwy w rodzinie i we wspólnocie najbliższych osób. Prymas bardzo wiele uwagi przykładał do braku nienawiści, czy nawet zwykłej niechęci miedzy sobą. O to też trzeba się modlić.
Śluby są zobowiązaniem dla narodu, i dopóki on trwa musi na sobie dźwigać ciężar realizacji tego co ślubował, a jeśli nie? To po co komu taki naród?
/mdk