Czołem Wielkiej Polsce!

2025/04/3
Projekt bez nazwy49
Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe / domena publiczna

Wytworem wielu kultur na przestrzeni dziejów bywały słowa i zdania, które – powtórzone – niosą ze sobą duży ładunek emocjonalny i są bogate w znaczenie. Przykłady można mnożyć w nieskończoność. Na przykład wśród fanów fantasy u jednych większe ciarki wywoła okrzyk „Nie przejdziesz” wypowiedziany przez Gandalfa w kopalniach Morii, a u drugich będzie to hasło „Zima nadchodzi” powtarzane w Westeros. Cała literatura obfituje w tego rodzaju kwestie, jednak dla każdego z nas może to być zupełnie inny fragment, pochodzący z najróżniejszych dzieł. Dla mnie na przykład nie ma bodaj mocniejszej sceny niż ta, w której padają słowa: „Jam jest Jacek Soplica”.

Za słowami stoją wartości

Z tego rodzaju wywołującymi mocną reakcję zdaniami mamy do czynienia wszakże nie tylko w literaturze czy poezji. W naszym kręgu cywilizacyjnym nie sposób pominąć Pisma Świętego (choć obecnie wielu próbuje). Dorzućmy do tego cytaty wielkich ludzi, fragmenty historycznych przemów. Ważnym przykładem są także pozdrowienia i dewizy, jak np. kojarzone z Wielką Brytanią „God save the Queen/King” (Boże, chroń Królową/Króla) czy amerykańskie „In God we trust” (Bogu ufamy). Polacy nie gęsi i także w naszej historii znajdziemy wiele przykładów. Dziś osią naszych rozważań chciałbym uczynić jeden z nich: „Czołem Wielkiej Polsce!”.

Te konkretne słowa powstały w określonym czasie i określonej przestrzeni. Służyły i nadal służą powitaniu w środowiskach i partiach politycznych wywodzących się z polskiej myśli narodowej; zarówno „starych” – narodowo-demokratycznych, jak i „młodych” – narodowo-radykalnych. Dla każdego, kto choćby otarł się o działalność czy formację w duchu narodowym, słowa te są takim właśnie wytrychem, niosącym wiele pozytywnych emocji. Z drugiej strony trzeba uczciwie odnotować, że są także tacy, u których pozdrowienie to skutkuje bólem dolnej części ciała, ale szkoda czasu i miejsca w tekście, by poświęcać im uwagę.

Nie będę za to szczędził wysiłku, by zastanowić się nad aktualnością tego hasła, także w kontekście naszego środowiska. Jednych uspokoję, a drugich zawiodę, gdy stwierdzę od razu, że nie jest moim postulatem uczynienie tych słów powitaniem używanym przez członków „Civitas Christiana”. Oczywiście, nie jest problemem zadekretowanie i konsekwentne wprowadzanie takiego zwyczaju. Co jednak, gdybyśmy witali się w ten sposób bez przekonania, czy i jakiej wielkiej Polski chcemy?

Nieporozumienie prowadzi do… celu

Wracając jeszcze do wypowiedzi historycznych, to znajdujemy cytat, na który kiedyś natrafiłem z błędnym podpisem. Autorem rzekomo miał być Roman Dmowski. Chodzi mi mianowicie o słowa: „Polska będzie albo wielka, albo nie będzie jej wcale”. Treściwe podsumowanie, tylko kto zna prawdziwego autora, pewnie podnosi właśnie brwi ze zdziwienia. Chodzi (oczywiście?) o Józefa Piłsudskiego. Wiem, że jest teraz w środowiskach patriotycznych trend kryjący się pod hasłem: „gdyby Dmowski i Piłsudski dzisiaj żyli, na pewno by współpracowali”. Nie zgadzam się z tym stwierdzeniem, a przynajmniej nie zgadzam się z jego „zerojedynkowością”. Nie jest to wcale sprawa pewna. Nie neguję innych polskich tradycji niż narodowa, ale równocześnie muszę zauważyć, że choć zacytowane powyżej słowa na pierwszy rzut oka wydają się tak endeckie, że nawet przypisywano je Dmowskiemu, to obaj panowie mieli na myśli inne „wielkie Polski”. Nie zamierzam teraz wchodzić w polemiki, która z nich była lepsza, ani rozkładać ich na czynniki pierwsze. Poprzestańmy na stwierdzeniu, że były to wizje różne.

Nie chcę skupiać się na tematach przeszłych, bo najważniejsze jest dla mnie pytanie, czy dzisiaj jako naród chcemy Wielkiej Polski? Obawiam się, że odpowiedź na tak zadane pytanie może być wyłącznie negatywna. Dziś Wielkiej Polski chce niewielu, ale też niewielu chyba rozumie, co się pod tym pojęciem kryje.

Warto by było chcieć… tylko czego?

Tutaj można polemizować w ten sposób, że nawet jeśli większość nie chce Wielkiej Polski rozumianej tak, jak formułował ją Roman Dmowski, to przecież chciałaby sprawnego aparatu państwowego. Poparłaby zatem państwo, które ma dostateczne siły i środki, dość wysoką i sprawną organizację, wreszcie myśl kierującą, zdolną objąć dość szerokie widnokręgi, ażeby polityka jego mogła wywierać wpływ nie tylko na sprawy najbliższe, bezpośrednio go dotyczące, ale brać udział w regulowaniu spraw ogólnoeuropejskich. Zgoda? Z jednej strony tak. Z drugiej jednak i tak wejdziemy tu w niuanse, np. jak rozumiemy regulowanie spraw ogólnoeuropejskich. Dla jednych będzie to np. polityka asertywna, dla innych służalcze wykonywanie poleceń. Przy czym wydaje mi się, że „kibice” tej drugiej opcji są bardziej skłonni do stwierdzenia, że „ich jest tylko racja”. Dodatkowo ta grupa, postulująca branie z Unii Europejskiej wszystkiego jak leci, dorzuci argument o tym, że jest to konieczne, by być zaliczonym do rodziny narodów europejskich.

Tymczasem nasze bycie lub nie w Europie nie zależy od nastrojów społecznych czy opinii serwowanych przez ludzi, którzy jakieś 60 lat temu napisali program polityczny wywracający stary porządek i wydaje im się, że trwać będzie on już na wieki. Liberalna wizja Europy, a przez to także chłonący ją jak gąbka polscy liberałowie zdają się zachowywać tak, jakby ich opcja była jedyną dopuszczalną, a to ze względu na postęp, a to ze względu na prawa człowieka (oczywiście z prawem do aborcji na czele). Odpowiedzi na pytanie, czy chcemy, by Polska nadal trwała, czy rozpuściła się w unijnej magmie, musi udzielić sam sobie polski naród, niezależnie od opinii eurokratów.

Chcieć to móc

Tak jak tysiąc lat temu konkretnej odpowiedzi udzielił Bolesław Chrobry. Podjął decyzję, że chce zawalczyć o koronę królewską, która to decyzja siłą rzeczy zaważyła na całych naszych dalszych losach. Nie jestem specjalnym fanem nurtu tzw. historii alternatywnej, ale zadam pytanie retoryczne: w jakim miejscu znajdowaliby się dziś Polacy, gdyby Chrobry machnął ręką na swoje starania i stwierdził, że to się na pewno nie uda? Gdzie dzisiaj bylibyśmy, gdyby nie wiara w to, że np. z Krzyżakami można się bić jak równi z równymi? Przykładów można podać niezliczoną ilość i nie muszą one dotyczyć monarchów i mężów stanu. Przychodzą mi do głowy w tym momencie dzieci z Wrześni, strajkujące przeciw germanizacji. Ileż takich dzieci, ilu szarych ludzi walczyło przez wieki, poświęcało swoje majątki i życie temu, by Polska nie znikła z mapy świata, ale się rozwijała… Kolokwialnie można powiedzieć, że chciało im się mieć Polskę.

Oczywiście nie oznacza to, że każdy przedstawiciel każdego pokolenia Polaków nie myślał o niczym innym, tylko o pomyślności ojczyzny. Ba, wielu nie rozumiało przez długie wieki, co ten termin oznacza. Bywały też na pewno pokolenia lepsze i gorsze pod tym względem. Niemniej jakoś do dnia dzisiejszego przetrwaliśmy jako naród. To jest pocieszające. Ale nie dla wszystkich pocieszający jest fakt, że przynajmniej pod jednym względem obecnie żyjący Polacy nie różnią się absolutnie niczym od swoich praszczurów. Tam samo bowiem muszą odpowiedzieć przede wszystkim sami sobie na pytanie: Czy chcemy Polski? Czy chcemy być Polakami?

Czasy (jak każde) są trudne

W dobie postępującej laicyzacji i odrzucenia paradygmatu Polaka-katolika, walki z życiem nienarodzonych, płynącego ze Wschodu zagrożenia wojną i równocześnie sączonych przez Zachód wynaturzeń najłatwiej byłoby załamać ręce. Tylko czy przez to chcemy powiedzieć, że nasza sytuacja jest gorsza niż sowietyzacja zwasalizowanej Polski? Czy fakt, że stoją naprzeciw nas europejscy urzędnicy, panowie ministrowie i panie „ministry” z nikomu niepotrzebnych resortów przeraża nas bardziej, niż przerażałyby ubeckie lochy? Skoro tak, to prymas Wyszyński też powinien machnąć ręką i pozwolić sobie na mini-koniec-historii. Ale tego nie zrobił. Dlaczego? Powtórzę: bo chciał. Bo czuł obowiązek wobec Polski. Właśnie przez osobę naszego patrona i jego niezłomną postawę sądzę, że jednym z zadań naszego środowiska jest wzięcie aktywnego udziału w dyskusji nad zadanymi w poprzednim akapicie pytaniami. Nie jest bowiem przesądzone, że trendy ostatnich lat nie okażą się tymczasowe. To, co dziś wydaje się panować, jutro może odejść w niepamięć, a Polska może wrócić na Piastowy szlak.

Nie odchodząc od tego, że jeśli mówię „Wielka Polska”, to w pierwszej kolejności opieram się na tym, jak widział ją Dmowski, zgadzam się z przywołanymi wcześniej słowami Piłsudskiego. Polska musi być wielka albo nie będzie jej wcale. Tutaj możemy dorzucić szereg pomocniczych przymiotników: sprawna, silna, gotowa do walki o swój byt. Przede wszystkim musi jednak pragnąć życia.

W tym sensie wtórne dla mnie jest, czy zawołanie większości Polaków będzie brzmiało „Czołem Wielkiej Polsce”, czy jakkolwiek inaczej. Najistotniejsze jest, by podzielała je większość rodaków, a jego treść wyrażała wolę trwania narodu polskiego i jego państwowości. Postulat ten oznacza, że osobiście nie miałbym nic przeciwko, by właśnie te słowa stały się naszą narodową dewizą. Nie wstydzę się tych słów i żeby nie wyjść na przejmującego się polityczną poprawnością, pożegnam się z Czytelnikami w ten właśnie sposób:

Czołem Wielkiej Polsce!

Z tą wszakże nadzieją, że rozumiemy ją cokolwiek podobnie.

Tekst pochodzi z kwartalnika "Civitas Christiana" nr 1/2025

/mdk

Mateusz Zbrog

Mateusz Zbróg

Politolog, członek Zarządu Katolickiego Stowarzyszenia „Civitas Christiana”.

Zobacz inne artykuły o podobnej tematyce
Kliknij w dowolny hashtag aby przeczytać więcej

#Polska #historia #tożsamość narodowa #Czołem Wielkiej Polsce #Roman Dmowski #Józef Piłsudski #niepodległa polska #niepodległość #przyszłość #Unia Europejska
© Civitas Christiana 2025. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt i wykonanie: Symbioza.net
Strona może wykorzysywać pliki cookies w celach statystycznych, analitycznych i marketingowych.
Warunki przechowywania i dostępu do cookies opisaliśmy w Polityce prywatności. Więcej