Home / Felietony / Spadek po Karolu Marksie

Spadek po Karolu Marksie

O tym, jak mocno w powszechnej świadomości utrwaliły się osobliwe poglądy rodem ze zideologizowanego „myślenia” marksistowskiego, świadczy dzisiaj nawet zawartość czasopism katolickich.


W niedawnym numerze jednego z takich periodyków, którego tytuł przemilczymy, ukazał się artykuł zachwalający turystyczne atrakcje przemysłowego miasta, Łodzi, a ściślej – wyjątkowej ulicy tego miasta, mianowicie Piotrkowskiej. Oto autor tego skądinąd nie najgorszego tekstu wtrąca jak gdyby mimochodem następujące spostrzeżenie: „(…) każdy może zobaczyć scenerię, która nie jest wytworem wyobraźni pisarza i filmowca. Można jej dosłownie dotknąć, zobaczyć (ją) z bliska. Nie ma już tylko ludzi, którzy uwierzyli w łódzką ziemię obiecaną. Tych, którzy ją budowali, i tych, którzy byli wyzyskiwani w XIX-wiecznych fabrykach”. Tutaj trzeba zrobić pauzę w lekturze, głębiej odetchnąć, poświęcić chwilę na zastanowienie – i nagle wszystko staje się jasne, jak w telewizyjnej reklamie proszku do prania dziecięcej odzieży: w XIX-wiecznej Łodzi żyły obok siebie dwie kategorie ludzi, mianowicie wyzyskiwacze, czyli fabrykanci, oraz wyzyskiwani, czyli robotnicy (przy czym, jak autor całkiem przytomnie napomyka, to ci pierwsi zbudowali Łódź).

Sądzę, że warto się nad zacytowanym zdaniem pochylić. Gwoli ułatwienia sobie tej pracy przyjmijmy roboczą hipotezę, że przytoczone powyżej słowa faktycznie pochodzą od autora artykułu, a nie od jakiejś gorliwej i pracowitej redaktorki czy korektorki – bo i takiego przypadku z góry wykluczyć nie możemy. (Skądinąd bowiem wiadomo, że odpowiednio zdeterminowani „poprawiacze” umieją zepsuć, oczywiście w dobrej wierze, najstaranniej nawet przemyślany tekst. Fakt to przykry, ale nierzadki, gdyż – jak zauważył Andrzej Bień w swoim komentarzu do twórczości poetyckiej Edwarda Stachury – „świat pełen jest poprawiaczy”). Wychodzi więc na to, że autor tekstu o Łodzi odruchowo, czyli bezmyślnie – albo, co gorsza, z rozmysłem – posługuje się w oglądzie, opisie i ocenie rzeczywistości mętnymi, deformującymi obraz soczewkami, które w swoim ponurym warsztacie intelektualnym wyszlifował obłąkany ideolog Karol Marks (1818?1883). Myślę, że ten twórca rewolucyjnego komunizmu – uważający każdą pracę najemną za wyzysk, a każdego „kapitalistę” za wyzyskiwacza – byłby dzisiaj dumny ze swojej spuścizny, która tak mocno wryła się w umysły pokoleń i wciąż daje o sobie znać, nawet w piśmiennictwie katolickim.

Dla ćwiczenia imaginacji wyobraźmy sobie, że za jakieś 130 lat, około połowy XXII stulecia, ktoś będzie z nudów przygotowywał reportaż historyczny o mieście, w którym obecnie się znajduje siedziba redakcji owego katolickiego czasopisma. A w tej to świetlanej przyszłości, wiadomo, Unia Europejska będzie już tak dalece zaawansowana i postępowa, że na ziemiach dzisiejszej Rzeczypospolitej Polskiej będzie obowiązywał dwugodzinny dzień pracy wywalczony przez związki zawodowe, zasiłki socjalne będą czterokrotnie wyższe od przeciętnej płacy krajowej brutto, a długość pełnopłatnego urlopu macierzyńskiego lub ojcowskiego będzie wynosiła sześć lat i dziewięć miesięcy. I cóż tamten badacz starożytności zawrze w swoim materiale dziennikarskim? Ano, na przykład zanotuje tam takie spostrzeżenie: „W XXI wieku mieściła się w tym gmachu redakcja katolickiego magazynu ťGrono AniołkówŤ, gdzie grubi wydawcy i dyrektorzy bezlitośnie wyzyskiwali chudych redaktorów, gońców i portierów, każąc im harować po 42 godziny w tygodniu oraz puszczając ich na urlop wypoczynkowy tylko na 26 dni w roku. Zasiłki socjalne były zaś wówczas tak niskie, że niektórym ludziom jeszcze opłacało się pracować zarobkowo, zamiast siedzieć w domu przed telewizorem i leniwie popijać smakowite trunki, fundowane przez gminne i miejskie ośrodki pomocy społecznej”.

Przeczytawszy te wiekopomne zdania, XXII-wieczni czytelnicy zadumają się długo i głęboko nad tragicznym losem polskiego ludu roboczego z początku XXI stulecia. W trakcie lektury zaś w swoich wypielęgnowanych dłoniach będą trzymać szklanice z „dżinem zwycięstwa”, z których co jakiś czas pociągną łyk lub dwa. Dla wyjaśnienia dodajmy, że dżin zwycięstwa (po angielsku victory gin) był ulubionym napojem obywateli Oceanii, czyli totalitarnego państwa, którego funkcjonowanie i założenia ustrojowe z przerażającą drobiazgowością odmalował George Orwell (właściwie Eric Arthur Blair, 1903-1950) w słynnej i proroczej powieści Rok 1984.

Paweł Borkowski

Artykuł ukazał się w numerze 03/2009.