Mąż i ojciec. Teoretyk i praktyk - wywiad z Januszem Wardakiem

2021/4/6
12
Archiwum prywatne Janusza Wardaka

Z Januszem Wardakiem rozmawia Mateusz Gawroński.

Co jest przyczyną tego, że dzisiejsi mężczyźni żyją bez chęci odpowiedzialności, bez męstwa, bez gotowości do heroizmu?

Duży wpływ na to mogą mieć dość komfortowe czasy, w których obecnie żyjemy. Mówi się, że trudne czasy tworzą silnych mężczyzn, a łatwe czasy tworzą słabych mężczyzn. Jednocześnie nastąpiły tak ogromne zmiany kulturowe, które sprawiły, że naturalne przekazywanie wartości rodzinnych, doświadczeń pomiędzy pokoleniami, w tym to, co to znaczy być mężem i ojcem, zostały zaburzone lub wręcz przerwane. To i wiele innych czynników sprawiło, że dzisiejsi mężczyźni są przede wszystkim zagubieni, a nie niemęscy, czy słabi. Ponadto ruchy ideowe jak gender czy skrajny feminizm, atakujące męskość jako z gruntu coś niedobrego, toksycznego, przyczyniły się do tego, że są oni na pewno mało świadomi swojego znaczenia.

Czy mamy być kopiami św. Józefa i rozwijać w sobie Jego cechy? Czy może mamy deficyt „Józefów”, czyli mężczyzn zdolnych do heroicznych czynów?

Święci są dla nas pewnym punktem odniesienia, a nie wzorcem do skopiowania. O Józefie na dobrą sprawę wiemy niedużo, możemy przypuszczać, że był mężczyzną cichym, jednak na pewno był bardzo mężny. Uczy nas szybkiego i zdecydowanego reagowania. Jako mężczyźni musimy szukać dla siebie punktów odniesienia, które nam pomogą być lepszymi. Obierając sobie za wzór np. św. Jana Pawła II możemy się zadręczać, że nie modlę się tyle, co on. To nie o to chodzi. Wybierzmy sobie cechy, które są dla nas realne.

Jest Pan świetnym teoretykiem życia rodzinnego, ale chyba jeszcze lepszym praktykiem. Jak to jest być ojcem dziesięciorga dzieci? Jak ogarnąć zainteresowania, potrzeby i problemy każdego z nich i przy tym wszystkim nie zwariować?

Mamy świadomość tego, że zewnętrznie może to wyglądać jak heroizm albo szaleństwo, jednak nasza „rodzinna maszyna” działa nie najgorzej. Rzeczywiście jednym z największych wyzwań jest zauważanie indywidualności dziecka i czas poświęcany indywidualnie. Staramy się wiedzieć dużo, podążać za ich zainteresowaniami, być w ich świecie i rozmawiać na te tematy, wspierać tam, gdzie to jest potrzebne. Nasze dzieci, mimo że pula genetyczna jest ta sama, są niesamowicie różne. Od introwertyków po ekstrawertyków. Od humanistów po umysły ścisłe. Nie jest tak, że np. w piątek o godz. 17 jest czas dla jednego z nich, raczej wykorzystujemy te momenty, które się nadarzają. Praktykujemy to, że wszyscy, którzy są w domu, są zobowiązani do obecności przy stole podczas posiłków.

Czy każde dziecko, żeby budować swoją indywidualność, musi mieć swój oddzielny pokój, czy mimo tego, że mieszkają w pokoju dwie lub trzy osoby, dalej tę swoją indywidualność mogą budować?

Nie uważam, że to jest warunek. Wydaje mi się nawet, że mieszkanie z rodzeństwem przez pewien czas jest pożyteczne. To jest też nauka dogadywania się, gry zespołowej. Nawet kłótnie, które się zdarzają, to jest coś, co można dobrze rozegrać. Warto, żeby mieli świadomość swojej odrębności, żeby mieli swoje rzeczy. Więc pierwsze to umiejętność dzielenia się, drugie to własność. Warunki mieszkaniowe to u nas tak jak samochody – przez długi czas nie doganiały naszej rodziny, naszych potrzeb. Obecnie największy jaki jest możliwy, 9-osobowy, też jest za mały. Jednak zawsze mieliśmy takie podejście: jakie to by było dziwne, gdyby nasze dzieci, które się nie pojawiły powiedziały nam kiedyś „nie pojawiłem się na świecie, bo nie było dla mnie miejsca w  samochodzie, czy w domu”.

Czy trudno jest nawiązać odpowiednią relację z każdym z nich, by nie usłyszeć zarzutu o faworyzowanie?

To jest duży i poważny temat, którym zajmujemy się prowadząc wykłady i warsztaty o relacjach między rodzeństwem. My wiemy i z naszego doświadczenia rodzinnego obserwujemy, że w relacji między rodzeństwem najbardziej rani dzieci prawdziwie niesprawiedliwe traktowanie. To jest jedna z niezbyt wielu rzeczy, absolutnie pozytywnych, które się dzieją w wychowaniu, że nie ma na to przyzwolenia. Obecnie powszechne jest poczucie niesprawiedliwości tego, co było w dawnych czasach, gdy jedno dziecko szło na studia, a kolejne zostawały w domu na gospodarstwie, co było uargumentowane właśnie faworyzowaniem jednego dziecka przez rodziców. Tak naprawdę to jest raniące dla dzieci i rodzące dużą nienawiść.

A jak jest z relacją z żoną? Można mieć czas dla współmałżonki wychowując tak liczną gromadę?

Powiedziałbym, że nie „można”, ale absolutnie „trzeba” mieć czas dla małżonki. Sprawa czasu jest sprawą prostą, ponieważ jest wprost proporcjonalna do priorytetów. Jeśli będę podchodził do tego w taki sposób, że „będę miał chwilę dla żony, jeśli jakiś czas mi zostanie”, to go nie będę miał w ogóle. A jak będę miał podejście, że „muszę mieć czas dla żony, inne rzeczy później”, to go będę miał. Jestem przekonany, że w rodzinie wielodzietnej tym bardziej trzeba o to zabiegać. Raz w miesiącu z żoną organizujemy sobie krótki wyjazd, żeby w domu, w którym się bardzo dużo dzieje, nie zwariować i o sobie nie zapomnieć. Potrzebna jest do tego nie tylko randka i rozmowa, ale również to wyrwanie się i zajęcie się tylko sobą.

Kiedy było najtrudniej?

Trudnym momentem był czas, gdy mieszkaliśmy w małym mieszkaniu z czwórką dzieci. Potem perspektywa budowy domu była mobilizująca. Obecnie trochę się dziwię, bo nie mamy poczucia wielkiego wysiłku, jest to dla nas absolutnie naturalne, a wśród dzieci, można powiedzieć, jest bilans pozytywny, czyli znacznie więcej pomagają, niż wymagają opieki.

Wielodzietne rodziny postrzegane są dziś zwykle dość pejoratywnie, zmagają się z krzywdzącymi określeniami. Czy jest coś takiego, jak wielodzietność patologiczna i gdzie jest ewentualna jej granica z wielodzietnością odpowiedzialną?

Na pewno granica nie przebiega w liczbie dzieci. Sami osobiście znamy rodzinę hiszpańską, gdzie urodziło się osiemnaścioro dzieci i naprawdę życzymy wszystkim takiej rodziny: tak dobrze wychowanych, rozwijających swoje pasje dzieci, domu z tak wspaniałą atmosferą. Na pewno też patologia nie jest związana z biedą, bo ludzie, którzy są biedni często uczą swoje dzieci tego, że świat jest jakoś uporządkowany, że rodzice, mimo że im czasem nie wychodzi, to się starają, ale ogólnie kochają swoje dzieci. Jest to raczej w pierwszej kolejności kwestia relacji małżeńskiej i elementarnej odpowiedzialności. Jeśli dzieci przychodzą na świat, bo w ogóle nikt się nie przejmuje ani nimi, ani partnerem, to wtedy jest to sytuacja patologiczna, ale może to być sytuacja zarówno z jednym dzieckiem jak i z kilkorgiem.

Razem z żoną prowadzi Pan warsztaty i kursy m. in. w ramach ''Akademii Familijnej''. Czym ona jest?

Mieliśmy przyjemność współzakładać z grupą przyjaciół tę inicjatywę. Akademia, która działa w różnych formach aktywności, ma zasięg światowy - w tej chwili działa w 70 krajach świata. W ramach Akademii staramy się przekazywać, na różne sposoby, dobre pomysły na wychowanie, bo widzimy duże zagubienie młodych rodziców.

W czym dzisiaj rodzice najbardziej niedomagają?

Obserwując różne fora ojcowskie i grupy na portalach społecznościowych o tej tematyce, zauważam, że zadawane są tam takie pytania, które kiedyś zadawało się rodzicowi, czy sąsiadowi – sprawy ogólnie dotyczące 2- lub 3-latków. Pytania o rzeczy prozaiczne, takie, które kiedyś się po prostu wiedziało z autopsji, bo miało się wiele rodzeństwa, ludzie żyli ze sobą bliżej. A paradoksem jest to, że internetowy i podręcznikowy rynek parentingowy jest ogromny – jednak wiedza jest czymś innym, aniżeli praktyka.

A w czym jesteśmy dobrzy? Z czym nieźle sobie radzimy?

Mamy odchylenie wahadła kulturowego – rzeczy, które kiedyś były złe w wychowaniu, dziś nie są stosowane, lecz pyszałkowate byłoby myślenie, że wszystkie dawne metody były złe, a obecne są świetne. Teraz lepiej dzieci słuchamy, lepiej się komunikujemy, zauważamy indywidualność dziecka – to są rzeczy pozytywne, lecz jednocześnie we wszystkich nich przesadzamy. Z jednych skrajności popadliśmy w drugą, stąd efekt wahadła. Jako rodzice przejmujemy się dziećmi, to jest dobre, ale niedobre jest to, że przejmujemy się za bardzo. Sami chcemy wychodzić ze swojej strefy komfortu, ale nie pozwalamy tego zrobić naszym dzieciom.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję. 

Janusz Wardak – od 26 lat szczęśliwy mąż i ojciec dziesięciorga dzieci w wieku od 4 do 24 lat. Jeden z założycieli i prezes ,,Stowarzyszenia Akademia Familijna’’. Autor wykładów, warsztatów i artykułów, poświęconych wychowaniu dzieci, miłości małżeńskiej i życiu rodzinnemu. Członek Rady Rodziny przy Ministerstwie Rodziny.

/mg

Zobacz inne artykuły o podobnej tematyce
Kliknij w dowolny hashtag aby przeczytać więcej

#wielodzietność #rodzina #mężczyzna #Św. Józef
© Civitas Christiana 2021. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt i wykonanie: Symbioza.net
Strona może wykorzysywać pliki cookies w celach statystycznych, analitycznych i marketingowych.
Warunki przechowywania i dostępu do cookies opisaliśmy w Polityce prywatności. Więcej