O kłamstwie teorii globalnego przeludnienia, nadchodzącym kryzysie demograficzno-ekonomicznym i upadku instytucji rodziny, ale i o pomysłach, jak ją wzmocnić i stworzyć szansę na poprawę sytuacji demograficznej w Europie, opowiada Philip Booth w rozmowie z Maciejem Szepietowskim.
Przez wiele lat panowała powszechna opinia o zagrożeniu globalnym przeludnieniem i negatywnych skutkach dużych społeczeństw. Pan kwestionuje ten pogląd. Dlaczego?
Nie ma dowodów na to, że wzrost populacji na świecie powoduje problemy ekonomiczne lub inne. W 1970 roku populacja świata wynosiła mniej niż cztery miliardy. Przypuszczalnie 1,6 miliarda ludzi żyło w skrajnym ubóstwie lub na granicy niedożywienia. Około 2,4 miliarda raczej miało odpowiednie wyżywienie, mieszkanie, ubranie itd. Pięćdziesiąt lat później zapewniamy odpowiednie wyżywienie, mieszkanie i ubranie około 7,2 miliarda z 8 miliardów ludzi. Co więcej, poprawił się każdy istotny wskaźnik dobrobytu – umiejętność czytania i pisania, śmiertelność matek, stan zdrowia, a nawet zgony z przyczyn środowiskowych, takich jak zanieczyszczenie powietrza czy zjawiska pogodowe. Warto również zauważyć, że miejsca o stosunkowo dużej gęstości zaludnienia lepiej prosperują. Gdy ludzie mieszkają bliżej siebie, mają więcej możliwości specjalizacji i wymiany.
Oczywiście na świecie wciąż jest wiele biedy, ale nie wynika to z nadmiernej liczby ludności. Wojny, konflikty wewnętrzne, brak rządów prawa, brak odpowiednich warunków dla rozwoju biznesu – to wszystko istotne czynniki wpływające na dobrobyt. W rzeczywistości moglibyśmy osiągnąć o wiele więcej, gdyby istniały odpowiednie warunki. Pod tym względem sytuacja poprawiła się w latach 80. i 90., ale teraz znów zaczyna się pogarszać.
Ogólnie rzecz biorąc, jedno możemy powiedzieć na pewno: ogromny wzrost liczby ludności na świecie od 1970 roku nie miał negatywnych konsekwencji.
Bada Pan procesy demograficzne. Powiedział Pan kiedyś: „Jestem bardzo pesymistyczny co do nadchodzących dekad, jeśli nie nastąpią znaczące zmiany”. Jakie to zmiany i czy gdziekolwiek w Europie widać w tym względzie pozytywne sygnały?
Po pierwsze, ważne jest wyjaśnienie, dlaczego jestem pesymistą. Większość krajów rozwiniętych ma ogromne zadłużenie publiczne. Ponadto po II wojnie światowej wprowadzono systemy ubezpieczeń społecznych, które obejmują wypłacanie emerytur i zapewnianie opieki zdrowotnej osobom starszym z podatków pokolenia pracującego. Systemy te działają, dopóki na każdego emeryta przypada rozsądna liczba pracowników. Ale co się stanie, jeśli, tak jak we Włoszech, liczba pracowników na jednego emeryta zmniejszy się z sześciu do nieco ponad dwóch? I co będzie, jeśli rynki pracy będą regulowane do takiego stopnia, że wiele osób w wieku produkcyjnym nie znajdzie pracy? Co się stanie w ciągu najbliższych 20 lat, gdy we Włoszech na jednego emeryta będzie przypadać niewiele więcej niż jeden aktywny pracownik? Obawiam się, czy demokracja i społeczeństwo obywatelskie sobie z tym poradzą. Być może dlatego już teraz obserwujemy tak wiele napięć. Młodzi uważają, że płacą więcej podatków, niż otrzymują świadczeń. I mają rację. Osoby starsze wcale nie otrzymują wyższych emerytur ani lepszej opieki zdrowotnej, natomiast wzrost ich populacji oznacza zwiększenie łącznych kosztów.
Co można z tym zrobić? Pod wieloma względami nadchodzącego kryzysu nie da się uniknąć. Być może uda nam się jakoś przebrnąć przez reformy regulacyjne, aby zwiększyć naszą produktywność i podnieść wskaźniki zatrudnienia. Jednak w ciągu następnego pokolenia musimy zrobić dwie rzeczy, jeśli idzie o politykę. Po pierwsze, należy zwiększyć prefinansowanie poprzez inwestycje kapitałowe w systemach ubezpieczeń społecznych. Polska zaczęła podążać tą drogą na początku lat 90., ale potem nastąpił gwałtowny odwrót. Po drugie, potrzebujemy polityki podatkowej i socjalnej wspierającej rodzinę. W praktyce nie ma to zazwyczaj większego wpływu na dzietność, pomaga jednak zmienić kulturę, co ma znaczenie. Choć zmiany te nie zapobiegną nadchodzącemu kryzysowi, mogą pomóc w ustabilizowaniu sytuacji w przyszłości.
Wśród krajów o bardzo negatywnym trendzie demograficznym wymienia Pan również Polskę, przewidując spadek jej populacji o jedną czwartą. To znacząca liczba. Jak możemy sprostać temu wyzwaniu?
Prosta odpowiedzieć brzmi: „z wielkim trudem!”. Oczywiście, potrzebujemy systemu podatkowego i socjalnego promującego życie rodzinne. Można dyskutować, czy wpłynie on znacząco na trend demograficzny, ale jest nieodzowny. Zasadniczo wolałabym stworzyć dobrze zaprojektowany system podatkowy i socjalny, a nie taki jednoznacznie promujący dzietność. Ważne jest, abyśmy w systemie podatkowym nie dyskryminowali członków rodziny, którzy chcą pracować w domu, aby opiekować się innymi domownikami. Nie musimy im płacić, ale system podatkowy nie powinien dyskryminować takich rodzin.
Prace Catherine Pakaluk sugerują, że to wiara religijna napędza wielkość rodziny. Z pewnością stanowi to wyzwanie dla Kościoła katolickiego, który wierzy, że małżeństwo powinno być otwarte na życie. Polska jest krajem katolickim, ale ma bardzo niski wskaźnik dzietności. Nie mam prostych odpowiedzi. Myślę, że odrodzenie musi przyjść oddolnie. Z pewnością księża, którzy głoszą kazania wokół wartości przedstawionych w encyklice Humanae vitae – a te są znaczące – szybko nie zmienią obecnej sytuacji.
Wychowywanie dzieci to oczywiście ciężka praca. To kolejny powód, dla którego oddolna zmiana kulturowa jest ważna. Im większa grupa rodziców posiada więcej dzieci, tym łatwiej innym zdecydować się na liczniejsze potomstwo. Jeśli wszyscy wokół mają jedno lub dwoje dzieci, to świat po prostu nie jest przystosowany dla rodziny z pięciorgiem.
Podaje Pan przykład: do 2050 roku około 60% Włochów nie będzie miało doświadczenia posiadania brata, siostry, ciotki, wujka ani kuzyna. Ich rodzice umrą, a wielu z nich nie będzie miało dzieci. Koncepcja rodziny jako antropologicznej rzeczywistości, na której zbudowane jest społeczeństwo, po prostu przestanie istnieć w różnych krajach. To bardzo dystopijna wizja.
To rzeczywiście dystopijna wizja. Ale jak ocenić sytuację, w której będzie tak wielu jedynaków? Ponad połowa rodzin we Włoszech będzie miała tylko po jednym dziecku. Pomijając kwestie finansowe, to kto będzie opiekował się osobami starszymi i zapewni im towarzystwo? Co będzie, gdy jedynak stanie się niepełnosprawny, a jego rodzice umrą? Co się stanie, jeśli dziecko zdecyduje się na migrację? Kto zaopiekuje się wówczas mamą i tatą na starość? W Europie mieliśmy sytuacje, w których ogromna liczba osób zmarła z powodu chorób, co stało się przyczyną poważnych problemów, ale to, co nadchodzi, jest gorsze. To nieznana rzeczywistość.
Nie jest Pan zwolennikiem polityki pronatalistycznej prowadzonej przez niektóre kraje. Jakie rozwiązania byłyby optymalne w tym względzie?
Powiedziałbym, że po pierwsze: „nie szkodzić”. Państwo powinno opodatkowywać rodzinę jako całość, a nie jako zbiór jednostek. Rodziny powinny móc agregować ulgi podatkowe swoich członków. Dzieci stanowią koszt, a podatki powinny być oparte na zdolnościach płatniczych, czyli rodzice powinni mieć ulgę podatkową na każde dziecko. Możemy wtedy wrócić do sytuacji, w której rodziny o średnich dochodach płacą bardzo niskie podatki. Moim zdaniem, dopłaty mające skłaniać ludzi do posiadania dzieci nie są właściwym rozwiązaniem i nie zmieniają znacząco współczynnika dzietności. Rozszerzają za to zasięg państwa, zwiększają obciążenia podatkowe, podnoszą koszty zatrudnienia ludzi itd. Jestem zwolennikiem finansowanych kapitałowo, prywatnych systemów opieki społecznej tworzonych przez silne rodziny. Jeśli jednak chcemy kontynuować państwową opiekę społeczną finansowaną ze składek osób pracujących, moglibyśmy obniżyć stawki podatkowe dla osób z większą liczbą dzieci. W ten sposób w istocie mówilibyśmy ludziom: „świadczenia dla osób starszych muszą być jakoś opłacane, czyli możecie albo płacić składki, albo mieć więcej dzieci, które będą płacić składki w przyszłości”. Moglibyśmy również przyznać więcej głosów w wyborach rodzicom dzieci nieletnich. Jedną z wad demokracji – „jeden człowiek = jeden głos” – jest to, że można podejmować decyzje korzystne dla obecnego pokolenia kosztem przyszłych pokoleń. Taka zmiana mogłaby nieco złagodzić ten problem.
Dziękuję za rozmowę.
Philip Booth – profesor katolickiej nauki społecznej i polityki publicznej na Uniwersytecie St. Mary’s w Twickenham; dyrektor ds. badań Konferencji Katolickich Biskupów Anglii i Walii; pracownik naukowy Centrum Przedsiębiorczości, Rynków i Etyki w Oksfordzie. Autor wielu prac dotyczących m.in. finansów, ubezpieczeń społecznych oraz nauczania społecznego Kościoła.
Prowadzi stronę www.catholicsocialthought.org.uk
Tekst pochodzi z kwartalnika nr 1/2026
/mdk