Kościół w krainie śniegu

2026/01/28
84 Fot. Leonid Andronov Adobe Stock Katedra NMP w Tromso
Zdjęcie główne: Leonid Andronov / Adobe Stock; Galeria: Archiwum ks. Andrzeja Kościukiewicza

Padający w październiku śnieg i rozpoczynająca się zima, która potrwa do maja, każą zamyślić się nad tym, co się w tym czasie wydarzy. Pewnie znów to, co w poprzednich latach. Poszukiwanie ludzi nam powierzonych, utwierdzanie ich w wierze, odprawianie mszy świętych, sprawowanie sakramentów, nauka religii…

Pada śnieg…

Będziemy robić to samo, co robią księża na całym świecie. To samo, ale nie tak samo. Po pierwsze nie wszystkim przyszło mieszkać i pełnić swą posługę w tak pięknym kraju jak Norwegia. Góry i morze. Fiordy i wodospady. Nieujarzmiona i fascynująca przyroda. Piękno, w którym wierzącym objawia się Bóg. Nie każdy pracuje w parafii, która ma kilkadziesiąt tysięcy kilometrów kwadratowych powierzchni (Tromsø – 23 123 km2, licząc ze Spitsbergenem – 85 750 km2) albo ma w parafii 10 tysięcy wysp (Mosjøen). Nie każdy może mieszkać na Lofotach. Nie każdy może przeżywać noc polarną, kiedy słońca nie ma, i dzień polarny, kiedy ono w ogóle nie zachodzi. Ale też nie każdy musi pokonywać setki kilometrów, by dotrzeć do kilku osób, które pragną wziąć udział w Eucharystii czy skorzystać z sakramentów.

Jestem proboszczem w Tromsø. Praca w Norwegii to w wielkiej mierze trudności w komunikacji. Posługiwanie się językiem norweskim nie rozwiązuje problemów, bo parafianie pochodzą z wszelkich możliwych krajów na świecie. W Tromsø mamy ludzi z ponad 70 państw (w Oslo są z prawie 200), w innych parafiach podobnie. Nie wszyscy posługują się językiem angielskim, więc często trzeba prosić o pomoc osoby trzecie.

Duszpasterz na Spitsbergenie

Początek grudnia to dla wszystkich proboszczów z Tromsø wyprawa na koniec ich parafii. Prawie dwie godziny lotu samolotem, a potem godzina helikopterem i – będąc wciąż na terenie swojej parafii – zostaje się oczekiwanym gościem w Polskiej Stacji Polarnej im. Stanisława Siedleckiego nad Zatoką Białego Niedźwiedzia w Fiordzie Hornsund.

Polacy na Stacji Polarnej mieszkają przez okrągły rok. Od czerwca do czerwca. Naukowcy i specjaliści różnych dziedzin. Dla wielu wiara w Boga jest czymś bardzo znaczącym. Na przełomie roku 1981 i 1982, po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego, na Przylądku Wilczka postawili krzyż. Wielokrotnie modlili się przy nim. Wiedzieli o tym pastorzy protestanccy pracujący na Spitsbergenie. Kiedy w 1985 roku do Tromsø przybyli polscy Misjonarze Świętej Rodziny, pastor z Longyearbyen zaprosił ówczesnego proboszcza, ks. Wojciecha Egierta, i pomógł mu dostać się do Polaków. Do dziś wyprawy do stacji odbywają się wspólnie z chrześcijanami z Kościoła Norweskiego.

Kilkukrotne każdego roku odwiedziny polskiego księdza z biegiem lat stały się dla polarników czymś oczywistym. Kapłan dociera do nich z posługą. Sprawuje Najświętszą Ofiarę przy krzyżu pod gołym niebem. Zwykle jest kilkanaście stopni mrozu, na szczęście nie zawsze wiatr. W grudniu pod nogami skrzypi śnieg, nad głową najpiękniejsze z możliwych sklepień – iskrzące gwiazdami niebo. Przy ołtarzu ksiądz z latarką na głowie. Obrus obłożony kamieniami. Wokół ołtarza stoją polarnicy ze sztucerami przewieszonymi przez ramię. To na wypadek niespodziewanych odwiedzin polarnych niedźwiedzi. Trwa wspólna modlitwa katolików i protestantów. I wielki szacunek dla siebie nawzajem. Po zakończonej mszy świętej uroczysty obiad na Stacji Polarnej, potem powrót helikopterem do Longyearbyen.

Kapłan odwiedzający Spitsbergen odprawia także mszę świętą dla katolików w Longyearbyen, korzystając z budynku Kościoła Norweskiego.

W parafii za kołem podbiegunowym

Powrót do Tromsø – miasta, w którym śnieg nie przestaje padać. Jest takie norweskie powiedzenie, które wyróżnia trzy miasta. Każde z nich ma stałą pogodę. W Bergen ciągle pada. W Bodø zawsze wieje. W Tromsø zawsze pada… śnieg.

Padający śnieg nie ułatwia dotarcia do parafian. Zima i noc polarna (na Spitsbergenie trwa cztery miesiące, w Tromsø tylko dwa) dają się we znaki. Ale na niebie może pokazać się zorza polarna, która rekompensuje poniesione trudności. Dynamiczna, pełna wspaniałych kształtów i barw. Można to zjawisko porównać do wspaniałego teatru światła. No i jest jeszcze pewność, że wszystkie trudy wynagrodzi dzień polarny. Tak długo, jak nie było słońca zimą, nie będzie ono zachodzić latem.

Największym wyzwaniem jest logistyka. Trzeba dopasować swoje działania do odległości. Latem pokonywanie kilkuset kilometrów w obrębie parafii nie jest jeszcze problemem. Zimą sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Chociaż podróżujemy, korzystając ze zdobyczy techniki, tj. samochodami, statkami, samolotami i helikopterami, to czasami dotarcie do jakiegoś miejsca okazuje się niemożliwe. Niekiedy na drodze pojawi się napis „objazd”. Niby nic takiego, tylko że ten objazd może mieć kilkaset kilometrów. Wtedy trzeba umieć się dostosować. Czasami – poddać i poczekać. Pomagają w tym Norwegowie. Jedne z pierwszych zdań, których człowiek się tu uczy, to „ta det med ro”, czyli „spokojnie”, i „bare vent” – „poczekaj”. Wbrew pozorom, nie jest to łatwe.

Rozkwit, tragedia i powrót

Kościół rzymskokatolicki w Norwegii zapuścił korzenie prawie w tym samym czasie co w Polsce. Dla nas datą wyznaczającą początek jest chrzest księcia Mieszka I w roku 966. Dla Norwegii – śmierć króla Olava pod Stiklestad w 1030. Początek był bardzo dynamiczny. W XIII wieku w Norwegii było około 900 parafii, w których pracowało 1200 księży. Religijność miała ogromny wpływ na życie codzienne i przekształcała wojowniczych wikingów w ludzi pragnących kierować się przykazaniami Bożymi.

Tragedią dla Kościoła rzymskokatolickiego był rok 1537. Król duński Christian II, który w tym czasie był także królem norweskim, podpisał prawo, według którego Norwegia stawała się krajem protestanckim, a on głową Kościoła. Kościół został pozbawiony prawa do bycia w Norwegii do roku 1843, kiedy to w Christianii (dzisiejsze Oslo) oficjalnie pozwolono na odprawienie pierwszej po ponad 300 latach mszy świętej. W Norwegii było wtedy około 50 katolików, wszyscy obcokrajowcy.

Gorliwość rzymskich katolików nie pozwoliła im czekać. Postanowiono utworzyć Misję Polarną. Jej centrum stała się Alta. Tam przybyli pierwsi misjonarze w 1855 roku. Misja przetrwała do roku 1869. Po tym czasie podzielono poszczególne terytoria na niezależne od siebie.

Katolicyzm w północnej Norwegii powoli zaczął się rozwijać. W 1860 roku wzniesiono kościół w Tromsø. W 1874 w Hammerfeście (wtedy najbardziej na północ położonym mieście na świecie) powstała kaplica, a w 1880 przybyły tam siostry elżbietanki z Nysy. W roku 1931 w Kościele katolickim w północnej Norwegii zaszły znaczące zmiany. Terytorium to zostało powierzone duchowej opiece Misjonarzy Świętej Rodziny. W tym czasie zamieszkiwało je około 200 katolików (w tym 23 siostry elżbietanki). Szczególnie trudnym czasem były lata wojenne. Mimo iż pierwsi kapłani MSF pracujący w Norwegii Północnej byli Niemcami, byli nękani przez okupantów.  

Misjonarze Świętej Rodziny starali się, aby Kościół katolicki w Północnej Norwegii stawał się coraz bardziej widoczny. W 1951 roku utworzono parafię pw. św. Eysteina w Bodø. Do Bodø przybyły z Anglii siostry dominikanki i wybudowały klasztor. Szczególne znaczenie miała ich działalność wśród młodzieży. Kiedy w Anglii zabrakło powołań, a i norweskie dziewczęta nie decydowały się na życie zakonne, wsparły je siostry dominikanki z Filipin.

Przez lata wśród Misjonarzy Świętej Rodziny dominowali księża niemieccy i holenderscy. Kiedy zabrakło ich z uwagi na brak powołań, bp Gerhard Goebel postanowił poszukać pomocy w Polsce – i w listopadzie 1985 roku do Tromsø przybyło dwóch pierwszych księży: ks. Wojciech Egiert i ks. Zdzisław Chmiel. Po dwóch latach następni: ks. Andrzej Żydek i ks. Andrzej Białk.

W czerwcu 1989 roku miało miejsce niezwykłe wydarzenie. Do Norwegii przybył z pielgrzymką Ojciec Święty Jan Paweł II. Widocznym owocem papieskiej pielgrzymki było przybycie do Tromsø w 1990 roku Sióstr Karmelitanek Bosych z Islandii. Utworzyły one klasztor „Totus Tuus”. Z Polski przybywali kolejni Misjonarze Świętej Rodziny.

Praca zgromadzenia przyniosła owoce. Kiedy MSF przybyli do północnej Norwegii, było tu 200 katolików. Dziś jest ich 7000. To w sumie ciągle niewiele, ale 35 razy więcej niż w 1931 roku. W ostatnim czasie obserwujemy większe zainteresowanie młodych ludzi sprawami wiary. Nie są to tłumy, ale takie zachowania są widoczne. No i nowa trudność. Kilka razy słyszałem, że w kościele na niedzielnych mszach świętych jest chyba za dużo ludzi… Obyśmy mieli więcej takich problemów!

Tekst pochodzi z kwartalnika nr 1/2026

 

/mdk

ks Andrzej Kosciukiewicz 2

ks. Andrzej Kościukiewicz MSF

Wyświęcony na kapłana w 1988 roku, rektor i proboszcz katedry w Tromsø.

Zobacz inne artykuły o podobnej tematyce
Kliknij w dowolny hashtag aby przeczytać więcej

#Kościół w Norwegii #katolicy w Norwegii #Tromsø #Spitsbergen #Misjonarze Świętej Rodziny
© Civitas Christiana 2026. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt i wykonanie: Symbioza.net
Strona może wykorzysywać pliki cookies w celach statystycznych, analitycznych i marketingowych.
Warunki przechowywania i dostępu do cookies opisaliśmy w Polityce prywatności. Więcej