Codziennie zmartwychwstajemy

2013/1/15

Z ojcem Wacławem Oszajcą, poetą i teologiem rozmawia Piotr Chmieliński

Fot. Piotr Chmieliński

– Jezus zmartwychwstał. Co to oznacza dla nas?

– Na pewno prowokuje to pytanie: co dalej? Czy nasze ludzkie życie kończy się w momencie śmierci, czy może jest coś potem?

– A jest coś potem?

– Trudno spotkać człowieka, niezależnie od światopoglądu i wyznania, który godziłby się na to, że życie się nieodwracalnie kończy, a człowiek zostaje w śmierci całkowicie unicestwiony. Ludzie wciąż buntują się przeciwko takiemu rozumieniu śmierci. A więc szukają odpowiedzi na pytanie o to, co będzie po niej. I staje przed nimi Kościół. Najpierw ten domowy – czyli rodzice, katecheci, potem Kościół w pełnym rozumieniu tego słowa, wreszcie cała kultura europejska. I dopiero w zetknięciu z Kościołem i z kulturą, człowiek słyszy odpowiedź, jaką daje mu Chrystus. Bo On przecież umarł, a jednak wciąż żyje! Tak też będzie z nami. Umrzemy, ale będziemy żyć. Zmartwychwstaniemy.

– Zmartwychwstawać powinniśmy chyba na co dzień?

– Tak, bo my tak naprawdę nie umieramy raz, ale przez całe życie. Moment poczęcia to jednocześnie moment śmierci. Bo od tego momentu będzie się w nas mocowało wszystko to, co nas trzyma przy życiu i to, co nam to życie próbuje zabrać, np. choroby, cierpienia czy trudne warunki bytu. I tak będzie do chwili śmierci fizycznej.

– Czyli od momentu narodzin już umieramy?

– Tak. Mało tego! My z tego naszego umierania czynimy coś bardzo pięknego. Bo nie tylko umieramy w tym sensie, że ktoś nam zabiera życie, ale my je sami oddajemy. Np. poświęcamy czas na naukę, pracę, zarabianie pieniędzy. Pieniądz jest symbolem naszego umierania.

– W jakim sensie?

– Pieniądz symbolizuje cały nasz wysiłek. Zawiera w sobie nasze zdolności i to, co dajemy innym ludziom. Jest on więc symbolem czasu, który poświęcamy na pracę. Czyli pracując, poświęcając swój czas, spalamy się i umieramy. Tak się dzieje np. w małżeństwie, gdzie mężczyzna oddaje siebie kobiecie, a kobieta mężczyźnie. Oni ze sobą żyją, mają dzieci, wspólny stół, dom. Za to wszystko trzeba nieraz płacić również i cierpieniem. Pojawiają się konflikty, spory. Wtedy trzeba umieć przebaczać.

To nasze umieranie zarazem daje nam szczęście, przedsmak nieba, czegoś bardzo wielkiego. A każde szczęście rodzi głód jeszcze większego szczęścia. To umieranie jest więc szczęśliwym wydarzeniem.

– Ale chyba samo umieranie nie wystarczy. Trzeba jeszcze jakoś zmartwychwstawać. Nie wszyscy to potrafią.

– Ale wszyscy to czynią. Moment śmierci jest również momentem zmartwychwstania. Świetnie to uchwycił teolog Boros, który twierdzi, że śmierć jest momentem, kiedy człowiek uzyskuje największą wolność. Dopiero wtedy możemy w sposób całkowicie świadomy i pełny odpowiedzieć sobie samemu, innym i Bogu: „tak” lub „nie”. Jeżeli powiemy „tak”, otwieramy sobie drogę do nieba i wiecznego szczęścia. Jeżeli natomiast powiemy „nie”, narażamy siebie na piekło.

– Ale to dotyczy już chyba śmierci fizycznej i stanięcia przed Bożym sądem?

– Tak, ale to samo można odnieść do naszej codzienności. Np. żeby być wiernym w przyjaźni, to muszę umieć przebaczyć, jeżeli mój przyjaciel wyrządzi mi krzywdę. Muszę pokonać swój egoizm, a także poczucie sprawiedliwości. A to jest obumieranie. Ale w tym samym momencie kiedy przebaczam, uwalniam tego człowieka, otwieram z powrotem drzwi przez niego zatrzaśnięte i też otwieram siebie. Okazuje się wtedy, że bardziej mi na nim zależy, niż na sobie samym. Jest więc w tym coś bardzo boskiego.

– I to jest wybór zmartwychwstania?

– Tak. Bo gdybym się zatrzasnął w poczuciu krzywdy, nienawiści, chęci zemsty, to wybrałbym piekło. Ponieważ wtedy oderwałbym siebie od ludzi i od Boga.

– Czyli człowiek sam wybiera niebo albo piekło?

– Mówi o tym Biblia: „kładę przed tobą życie i śmierć”. A więc Bóg zaprasza nas nie tylko do tego, aby zło naprawiać dobrem, ale także razem z nim przebóstwiać ten świat. A więc budować nie tylko nową ziemię, ale także nowe niebo. I to jest życie. Można jednak wybrać także śmierć. W biblijnym opisie stworzenia świata jest opis tragedii człowieka, który nie chce współdziałać z Bogiem, przestaje ufać Bogu, wierzyć drugiemu człowiekowi a nawet swojemu rozumowi. Czyli zatraca swoje człowieczeństwo, bo zaczyna wierzyć czemuś, co na wiarę nie zasługuje. Czyli człowiek rezygnuje ze swojej wielkości na rzecz wegetacji, życia interesownego, nastawianego na konsumpcję.

– Czyli zmartwychwstanie jest ściśle związane ze śmiercią.

– To prawda. Umieramy grubo przed śmiercią, a zmartwychwstajemy grubo przed zmartwychwstaniem. Bowiem zmartwychwstanie to nie jest jednorazowe wydarzenie. To dobrze widać, jeśli człowiek potrafi patrzeć na życie przez Eucharystię. Przecież wszystko już jest. I to nie tam gdzieś w niebie, w przestrzeniach czysto duchowych, ale mamy wszystko już tutaj, każdego dnia i o każdej godzinie.

– Mówi Ojciec: „wszystko” – czyli co?

– Boga, którego widzimy i słyszymy. Bóg, na pytanie „gdzie mieszkasz?”, nie odsyła nas do żadnego nieba, nie wysiedla nas poza ziemię, tylko mówi bardzo prosto: „chodźcie, a zobaczycie”. Wystarczy pójść na Mszę św. i przestać Boga bombardować naszymi intencjami, potrzebami, kłopotami, ale popatrzeć i posłuchać. Wtedy można zobaczyć i usłyszeć Boga. Bo cała Msza jest Jego Słowem, Ciałem i Krwią, fizyczną obecnością.

– Kiedyś kard. Ratzinger napisał, że Wielkanoc powinna być dla nas przełomem, abyśmy znowu bez trwogi i radośnie żyli dla życia wiecznego i dawali mu świadectwo w życiu doczesnym. Jak na co dzień dawać świadectwo życiu wiecznemu?

– Do tych słów kard. Ratzingera dołączyłbym słowa Jana Pawła II, który w Ziemi Świętej powiedział, że Betlejem i Boże Narodzenie jest wszędzie. Ale i zmartwychwstanie jest wszędzie. Nie ma takiego sposobu, żeby wyrwać ludzi z ręki Boga. Bóg bowiem zazdrośnie, nawet wręcz zmysłowo, pożąda człowieka. Zmartwychwstanie polega więc na tym, że Jezus przybrał taki sposób istnienia, który pozwala mu nadal, jako Bogu i człowiekowi, być wszędzie i zawsze.

Zmartwychwstanie to nie jest takie zwykłe wyjście sobie z grobu. To byłoby śmieszne. Rahner powie, że to jest jeszcze mocniejsze otwarcie się Chrystusa na materię i zjednoczenie Stwórcy ze stworzeniem. I to do tego stopnia, że my już nie tylko żyjemy w Bożej obecności, ale jesteśmy Ciałem i Krwią Boga. Kościół jest Ciałem Chrystusa.

Jeżeli zaś chodzi o dawanie świadectwa życiu wiecznemu w doczesności, to myślę, że my to często robimy i nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Bo nie ma takiego miejsca, gdzie by Boga nie było. I jeśli my chcemy być wiarygodnymi świadkami, to powinniśmy się bardzo troskliwie zająć tym, co się na tym świecie dzieje. Duchowość chrześcijańska nie może nas odrywać od tego, co tutaj się dzieje: w rodzinie, pracy, społeczeństwie, narodzie, świecie, a nawet kosmosie.

Żeby sprawdzić, czy w nas jest duch chrześcijański, warto np. zobaczyć jak oglądamy telewizyjne wiadomości. Czy nasza reakcja na wiadomości jest tylko gorszeniem się, albo zdenerwowaniem w obliczu różnych zbrodni? Jeżeli ja np. widzę, że gdzieś jest głód i nie pomyślę jak tym ludziom pomóc, to wystawiam siebie, Kościół i Boga na kpinę. Jeżeli nie umiem się cieszyć np. z czyjegoś sukcesu, to wtedy nie ma we mnie chrześcijańskiego ducha.

– Rozumiem więc, że np. w obliczu wiadomości o klęsce głodu nie wystarczy sama modlitwa za głodujących. Trzeba też poszukać sposobów, aby tym ludziom konkretnie pomóc.


Ten, kto przystępuje do spowiedzi odzyskuje wolnośći siebie samego – twierdzi o. Oszajca

– Rzecz w tym, że modlitwa nie może odrywać nas od rzeczywistości. Przeciwnie, na modlitwie trzeba starać się przede wszystkim usłyszeć, co Bóg ma nam do powiedzenia i gdzie chce nas posłać. A to jest niebezpieczne, bo Bóg może nas posłać tam, gdzie można stracić nie tylko pieniądze i zdrowie, ale również życie.

– Również dzisiaj?

– Tak. Przecież wiek XX to wiek męczenników za wiarę. Również dzisiaj można stracić życie za wiarę. I to się dzieje, donoszą nam o tym media. Ale takie informacje to też jest dla nas wyzwanie. Jak na to reagujemy? Czy umiemy te informacje przekuć w modlitwę i jakieś konkretne działanie, czy też patrzymy na to i dziękujemy Bogu, że nas to nie spotkało.

– W jakich sytuacjach w codziennym życiu jest Ojciec świadkiem zmartwychwstawania?

– Miejscem, gdzie jestem świadkiem umierania i zmartwychwstawania, jest konfesjonał. To jest piękne miejsce. Bo ten, kto przystępuje do spowiedzi, jeżeli szczerze przyznaje się do winy, odzyskuje swoją wolność i siebie samego. W tym samym momencie umiera się dla tego, co złe, a zmartwychwstaje się do tego, co dobre.

– Czyli spowiedź jest zmartwychwstaniem…

– Ale spowiedź to jest już sama końcówka. Bo już przedtem człowiek musi podjąć wielki trud. Z takiego czy innego powodu musi sobie uświadomić, że idzie w życiu kiepską drogą. Jeśli to do niego dotrze i zacznie się sobie przyglądać, będzie szukać przyczyn. Po jakimś czasie dojdzie do przekonania, że to nie świat jest winien, tylko sam człowiek. I może się okazać, że żył dotychczas nie jak chrześcijanin, chociaż może regularnie uczęszczał do kościoła. I kiedy do takiego wniosku dochodzi, postanawia poszukać kogoś, kto go z powrotem do Kościoła przyjmie. Kimś takim jest kapłan.

– Ale spowiedź to jest już sama końcówka. Bo już przedtem człowiek musi podjąć wielki trud. Z takiego czy innego powodu musi sobie uświadomić, że idzie w życiu kiepską drogą. Jeśli to do niego dotrze i zacznie się sobie przyglądać, będzie szukać przyczyn. Po jakimś czasie dojdzie do przekonania, że to nie świat jest winien, tylko sam człowiek. I może się okazać, że żył dotychczas nie jak chrześcijanin, chociaż może regularnie uczęszczał do kościoła. I kiedy do takiego wniosku dochodzi, postanawia poszukać kogoś, kto go z powrotem do Kościoła przyjmie. Kimś takim jest kapłan.

– Czy dla Ojca osobiście spowiedź jest momentem zmartwychwstania?

– Tak. I to niejako z dwóch stron. Zarówno od strony spowiednika, jak i spowiadającego się. Widzę przed sobą pięknego człowieka, który mnie, grzesznikowi, zwierza się z najgłębszych tajemnic. Mam świadomość, że tu nie o mnie chodzi i że muszę temu człowiekowi pomóc. Nie mogę być niekompetentny. To zaufanie ludzi do nas, spowiedników, nakłada na nas obowiązek rozumienia człowieka.

– W jakich jeszcze sytuacjach jest Ojciec świadkiem zmartwychwstania?

– Np. na spotkaniach autorskich, kiedy ktoś mówi, że jakiś wiersz otworzył mu oczy na to, co on właściwie przeczuwał, ale nie umiał tego nazwać. I mój wiersz pomógł mu odkryć jeszcze inny kolor prawdy o sobie, czy o Bogu. Takie odkrycie jest zmartwychwstawaniem, a zarazem umieraniem dla tamtego, starego już człowieka.

Czasami, po latach dowiaduję się, że pomogłem komuś zmartwychpowstać przez, wydawać by się mogło, banalną rozmowę prowadzoną w tramwaju. Nierzadko powie się coś na odczepnego, a potem okazuje się, że to było właśnie to, na co ten człowiek czekał. I kolejny raz w swoim życiu zmartwychwstał.

Artykuł ukazał się w numerze 04/2006.

© Civitas Christiana 2022. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt i wykonanie: Symbioza.net
Strona może wykorzysywać pliki cookies w celach statystycznych, analitycznych i marketingowych.
Warunki przechowywania i dostępu do cookies opisaliśmy w Polityce prywatności. Więcej