Home / Historia / Co zostało z 1 maja?

Co zostało z 1 maja?

Dziewiętnastowieczny socjalista Robert Owen zdefiniował system pracy, który stał się podstawą naszego życia: 8 godzin pracy, 8 godzin konsumpcji, 8 godzin odpoczynku. Kto współcześnie, grillując z rodziną i przyjaciółmi, pamięta, że Święto Pracy było buntem przeciwko m.in. 16-godzinnym dniom pracy? I po co nam to święto dzisiaj?

Pierwszy dzień maja młodym ludziom kojarzy się z początkiem upragnionego „długiego weekendu”, a wśród starszych pokoleń wywołuje nieodparte skojarzenia z dawnymi odcinkami kroniki filmowej lub dziennika telewizyjnego: wielobarwne pochody z pieśnią na ustach, flagi łopoczące na wiosennym wietrze i pompatyczne przemówienia towarzyszy partyjnych zebranych na mównicy niezbyt dyskretnie pilnowanej przez tajniaków. W ponuro-groteskowej rzeczywistości PRL dzień ten był jednym z głównych symboli deklarowanej jedności „narodu z partią i partii z narodem”. A skąd faktycznie wzięło się owo święto i z jakich racji jest obchodzone?

Tło historyczne

W XIX w. w euroatlantyckiej części świata dokonywał się gwałtowny rozwój myśli inżynierskiej i techniki produkcyjnej; nie bez powodu już wtedy nazywano ten okres stuleciem „pary i kolei żelaznych” względnie „pary i elektryczności” (dzisiaj wolimy określenie „rewolucja przemysłowa”). W wielu krajach postępowała intensywna industrializacja i jej pochodna – urbanizacja. Mnożyły się odkrycia naukowe i wynalazki techniczne, rodził się wielki przemysł, powstawały siłownie i fabryki, zawiązywały się korporacje, trusty, kartele i oligopole, kształciła się nowoczesna kadra kierownicza, a w miastach wokół starych dzielnic wyrastały domy i osiedla robotnicze, często budowane obok nowych zakładów produkcyjnych.

Symbolicznymi postaciami tego rozkwitającego, nieznanego przedtem ustroju społeczno-gospodarczego stali się właściciele i zarządcy fabryk oraz nieprzeliczeni pracownicy najemni, w wielu przypadkach emigranci, którzy do nowo powstających miejskich ośrodków przemysłowych masowo przenosili się ze swoich starych siedzib wiejskich albo napływali szerokim strumieniem z obcych krajów, a nawet z innych kontynentów. Odwrotnie niż w ewangelicznej przypowieści o żebraku Łazarzu i anonimowym bogaczu (zob. Łk 16,19-31) tamci pierwsi byli osobiście znani i ogólnie poważani, ci drudzy zaś pozostawali w swojej masie bezimienni i nierzadko bywali traktowani tak samo przedmiotowo jak części zamienne do maszyn, których obsługą zajmowali się na co dzień. W kategoriach socjo-ekonomicznych, nieobcych także nauce społecznej Kościoła, ten całokształt zjawisk określono w ten sposób, że wysoko zorganizowany kapitał w szybkim tempie zdobywał przewagę nad pracą ludzką; socjaliści natomiast widzieli w tych procesach kolejny w toku dziejów przejaw nieuniknionej walki klas.

Jakkolwiek można by owe fakty nazywać i oceniać, w zgodzie zarówno z fizykalną, jak i społeczną zasadą „akcja – reakcja” musiały one wywołać presję powszechnego niezadowolenia, która wkrótce przybrała formy zorganizowane, także w wymiarze politycznym (dominowały różnorodne nurty lewicowe). Postępująca konsolidacja przedsiębiorstw skłaniała rzesze robotników do analogicznego organizowania się w związkach zawodowych. Oprócz prowadzenia agitacji wszczynano masowe demonstracje, strajki i protesty, częstokroć krwawo tłumione przez siły porządku publicznego. Inspirację do takich wystąpień stanowiły z reguły idee i akcje socjalistyczne, które rodziły się na Starym Kontynencie i docierały do USA razem z kolejnymi falami emigrantów.

Socjalistyczna geneza

Jedno z serii tych wydarzeń miało miejsce w Chicago, w stanie Illinois, w USA na początku maja 1886 r. Nie było ono pierwsze, stało się jednak szczególnie głośne z uwagi na swoje rozmiary, przebieg i konsekwencje. Periodyk „Przedświt”, organ prasowy socjalistów wydawany w latach 1881–1905 w kilku krajach europejskich, donosił: „1 maja [1886] tłum robotników strajkujących, liczący około 50 tysięcy ludzi, przeciągnął przez miasto w triumfalnym pochodzie, wzywając i resztę robotników, by przestali pracować”. Protestujący domagali się przede wszystkim ustawowego zagwarantowania 8-godzinnego dnia pracy.

Podówczas bowiem przeciętny robotnik pracował po kilkanaście godzin na dobę, na ogół w męczących, szkodliwych dla zdrowia warunkach, w dodatku za niskie wynagrodzenie. Jan Paweł II scharakteryzował tamtą sytuację następująco: „Robotnicy (…) oddawali swoje siły do dyspozycji grupy przedsiębiorców, podczas gdy oni, kierując się zasadą najwyższego zysku, usiłowali ustanowić możliwie najniższe wynagrodzenie za pracę wykonywaną przez robotników. (…) inne jeszcze elementy wyzysku (…) wynikały z braku bezpieczeństwa pracy oraz zapewnienia warunków zdrowia i życia robotników i ich rodzin” (Encyklika Laborem exercens 11).

W masowej biedzie czy wprost nędzy proletariatu ówcześni komentatorzy dostrzegali nie tylko problem ekonomiczny, lecz także źródło wszelkiego rodzaju występków i patologii moralnych, a wręcz zagrożenie cywilizacyjne; np. pewien francuski dziennik w 1831 r. alarmował: „Barbarzyńcy, którzy stanowią zagrożenie dla społeczeństwa, nie mieszkają na tatarskich stepach, lecz na peryferiach naszych uprzemysłowionych miast”. Wszystkie te i inne jeszcze czynniki składały się na skomplikowaną „kwestię społeczną”, która w nadchodzących dziesięcioleciach miała przynieść wiele istotnych zmian w obrębie cywilizacji zachodniej, a także w innych rejonach świata.

Powróćmy jednak do wypadków w Chicago. Demonstracje robotnicze trwały przez kilka kolejnych dni maja, ale w końcu bezceremonialnie rozprawiono się z manifestantami. Padło wiele strzałów z broni palnej, eksplodowała bomba, były ofiary śmiertelne i ranni (także zresztą wśród sił porządkowych), nastąpiły aresztowania i represje policyjne, a w sądach zapadło nawet kilka wyroków śmierci.

Pomimo tak brutalnego stłumienia rozruchów głosy w sprawie robotniczej nie ucichły. Wydarzenia z USA nie przeszły bez echa i po krótkim czasie zostały wyzyskane przez utwierdzający się ruch lewicowy. Na kongresie założycielskim II Międzynarodówki Socjalistycznej, który odbył się w lipcu 1889 r. w Paryżu (głównie z inicjatywy F. Engelsa), wśród innych rozstrzygnięć postanowiono trwale i oficjalnie upamiętnić zajścia i postulaty chicagowskie, ustanawiając międzynarodowy dzień walki o prawa proletariatu. Podjęto stosowną uchwałę i chociaż nie określono dokładnie daty nowego święta, to jednak wkrótce powszechnie się przyjęło, żeby obchodzić je w dniu 1 maja.

Dzisiaj na tę rubrykę w kalendarzu przypada Święto Pracy. Ma ono rangę międzynarodową, choć w różnych krajach przybiera odmienny charakter. W Wielkiej Brytanii dzień ten nazywa się May Day, jednakże nie jest to uroczystość robotnicza, tylko coś w rodzaju święta wiosny o charakterze festynu czy zabawy ludowej (np. przeprowadza się wtedy wybory May Queen – Majowej Królowej). Co ciekawe, w USA – a więc w kraju, od którego wszystko się zaczęło – i w Kanadzie Dzień Pracy (Labor Day) jest obchodzony w pierwszy poniedziałek września.

Odpowiedź Kościoła

Na tych łamach nie może zabraknąć spojrzenia od strony katolickiej. W istocie Kościół nie uchylił się od zareagowania na ogarniające Zachód przemiany w sferze ekonomicznej i społecznej, aczkolwiek – jak uważa ks. prof. Zygmunt Zieliński – jego „aktywność na tej płaszczyźnie była spóźniona mniej więcej o cały pontyfikat Piusa IX”, zasiadającego na stolicy Piotrowej w latach 1846–1878. Również odpowiedź Kościoła na ustanowienie Święta Pracy, mającego przecież korzenie zupełnie świeckie czy wręcz laickie, przyszła stosunkowo późno. Pojawiła się bowiem dopiero za pontyfikatu Piusa XII, który w 1955 r. wprowadził do kalendarza liturgicznego wspomnienie św. Józefa Rzemieślnika (w poświęconej mu litanii opiekun Pana Jezusa, jak wiadomo cieśla z zawodu, jest przyzywany m.in. właśnie jako exemplar opificum – „wzór rzemieślników”).

Co oznacza święto 1 maja dla chrześcijan? Na pewno może się ono stać publiczną okazją do szerszego spojrzenia na wszelką pracę, która jest podstawowym elementem bytowania człowieka na ziemi. Dzień 1 maja skłania nas więc do zastanowienia się nad tym, dlaczego i po co pracujemy. A trzeba przyznać, że współczesność, skupiona na środkach, zasobach i metodach, nie sprzyja refleksji nad ich celem.

Obowiązek wykonywania takiej czy innej pracy wynika z faktu, że „pierwszej ludzkiej parze Bóg powierza zadanie czynienia sobie ziemi poddaną i panowania nad wszelkim żywym stworzeniem” (Kompendium nauki społecznej Kościoła 255). Może nie brzmi to zbyt dobrze, trochę jak znany z poprzedniej epoki „nakaz pracy”, pamiętajmy jednak o tym, że w planie stworzenia praca nie była związana z trudem i przeciwnościami, ale stała się taka dopiero na skutek grzechu pierworodnego. Przekleństwo pracy nie wynika z samej konieczności jej wykonywania, tylko z wszelkich problemów technicznych, organizacyjnych, personalnych itp., które się z tym nieuchronnie łączą. Wskutek pierwotnej winy praca na ogół jest trudna i męcząca, a z kolei świętowanie bywa odczuwane jako nudne lub jałowe. Toteż ze względu na przywrócenie pierwotnej, właściwej perspektywy „świętowanie pracy” w dniu 1 maja wydaje się nam wszystkim potrzebne. Chociażby po to, abyśmy nie stali się jak owe posępne figury z wiersza Leopolda Staffa, które „nie mają, prócz roboty, co robić na świecie”

Dr Paweł Borkowski

pgw

Zobacz inne artykuły o podobnej tematyce

Kliknij w dowolny hashtag aby przeczytać więce

#1 maj, #KNS, #Pius IX, #socjalizm, #Święto Pracy