Połoniewicz: W nieokrągłą, dojrzałą rocznicę przybycia do powojennej Ostródy

Udostępnij artykuł:
Fot. Facebook.com/Mirosław Kolbe, ostródzki artysta / charakterystyczna panorama nabrzeża Jeziora Drwęckiego w Ostródzie, wrzesień 2022 r.

Opowiedzianą pokrótce historię znaczę życiem każdego dnia, aż do dnia ostatniego. Jest syntezą historii mojego życia z historią miasta, które stało się dla mnie jedynym, niewymienialnym na inne miejscem na ziemi. Siedemdziesiąt dwa lata… To już tak wiele, że nie zdołam w szczegółach opowiedzieć wszystkiego, co przeżyłem, a nadal pamiętam. I co chciałbym opowiedzieć…

Nie uschnę z tęsknoty za moim miastem

Przywieziono mnie do Ostródy w roku 1954. Pewnego lipcowego dnia, gdy miałem zaledwie sześć miesięcy. I tu pozostałem. Z zamiarem „na zawsze”. Moje rodzinne miasto tylko raz opuściłem na trzy lata w celu odbycia służby w Ludowym Wojsku Polskim. I wróciłem. Na przełomie lipca i sierpnia 2022 roku opuściłem je na 29 dni, aby podreperować zdrowie w Wojewódzkim Ośrodku Rehabilitacji Kardiologicznej w Biskupcu Reszelskim. A więc niedaleko i na krótko. Nie liczę corocznych dwutygodniowych wyjazdów urlopowych. To realność życia.

W Ostródzie, na Wzgórzu Świętego Franciszka z Asyżu, na skrawku własnej ziemi założyłem rodzinne gniazdo, a w nim – w sypialni, na własnym łóżku zamierzam dokonać żywota (spełnienie zamiaru i wybór terminu pozostawiam Panu Bogu). Z tego miejsca moją ziemską doczesność zabiorą do lodówki zakładu pogrzebowego (nie życzę sobie kremacji! – nie znoszę bowiem gorąca), a następnie bardziej lub mniej uroczyście, (obowiązkowo) według katolickiego obrządku, odprowadzą na miejscowy cmentarz. Na zawsze zatem pozostanę w Ostródzie.

Wygląda na to, że do końca moich dni nie doznam uczucia tęsknoty za moim miastem. Tak, jak tęskniło i tęskni wielu jego mieszkańców, których losy rzuciły w różne strony Polski, a nawet świata. Mieszkańców przedwojennej i wojennej Osterode i powojennej Ostródy.

Hans Hellmut Kirst – słynny w świecie mieszkaniec Osterode Ostpr. – pisarz, autor kilkudziesięciu znanych powieści, jak choćby „Fabryka oficerów”, trylogia „08/15” (nomen omen pierwszy tom wydany w 1954 r.) czy „Bóg śpi na Mazurach”, w książce „Moje Prusy Wschodnie” z nostalgią pisze o rodzinnym – obecnie moim mieście:

Miasteczkiem mojego dzieciństwa była Osterode – położona nad jeziorem, rozlokowana wokół rynku, zamieszkała przez kilka tysięcy ludzi. (…) Niewielką Osterode można było od piaszczystych wzgórz do Jeziora Drwęckiego przemierzyć w pół godziny – jako dzieci organizowaliśmy wyścigi; rekord wynosił niecałe osiemnaście minut. (…) Centralnym miejscem Osterode był, jak niemal we wszystkich miastach naszego kraju, plac targowy – na początku wyglądał jak wąski wachlarz; jednak otwierał się na całą szerokość w stronę jeziora. Ludzie mieszkający przy tym trójkątnym placu zwykli mawiać: „Wystarczy, że spojrzymy przez okno i już wiemy o wszystkim, co się dzieje”.

Jednak my, chłopcy, byliśmy przekonani, że o pewnych zdarzeniach wiedzieliśmy znacznie wcześniej. A to za sprawą regularnych wypadów w okolice Jeziora Drwęckiego. To bowiem, co przy okazji zobaczyliśmy, uprawniało nas do przypuszczenia, że w troskliwie pielęgnowanych zieleńcach nad jeziorem poczęta została duża część mieszkańców naszego miasta.

Jak spostrzegamy, opisane przez niemieckiego pisarza zamieszkałego w Osterode Ostpr. obrazy przeszłości, nie należały do zbyt sentymentalnych wspomnień. Niewiele ma dalej do powiedzenia. Ale oni zawsze tacy chłodni, a może nawet zimni… I przed, i po… Mam na myśli okresy historyczne…

W powojennej Ostródzie podtrzymanie demografii nie było i nie jest możliwe w miejscach opisanych przez Kirsta. Nie ma troskliwie pielęgnowanych zieleńców w otoczeniu Jeziora Drwęckiego, co mnie z kolei uprawnia do przypuszczenia, że taki stan rzeczy jest jednym z zasadniczych powodów współczesnego upadku demograficznego Ostródy…

Ale niech tam! Choć dla obecnych mieszkańców Ostródy to bardzo ważne. Czyli i dla mnie również. Ale Kirst odnotowuje dalej:

W Osterode mógł wtedy „każdy” – jak powiedział to jeden z pruskich królów, któremu już choćby za to należy się przydomek „wielki” – „być zbawiony według własnego stylu”.

Można to dwojako rozumieć, lecz czy aby na pewno mógł wtedy każdy? Powątpiewam, i zapewne zwątpiłby także, gdyby mógł, sam Luter, że Kirst nieco przesadził z tym: każdy mógł być zbawiony według własnego stylu.

I jeszcze raz Kirst:

Kto przybywa do Osterode, ten płacze dwa razy – mawiano – najpierw na jej widok, potem, kiedy musi ją opuścić.

Gdy w 1954 roku przybywałem do Ostródy, owszem, płakałem, ale nie ze wzruszenia powodowanego jej pięknem. Bo takowego dostrzec wówczas jako niemowlę nie mogłem. Wtedy jeszcze bez wąsów. A płacz jest, jak powszechnie wiadomo, niemowląt „mową” – sygnalizują przez płacz swoje potrzeby.

Tymczasem Ostróda, po dziewięciu latach od zakończenia działań wojennych, nadal leżała w gruzach. Cicha, mroczna, niepewna, spalona. Oczekująca. Smutna w toksycznych oparach nowej, budzącej uzasadniony niepokój ideologii. Z trudem dźwigała się ze skutków barbarzyńskich działań najeźdźców ze Wschodu.

Nie uschnę z tęsknoty za moim miastem. Jak wyjaśniłem – na zawsze tu pozostanę. Płakać zatem po raz drugi nie będę.

 

/ab

Zobacz inne artykuły o podobnej tematyce:

Przewodniczący Białostocko-Olsztyńskiego Oddziału Okręgowego Katolickiego Stowarzyszenia "Civitas Christiana". Teolog, publicysta.
okładka
Nowość

Już jest! Nowy numer kwartalnika „Civitas Christiana” do pobrania!