Ci, którzy pozostali wierni

2026/06/10
29 Fot. Muu karhu CC BY 2.0 Wikimedia Commons
Fot. Muu-karhu, CC-BY-2.0, Wikimedia Commons

„Jestem (…) pewny, co pozostanie na koniec: nie Kościół politycznego kultu, który już jest martwy, ale Kościół wiary. Może już nie być dominującą siłą społeczną w takim stopniu, w jakim był do niedawna; ale będzie cieszyć się świeżym rozkwitem” – pisał ks. prof. Ratzinger pod koniec lat 60. XX wieku. Z roku na rok jego słowa okazują się być coraz bardziej aktualne.

Genialna intuicja wiary

Mówią o nim, że miał umysł tak sprawny jak dwunastu profesorów akademickich razem wziętych. Niektórzy nazywali go „pancernym kardynałem”, choć jego poglądy jako młodego teologa początkowo nie były tak konserwatywne. Joseph Ratzinger, późniejszy papież Benedykt XVI, dla niektórych zawsze pozostanie w cieniu poprzednika, charyzmatycznego św. Jana Pawła II. Jednakże miał on w sobie coś, co nazywam genialną intuicją wiary. Posiadając ogromną wiedzę, zarówno z teologii, jak i biblistyki, łączył ją z wybitną znajomością wnętrza człowieka. Dzięki temu dokonywał niesamowitej syntezy, trafiając w samo sedno danego zagadnienia. Takie też jest jego „proroctwo” dotyczące przyszłości Kościoła, zawierające się w kilku przemówieniach z przełomu lat 60. i 70.

Kościół przyszłości, zdaniem Ratzingera, nie będzie tak liczebny i nie będzie w stanie zapełnić budowli, które wzniósł w pomyślnych czasach. Dostrzegamy to dzisiaj wyraźnie, szczególnie po pandemii COVID-19. Teolog zapowiada także, iż Kościół utraci wiele swoich przywilejów społecznych. To także sprawdza się na naszych oczach, choćby w Polsce, gdy władza przeciwstawia się Kościołowi. Fakt ten jest dla nas trudny do przyjęcia, ponieważ byliśmy przyzwyczajeni do raczej dobrych relacji Kościół – władza. Było to z pewnością wygodne, ale czy na pewno korzystne dla Kościoła?

Czas oczyszczenia

W wizji Ratzingera na dobre ma wyjść Kościołowi to, co my uznajemy za porażkę: utrata przywilejów i liczebności. Dlaczego? Ponieważ Kościół, który zostanie, będzie Kościołem nie struktur i władzy, ale wiary, Kościołem ubogim. Ma odnaleźć na nowo swoje korzenie w wierze w Trójjedynego Boga, w tym, co zawsze stanowiło jego centrum.

„Kościół będzie wspólnotą bardziej uduchowioną, nie wykorzystującą mandatu politycznego, nie flirtującą ani z lewicą, ani z prawicą. To będzie trudne dla Kościoła, bo ów proces krystalizacji i oczyszczenia będzie kosztować go wiele cennej energii. To sprawi, że będzie ubogi i stanie się Kościołem cichych”. Myliłby się ten, kto sądzi, iż powyższe słowa są pesymistyczne. Stwierdzenie teologa jest dla nas i dla świata dobrą nowiną, przekazując nam dokładnie to samo spojrzenie wiary na rzeczywistość, co Apokalipsa: prawdziwy Kościół nie jest i nigdy nie będzie przeważającą siłą społeczną. Jest małą trzodą tych, którzy w Jezusie uznali swojego Zbawiciela. Czyż to, co dzieje się dziś na naszych oczach, jak choćby ujawnianie skandali wewnątrz Kościoła, nie jest właśnie owym bolesnym oczyszczaniem, które zapowiadał niemiecki teolog?

Ratzinger pisze dalej, iż z tego uduchowionego i uproszczonego Kościoła ma popłynąć wielka siła. Jaka? Ta mała wspólnota wierzących ma być czymś tak absolutnie różnym od wszystkiego, co jest w świecie, że stanie się odpowiedzią na pytanie o sens życia ludzi. Małe wspólnoty będą jedyną nadzieją dla ludzi pogubionych w świecie, który porzucił Boga. Taki Kościół będzie „cieszyć się świeżym rozkwitem i będzie postrzegany jako dom dla człowieka, gdzie znajdzie on życie i nadzieję wykraczającą poza śmierć”.

O tym właśnie mówił Chrystus w słowach: „Wy jesteście solą ziemi, (…) wy jesteście światłem świata”. Jego słowa wskazują na to, iż siła Kościoła nie leży w jego liczebności, ale w świętości jego członków. Ratzinger uważa, że przyszłość Kościoła zostanie ukształtowana przez świętych, czyli tych, którzy posiadają głębszą perspektywę – wiary. To ci, którzy nie ulegają temu, co modne, lecz nie boją się samozaparcia, którzy co dnia biorą swój krzyż i idą za Chrystusem. W wizji przyszłego papieża mała garstka prawdziwie wierzących ma za zadanie zbawić cały świat, podobnie jak Chrystus zbawił całą ludzkość.

Postawa serca

Doszliśmy w naszych rozważaniach do najważniejszego stwierdzenia Ratzingera. Zwraca on uwagę na to, iż zbawienie całego świata nie polega na tym, że wszyscy ludzie przyjmą chrzest i staną się członkami Kościoła. Mówi za to o idei zastępstwa – tak jak Chrystus, Jeden, umarł za wszystkich, tak misją oczyszczonego Kościoła – owej garstki chrześcijan – jest umrzeć w zastępstwie za cały świat, oddać swoje życie, by wszyscy mogli być zbawieni: „Bóg tymi nielicznymi posługuje się jak punktem Archimedesa do podniesienia wielu, jak dźwignią, za pomocą której przyciąga ich do siebie”.

Dostrzegam niesamowitą aktualność tych słów i płynącą z nich nadzieję, że wszystko to, co dzieje się wokół, idzie w dobrym kierunku, bo Bóg ma swój plan na zbawienie świata. Boli mnie to, jak mocno bronimy się przed przyjęciem prawdziwości słów proroka naszych czasów. Nie chcemy uznać, że prawdziwy, oczyszczony Kościół nie będzie miał przywilejów społecznych. Nie chcemy pogodzić się z tym, że to się już dzieje. Boimy się zostać w mniejszości. Widząc dokonujące się na naszych oczach zmiany, panikujemy, zastanawiamy się, co się wymknęło Panu Bogu spod kontroli. Tymczasem niemiecki teolog próbuje nas przekonać, że Bóg prowadzi swój Kościół, który spełnia swoją misję właśnie w ten sposób, pozostając w mniejszości.

Jednak, aby to się stało, każdy będzie musiał podjąć osobistą decyzję o przynależności do Kościoła. Bycie jego członkiem nie będzie więc kwestią ani przyzwyczajenia, ani oczywistości, jak to miało miejsce przez ostatnie wieki. Ratzinger przypomina, iż pierwotny Kościół opierał się na osobistej decyzji o nawróceniu i przyjęciu chrztu. Dzięki temu był on wspólnotą ludzi przekonanych, zwłaszcza że za wyznawanie wiary groziła śmierć. Sytuacja zmieniła się diametralnie w 313 roku, po edykcie mediolańskim, gdy chrześcijaństwo stało się religią powszechnie obowiązującą. Kościół rozrósł się tak bardzo, że bycie chrześcijaninem wynikało bardziej z uwarunkowań polityczno-kulturowych niż z osobistego wyboru. Chrzty przyjmowano masowo, a tych, którzy wstępowali do Kościoła, nie obowiązywał już katechumenat, który w pierwszych wiekach zapewniał wtajemniczenie kandydata w wyznawaną wiarę.

Konwersja na chrześcijaństwo w Polsce, poczynając od chrztu Mieszka, również wynikała bardziej z politycznych uwarunkowań niż osobistej decyzji zamieszkujących te tereny pogan. Wiele wieków później, podczas zaborów, utożsamiliśmy polskość z katolicyzmem: być Polakiem oznaczało być katolikiem, w odróżnieniu od protestanckich Prusów/Niemiec czy prawosławnego Wschodu. Owszem, wejście katolicyzmu w polską kulturę miało swoje mocne strony, ale możemy również dostrzec bolesne skutki tego powiązania. W rzeczywistości nigdy nie wyszło to do końca Kościołowi na dobre, ponieważ chrześcijaństwo zostało oderwane od tego, co najistotniejsze – dobrowolnej decyzji człowieka o pójściu za Chrystusem – a stało się rzeczywistością społeczną i kwestią nie tyle postawy serca, co zewnętrznej przynależności.

Między wiarą a niewiarą

Wydaje mi się, że bardzo się przed tym bronimy, nie chcąc uznać również złych skutków związku „tronu z Kościołem”. Odkąd upadł komunizm, wielu młodych i nie tylko, popłynęło z prądem „wolności” świata Zachodu. W żaden sposób nie twierdzę, że to dobrze. Chcę tylko zauważyć, iż w dzisiejszych czasach nie da się już być „katolikiem z urodzenia”, ponieważ kultura stała się antychrześcijańska. J. Ratzinger pisał o ludziach, którzy są na progu Kościoła i sami nie wiedzą, czy do niego wejść, czy z niego wyjść – znajdują się „między wiarą a niewiarą”. Jest to skutek braku wewnętrznej decyzji, która determinuje cały sposób życia chrześcijanina. Ratzinger nie przebierał w słowach, gdy stwierdził, iż Europa jest kolebką nowego pogaństwa, które jest obecne także w samym Kościele. Uważał, że jest wiele osób mających się za chrześcijan, lecz w rzeczywistości będących poganami przez subiektywny wybór tego, w co wierzą.

Jesteśmy niewątpliwie w bolesnym, ale i pełnym nadziei momencie pewnego pęknięcia, przesiewu, o którym prorokował Ratzinger. Każdy będzie musiał podjąć osobistą decyzję, opowiedzieć się za lub przeciwko Chrystusowi. Być może przeraża nas taka wizja, ale tak też pojmuje to Apokalipsa: nie da się być pośrodku. Powrót Chrystusa na ziemię jest dla tych, którzy Go wybrali, powodem radości; zaś dla tych drugich – źródłem przerażenia.

Powołani jesteśmy do tego, abyśmy podjęli wewnętrzną decyzję opowiedzenia się za Chrystusem, wbrew różnym przeciwnym prądom. A wtedy, jako sól ziemi, będziemy przyczyniali się do zbawienia całego świata, a sami doświadczymy przeogromnej mocy wiary i płynącej zeń nadziei, która stanie się źródłem nigdy niegasnącej radości.

Tekst pochodzi z kwartalnika "Civitas Christiana" nr 2/2026

 

/ab

Michal Paradowski kwardrat

Michał Paradowski

Członek Instytutu Biblijnego Katolickiego Stowarzyszenia „Civitas Christiana”. Student dziennikarstwa i medioznawstwa na UW.

Zobacz inne artykuły o podobnej tematyce
Kliknij w dowolny hashtag aby przeczytać więcej

#Joseph Ratzinger #Benedykt XVI #Kościół #wiara
© Civitas Christiana 2026. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt i wykonanie: Symbioza.net
Strona może wykorzysywać pliki cookies w celach statystycznych, analitycznych i marketingowych.
Warunki przechowywania i dostępu do cookies opisaliśmy w Polityce prywatności. Więcej